poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Pull out your heart to make the being alone easy

Wilk
Oficjalnie: Arthur Wolfie Harp
13 I 1978, Denver, Kolorado ––– czterdziestoletni właściciel rancza

Jak na kogoś, kto mógłby robić dosłownie wszystko, wybrałeś sobie beznadziejnie nudne i wręcz paskudne zajęcie. Nie można przecież powiedzieć, że hodowla zwierząt na futra, skóry i mięso, to spełnienie twoich marzeń. Tak właściwie – to jedno z ostatnich miejsc, w których ktoś taki, jak ty powinien się był znaleźć, ale ty nigdy nie lubiłeś poruszać się wytyczonymi już ścieżkami. Wolałeś przecierać własne szlaki i na ogół dobrze ci to szło, więc chyba nie masz powodów do że liczyłoby się ich wagę – tego jednak dla własnego bezpieczeństwa nie robisz, bo wiesz, że wynik by cię załamał.
Z tego samego powodu nie zadajesz się ze zbyt wieloma osobami. Owszem, żyjesz pośród ludzi i tak, prowadzisz biznes, w którym są ci oni niezbędni, ale ograniczasz owy kontakt do minimum. Trudno się bowiem przyzwyczajać do kogoś, kto niebawem odejdzie z tego świata i stanie u wrót twojego królestwa, domagając się opieki jako zmarły. Można o tobie powiedzieć wiele, ale nie to, że jesteś masochistą i lubisz takie akcje – właśnie dlatego od tylu setek lat unikasz bliskich kontaktów. Wiesz, że ich utrata kurewsko mocno boli, bo doświadczyłe, jak ci się wydawało. Popełniłeś błąd, na który sobie więcej nie pozwolisz: ani dziś, ani jutro, ani za kolejnych kilka dekad.
Uzbroiłeś się więc w solidną maskę twardziela, za którą wytrwale się skrywasz, powoli pozwalając, aby stała się twoją drugą naturą. Wciąż tak samo niewzruszony jak niegdyś i tylko trochę bardziej bezlitosny, niż cię zapamiętali twoi wyznawcy, nie przestałeś władać nad światem zmarłych żelazną ręką. Nigdy nie znałeś litości, nie przyjmowałeś tłumaczeń, nie targowałeś się i nie pozwalałeś na najmniejsze dyskusje. Zabierałeś to, co chciałeś i nikomu już nie oddawałeś, bez nawet cienia skruchy czy żalu. Teraz zaś nawet się nie zastanawiasz – zgorzkniały i rozgoryczony, odbierasz innym to samo ciepło, którego sam ewien sposób czerpiesz siłę z bólu i żałoby tych, których dotkliwie doświadczasz – o dziwo jednak wcale nie przynosi ci to upragnionej ulgi.
Nie daje ci jej również to przeklęte ranczo, wydające się być uzupełnieniem twojej perfidii: znakiem, że ty naprawdę lubujesz się w śmierci. Pewnie jest tak dlatego, że odkupiłeś je komuś na złość, pragnąc zranić osobę, której natura jest bliska, tak jak sam zostałeś przez nią zraniony. Skończyłeś jednak ratując owe zwierzęta, nawet jeśli na to z zewnątrz na straży ich bezpieczeństwa, mimo że wszystkim wydaje się, że robisz to wyłącznie dla powiększenia swojego majątku. Ich zadanie wcale cię nie obchodzi.
Mało krzyczysz, ale za to używasz cholernie dużo apodyktycznego tonu, od którego marznie krew w żyłach. Palisz tylko fajkę, bo ponoć do ciebie pasuje i właściwie nie pijesz, najmocniej na świecie bojąc się utraty kontroli: nad sobą, nad innymi, nad czymkolwiek. Czasami bywasz gburem jakich mało i skurwysynem bez serca, ale przede wszystkim jesteś niepoprawnym egoistą, którego nie obchodzi nic, poza jego własną dupą, o którą troszczysz się na każdym kroku. Nie jesteś dobrym chłopcem i nigdy nie będziesz; nie wywierasz dobrego wrażenia, tylko raczej wzbudzasz niepokój, ale kobiety to kręci – a ciebie mile to łechta. Widziałeś już i słyszałeś zbyt popieprzone miejsce. W konflikcie bogów nie obierasz zaś żadnej strony, bo i po co – przecież i tak on ciebie nie dotyczy, a przecież tobie na nikim innym nie zależy.
Długo jeszcze będziesz się tak oszukiwać?

bliscy ––– legenda ––– miejsca


Cześć! W tytule Son Lux oraz cudowny Woodkid, na zdjęciach jeszcze wspanialszy Jason Momoa, a poniżej wariacja na temat pewnego indiańskiego bóstwa przy wielkiej pomocy wspaniałego pirata w internetach (<3) (odpowiedzialnego także za zdjęcia), któremu dziękuję. Serdecznie dziękuję również Martinowi i prisonerowi za wspólne dogadanie historii. :) Lubię średnie wątki i kiedy dzielimy się obowiązkami, a ponadto: kiedy się dzieje. Zapraszam więc do tworzenia szalonych historii! Chodźcie! :3

21 komentarzy:

  1. [czesc ;) ja z checia na jego ranczo wpadne na wakacje ;)
    A tak serio to witwamy na pokladzie. Duzo roznosci i dziwnosci w watkach i nie tylko]

    Maat

    OdpowiedzUsuń
  2. [Już mam przed oczami scenę jak NRJ patataja po ranczu wilka niczym osioł ze shreka kiedy stał się rumakiem xD
    Powtarzam się, ale kocham za Jasona i zapraszam do siebie na różową gumę balonową, bo jest najlepszym lekiem na ból istnienia :D]

    Jej Różowatość

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć. Ciekawy pan, naprawdę jestem w szoku...ale takim pozytywnym szoku :D Jason i wilk to chyba bardzo dobre (jeśli nie idealne) połączenie :D
    Co tutaj dużo mówić? Weny, czasu oraz samych wspaniałych wątków. Może skusisz się na jakiś wątek z samym Lucyferem? ;)]

    Lucyfer

    OdpowiedzUsuń
  4. [to co ? kiedy moge przywlec boski tylek i pojezdzic na konikach? ;) ranczo malownicze jest, spokoj, chyba cisza i mozna sie opalic i odpoczac od papierow ;)
    Poprzedni ktory mialam srednio mi sie podobal (na innym blogu juz byla uzywana Maat) a i nawet za dlugo szukac nie musialam ;) Rachal ma to cos w sobie... *wzdycha*
    No nie wyobrazalabym sobie jej np w barze. A ze stare zycie mozna bylo jakos zgrabnie ujac to dostala "posadke".
    Nie mniej milo to slyszec ^__^]

    Maat

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cudowny ten wilczek <3 Mordka idealnie pasuje. A i osobowość fajnie oddana w karcie. Dogadałby się z Thorem, mogliby dyskutować o sposobach chowania bydła :D
    Mam nadzieję, że będziesz bawić się dobrze, życzę masy ciekawych wątków i zapraszam do Helci, jeśli pojawi się ochota.]

    Hel & Thor (w roboczych)

    OdpowiedzUsuń
  6. [Kopnął cię różowy, niewidzialny zaszczyt :D
    Spustoszenie? A gdzie, a gdzie! *bije się po własnej dłoni* Jednorożce sieją tylko dobro, a różowe i niewidzialne jednorożce - różowatość i bajeczność :D Ja bym to tak widziała, że panienka pod postacią rogatego konika patataja tu i tam, odwiedzając przy okazji ranczo Wilka, bo śmierdzi smutasem i ponurością, po czym zacznie mu się na chama wpraszać na chatę, bo stwierdzi, że coś z tym trzeba zrobić :D Jak myślisz?]

    Najsłodszy, Najróżowszy, Najniewidzialniejszy Jednorożec

    OdpowiedzUsuń
  7. [Esa <3 Chyba jeden z moich ulubionych indiańskich bogów. :) Aż się trochę bałam co też z niego wyjdzie i niecierpliwie czekałam na KP. Na szczęście Wilk wyszedł Ci świetny. :D Uwielbiam takie skomplikowane charaktery. Najchętniej zasypałabym Cię z miejsca pomysłami na wątki, bo już mam ich pełno. :)
    Ale na razie tylko ograniczę się tylko do pochwał i zaproszenia Cię na wątek, rzecz jasna do Narfiego. ;)]

    Narfi&Crom

    OdpowiedzUsuń
  8. [Wiesz dobrze, co myślę o Jasonie. Jaki Jason jest każdy widzi (i czuje, he-he), ale zdecydowanie i niepodważalnie jestem jego największą fanką – szczególnie, jeśli akurat Ty wykorzystujesz jego wizerunek do swojej kolejnej, genialnej postaci, bo Wilk… kurdebalans; aż brak mi słów. Bardzo starałam się znaleźć odpowiednie przymiotniki, aby opisać kartę i w historię (cholera, ten mit przedstawiłaś tak wspaniale, że wciąż zbieram szczękę z podłogi), ale zwyczajnie nie mogę, wielkie sorson, ale no się nie da. Po prostu go kocham i wielbię, sama nienawidząc własnej postaci (lel, co ja tworzę ze swoim życiem) za to, co mu uczyniła. Obiecuję jednak, że niedługo uzna swe grzechy, które widzi, przyzna się do błędu, przeprosi i znowu pokocha. Tymczasem – masz w formie zadośćuczynienia tego potworka poniżej, moją miłość oraz życzenia weny, wytrwałości i cierpliwości do moich kretyńskich pomysłów. <3]

    ____________________________________________

    Lubiła ciepłe wtorki – poniedziałki, środy, czy niedziele również, szczególnie jeśli te były tak ciepłe, jak dziesiąty lipca dwa tysiące siódmego roku. Niemniej jednak, to właśnie wtorki Anna Carter ukochała sobie najmocniej, na co najpewniej wpływ miał fakt, iż to właśnie tego dnia do jej sklepu ogrodniczego w Murphy – położnym w samym sercu lasu w Karolinie Północnej – przybywały dostawy nowych nasion, świeżych kwiatów i różnych przedmiotów, w tym ozdobnych i prostych doniczek, szyszek oraz kawałków drewna oraz szkła, z których tworzyła ozdobne wianuszki, karmniki, lampiony, czy terraria dla roślin, które ostatecznie schodziły niczym ciepłe bułeczki. Nie byłoby to niczym zaskakującym, bowiem faktycznie swoimi zwinnymi, zgrabnymi palcami tworzyła prawdziwą magię – a kupione u niej bukiety, czy zioła, stały znacznie dłużej niż te od innych kwiaciarek – gdyby nie fakt, że całe miasteczko wprost uwielbiało o niej plotkować. Była lokalną dziwaczką i absolutnie ten tytuł jej nie przeszkadzał – im mniej ludzi się do niej zbliżało, tym było lepiej. Oczywiście, nie mówiono nic na głos – ze względu na jej szanowanego małżonka i ordynatora szpitala, Evana, ale zawsze kiedy przejeżdżała rowerem przez miasteczko, nagle niespokojnie poruszały się firanki w oknach. W końcu jednak – nie mogła się im dziwić: wygłaszała dziwne poglądy, ciągle się uśmiechała, a do tego mówiła z rosyjskim akcentem. Zdecydowanie więc, odstawała i nawet ona o tym wiedziała – wiedziała też, że w zasadzie nic, co robi, nie jest szczere; nawet ta myśl, która ją napadła, gdy układała róże w wazonie, że pewnie niedługo, tak jak tysiąc lat temu, pod jej oknami pojawią się chłopki z widłami i pochodniami, aby ją wypędzić, nie była szczerze zabawna, bowiem wyuczona. Zmusiła się do żartu. Znowu.
    Tak naprawdę, pomimo ogólnie przyjemnej aparycji i tego perlistego śmiechu, którym wszystkich obdarzała oraz chęci pomaganiu każdemu, kogo postała na swojej drodze, Anna Carter była nieszczęśliwa – grała całą sobą i okłamywała własne serce, ba!, okłamywała jedyną istotkę na tym nędznym padole, która niosła jej radość. Była żałosna, ale chociaż o tym wiedziała – brnęła w swoje wyimaginowane teorie dalej, niezależnie od tego, jak beznadziejnie by nie było: powtarzała sobie, że dobrze zrobiła odrzucając miłość swojego życia; powtarzała sobie, że dobrze wybrała wychodząc za mąż za nudnego pediatrę; powtarzała sobie, że jest dobrą matką, nawet jeśli jej dziecko nie zna prawdy o swoim ojcu, po którym zresztą nosiło imię. W zasadzie więc wiedziała, że pewnego dnia okrutny los – który wielokrotnie skazywał ją na cierpienie i potępienie, które przyjmowała z beznadziejną pokorą, samobiczując się i uznając, że na wszystko, co złe zasłużyła i musi się cieszyć z tych dwóch, pięknych wieków miłości, jakimi została łaskawie obdarowana – zwróci się przeciwko niej. Zemści się za każdą jej podłość wobec siebie samej i innych – szkoda, że nie przewidziała, że zrobi to tak szybko i tak brutalnie, postanawiając ją wyniszczyć całkowicie, postawiwszy na jej drodze swoje największe pragnienie i najmroczniejszy koszmar w jednym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. — Ech, i co kocie? – Zagaiła, niczego nieświadoma, acz dziwnie spięta, do czworonoga , należącego do pani Fairfax, właścicielki piekarni, która wyrzucała pupila na całe dnie z domu, a ten za ulubioną kryjówkę obrał sobie – Jestem żałosna, co? – Uśmiechnęła się smutno, co szybko jest się zmieniło: stary, owczy dzwonek nad drzwiami „Spring’s Flowerpot” dawał znać, że oto przyszli klienci. – Och… idę, idę! – Zapowiedziała radośnie z zaplecza; obcowanie z ludźmi, jakkolwiek byli dziwni i nierzadko dla niej niezrozumiali, skutecznie odciągało jej myśli od mrocznych, nieprzyjemnych rewirów. – Dzień… – urwała, zamarła w pół kroku, próbując poprawić zwiewną, błękitną sukienkę, dodającą uroku. Przełknęła głośno ślinę i stwierdziła, że jednak nienawidzi wtorków. Pobladła i przestała oddychać. Te dwukolorowe oczy prześladowały ją w koszmarach.

      całkowicie zszokowana, skrajnie przerażona i w ogóle niedowierzająca w to, co widzi swoimi oczkami ANNA CARTER zwana DZIEWANNĄ w niektórych kręgach i jej całkowicie oczarowana i szczęśliwa, śmieszna ałtoreczka oraz grafomaństwo, które uskutecznia ♥

      Usuń
  9. Witam serdecznie Wilka :)
    Trochę podglądałam kartę jak się tworzył, mam nadzieję, że wybaczysz. Bardzo fajnie opisana postać i widzę, że się ładnie udało ogarnąć powiązania rodzinno-mitologiczne. Sam Wilk również bardzo ciekawie przedstawiony. Trochę od innej strony, ale naprawdę podoba mi się ta wizja. Życzę dużo dobrej zabawy, ciekawych wątków i szczęścia dla Wilczka.
    A w razie chęci zapraszam do siebie jak już się opublikuję. :)

    - Administracja

    OdpowiedzUsuń
  10. [Groźnie wygląda. Podoba mi się.]

    Czarnobóg

    OdpowiedzUsuń
  11. [Cześć, choć ze sporym poślizgiem. Miło widzieć kolejnego z indiańskich duchów, są naprawdę cudownymi stworzeniami. Mi za to pozostaje mieć nadzieję, że Twój Wilk pozostanie w naszych skromnych, blogowych progach jak najdłużej i że będzie Ci się nim dobrze pisało. ;)
    Chętnie zaprosiłabym do Sigyn, bo 700 lat wśród duchów i Indian daje dość spore pole do popisu, ale mam wrażenie, że Twój Wilk zdecydowanie by ją przerażał.
    W każdym razie, życzę udanych wątków i mnóstwa weny! :)]

    Sigyn, Oshun, Persefona & 1/3 administracji

    OdpowiedzUsuń
  12. [Cześć! Marzy mi się powiązanie, gdzie tych dwoje nie będzie za sobą jakoś specjalnie przepadać, Twój Wilk mógłby uważać Bee za gówniarę, której przydałaby się porządna lekcja, zaś ona mimo wszystko mogłaby traktować go jak ojca/ew. dobrego przyjaciela]

    Be Yourself Lifestyle

    OdpowiedzUsuń
  13. [Ojej, ale mi nasłodziłaś, aż miło :3 W zasadzie to nie wiem, po prostu Wilk wygląda na takiego, co się nie pieprzy w tańcu xDD Możemy tu wpleść też coś romantycznego ewentualnie.]

    Be Yourself Lifestyle

    OdpowiedzUsuń
  14. Naprawdę, spodziewała się wszystkiego – no, może nie wszystkiego, ale doprawdy wiele – na pewno jednak nie tego, że po tylu latach – i nie po tym, co mu zrobiła – o n pojawi się w progu jej sklepu ogrodniczego, gdzieś w samym sercu Karoliny Północnej, z tym swoim cholernie bezczelnym uśmieszkiem, błyskiem chłopięcego gagatka w czarnym i groźbą czającą się w błękitno-mlecznym oku. Oczywiście, znał to miejsce – cholera, jak na ironię, będącą jednocześnie paskudnym przewrotem okrutnego losu, to tam chcieli zbudować swoją przyszłość: to tam pogodzili się z Nowym Światem, ze sobą i z tym, że nie uda się im założyć rodziny większej, niż składającej się z ich dwojga. To tam też, dopiero po tych wielu przepłakanych i przegadanych godzinach – zaakceptowali owy fakt i przestali myśleć o czymś, czego nigdy nie mieli otrzymać. Żyli z dnia na dzień, ciesząc się sobą, śmiejąc się ze sobą, kochając się ze sobą i będąc obok siebie, co jednoznacznie doprowadziło ich do prawdziwego cudu – do tego, że pod jej sercem zaczęło się rozwijać nowe, silne życie. Dziejowa prawda w tym, że dzieci rodzą się z miłości, a nie z powodu chęci posiadania, spełniła się w i wypadku dwóch, skrajnie różnych bogów – szkoda, że ani przez moment nie mieli szansy się tym nacieszyć, bo tego samego dnia, kiedy jej przypuszczenia się potwierdziły, pojawił się on: wysoki, smukły, enigmatyczny i elegancki, a ona popełniła największy błąd swojego wiecznego, zasranego istnienia. Liczyła, że może przestanie go kochać – że może dojdzie do takiego etapu, że dziura w jej piersi się zabliźni i przestanie piec, ale nie dało się ot tak wymazać dwustu lat miłości, prawda?; nie dałoby się wymazać nawet dwóch, o ile uczucie było prawdziwe i szczere – tak jak w ich wypadku. Dlatego też miała cierpieć – i słusznie, zresztą, jak uważała – katusze przez wieczność, licząc jedynie, że o n ułatwi jej trochę ową mękę – widocznie jednak postanowił się zemścić i tak po prawdzie: ani mu się nie dziwiła, ani nie miała mu tego za złe w żaden sposób. Chociaż bowiem mity, literatura i przekazywane ustnie historie , malowały ją, jako synonim piękna, a jego – jako synonim zła, to tak naprawdę ona była potworem pozbawiony serca w anielskiej powłoce.
    — Nie, niekoniecznie – przyznała jednak ostatecznie cichutko, umykając przed nim wzrokiem i nieco się wycofując; cóż, dla niej niewątpliwie ten dzień, jak i każdy następny wtorek, nie miały być już dobre. Odetchnęła ciężko, nie będąc pewną, czy odczuwa na sobie zasłużoną karę, czy może jest zwyczajnie zła, że tak mocno ją dręczy; niezmiennie jednak, od tylu dekad, kochała go i nawet fakt, że nie widzieli się niemalże sześć lat, niczego nie zmieniał, ba!, jego złośliwy uśmiech nie mógł także zachwiać jej uczuciem. Co prawa, kompletnie nie rozumiała jego podejścia: nagłych komplementów i mówienia o „Spring’s Flowerpot” w samych superlatywach, ale bardzo przyjemnie się jej tego słuchało; piegowata twarz Dziewanny rozbłysła radośnie. – Tak, tak sama, dziękuję – przytaknęła i lekko skłoniła rudą głowę; jej włosy zamigotały w słońcu, roznosząc zapach polnych kwiatów po deszczu; woń Wilka przyjemnie i nieprzyjemnie jednocześnie: las i mech tworzyły zabójczo piękne, jak i zabójczo niebezpieczne połączenie, szczególnie dla kogoś, kto stanął im na drodze; kogoś takiego, jak o n a . – N-no… a-a… a czego p-po… – urwała, zawstydzona i przytłoczona jego drwinami; wiedziała, do czego się odnoszą i to sprawiało jej wiele cierpienia. Co gorsza, pojęła, że nie ma prawa zwracać się do niego per „ty”. – Do jakiego miejsca pan potrzebuje roślin? Do domu, do ogrodu, jak i do biura, czy gabinetu będę proponowała inne, o, na przykład – podeszła do jednej z doniczek – fikus benjamin jest niewymagający i doskonale odnajduje się w dusznych pomieszczeniach, gdzie nie otwiera się okien. Narażony na klimatyzację, wciąż ładnie rośnie – kontynuowała, udając dzielną i obcą, sądząc, że tego właśnie chciał. Nie miała zamiaru się złościć, bo nie miała do tego prawa.

    w głębi serca kompletnie załamana i przerażona, ale wciąż kochająca, DZIEWANNA

    OdpowiedzUsuń
  15. Wszystko to, co się działo, było przynajmniej skomplikowane i szalone: oto bowiem dwoje kochających się ludzi – z czego tylko Dziewanna świadoma była miłości obustronnej, a Wilk najpewniej uważał, że zabawiła się jego kosztem; nie była więc ostatecznie pewna, czy dobrze, czy źle się stało, iż ostatecznie nie zajrzał do jej umysłu z szacunku i oddania oraz przez przysięgę, jaką jej dawno temu zgodził, i nie zobaczył, do czego została zmuszona przez jego dawnego przyjaciela: co wówczas zobaczyła, co wówczas usłyszała, jak się wówczas przeraziła o życie swojego ukochanego i ich wymarzonego dziecka – stało na przeciwko siebie i nie mogło się poznać, traktując się jak obcych, a nawet niechcianych w swym towarzystwie. Nie było to normalne ani dobre, bo przecież łączyło ich coś więcej, niż dwieście lat – coś więcej niż setki czułych wieczorów przy kominku; setki namiętnych nocy na różnych powierzchniach, w różnych domach i w różnych miastach; setki leniwych poranków spędzonych w pieleszach; setki wymienionych czułych spojrzeń, tyleż samo awantur i jeszcze więcej b y c i a obok, co zdawało się być szczytem szczęścia. A jednak: nie znali się – w tamto cholerne, ciepłe, wtorkowe popołudnie w lipcu dwa tysiące siódmego roku patrzyli na siebie, ale nie widzieli się; mówili do siebie, ale nie rozmawiali ze sobą; stali blisko, ale mur między nimi nie pozwalał im poczuć swojego ciepła i zapachu: polne kwiaty po deszczu pięknie komponowały się z lasem i mchem, prawda? To jednak nie mogło mnie znaczenia, bo gdyby Anna zastanawiała się nad tym dłużej i patrzyła bardziej intensywnie na swojego niespodziewanego „klienta” – który w następnych słowach pokazał, iż zasłużenie przyszedł ją dręczyć; nie była głupia, wychwytywała niuanse z jego monologi i poznawała ton, w jakim się do niej zwracał – i tym mocniej piekła ją olbrzymia wyrwa w sercu, która sama sobie zrobiła wiele miesięcy temu, kiedy podjęła rozsądną i dobra, acz niepomiernie wręcz straszna i okrutnie krzywdzącą dla ich obojga, decyzję, kłamiąc mu w żywe oczy. Musiała być zaś bardzo przekonywująca, skoro uwierzył, że kiedykolwiek mogłaby przestać go kochać, szaleć za nim i być mu oddaną fizycznie i głębiej: psychicznie.
    — N-nijako? – Z każdą więc sekunda spędzoną z nim dużej, było jej coraz trudniej zachować twarz i spokój; coraz trudniej jej było przebywać w jego towarzystwie. Odchrząknęła, aby dodać sobie pewności, ale to wcale nie jej nie pomogło, zwłaszcza, iż indiański duch podjął swój długi monolog i chociaż kochała brzmienie jego głosu, to tym razem zwyczajnie ją mroził. Zwiesiła więc rudą głowę, wbiła przerażony i pusty wzrok zielonych oczu w podłogę i objęła się chudymi ramionkami, kręcąc stopą w miejscu ze zdenerwowania. – Przestań – sapnęła w końcu, mając dość paskudnych i wymownych oraz zwyczajnie bezczelnych aluzji pod jej adresem; była w stanie znieść wiele, ale nie mogła jego nienawiści, pomimo świadomości, iż w pełni na nią zasłużyła. – Proszę… – nie słuchał jej, ba!, zdawał się jeszcze mocniej nakręcać, jawnie pokazując, że bez niej jest mu znacznie lepiej. Ponadto, podkreślał, że była błędem i wszystko, co ich łączyło się nie liczyło: z jednej strony cieszyła się, że ma to za sobą i sobie radzi lepiej niż ona, ale z drugiej bolało ją diabelnie. Nagle jednak uniosła na niego przerażone spojrzenie. – To ty kupiłeś tę rzeźnię? – Z trudem przełykała ślinę, wiedząc, co wyczynia się na jedynej farmie w okolicy: kadź zwierząt, których futra przeznaczone są na ubrania. – J-ja… o… – zaciukało ją z wrażenia; cofnęła się o krok i wsparła się na biurku. – Niech pan weźmie anturium, albo kaletę, wtedy nie będzie pan robił nic, oprócz skakania wokół doniczek – powiedziała w końcu i przeniosła dwie doniczki na blat; jedną z czerwonymi, płaskimi kwiatami, drugą z pseudo-postrzępionymi, długimi liśćmi. – Zapakować? – Zakpiła i na moment zamilkła. – Czego chcesz, Arthurze? – Zapytała nagle z żalem i cierpieniem. Spojrzała głęboko w jego oczy.

    przerażona swoim odkryciem, załamana i zwyczajnie tęskniąca DziewANNA

    OdpowiedzUsuń
  16. [Otworzyła się nowa opcja, myślę że ze Spadającą Gwiazdą też by się Wilczek dogadał, więc od Ciebie zależy decyzja. A pomysł się zawsze znajdzie ;)]

    Hel, Thor i Spadająca Gwiazda

    OdpowiedzUsuń
  17. [postaram się nie prowokować... ale tylko postaram :D
    spokojnie, mamy czas :)]

    NRJ

    OdpowiedzUsuń
  18. — Mówię o ranczu – przyznała cichutko Dziewanna, spoglądając na Wilka spod byka: jednocześnie mocno przerażona, jak i zawiedziona. Wiedziała jednak doskonale, że jedyną osobą, którą mogła winić za jego mało rozsądne, a w zasadzie nawet okrutne, decyzje była ona sama: to ona złamała mu serce; to ona go oszukała; to ona go zwyczajnie rozkruszyła na miliony cierpiących katusze kawałeczków i wiedziała o tym doskonale, bowiem znała potęgę jego miłości do niej i sama także była w całkowitej rozsypce od dnia, w którym go opuściła, z tym że ona pocieszenie mogła odnajdywać w i c h synku, który nigdy nie przestał być ich tak naprawdę, a jedynie kłamała dla obopólnego dobra, jak sobie wmawiała. On natomiast nie miał nikogo. To zaś czyniło z niej prawdziwego potwora: znacznie gorszego niż Loki, który obrócił ich relację w perzynę. – Mówię o tej cholernej rzeźni, którą… o której… – urwała całkowicie niedowierzając, ze to zrobił. – Arthur, wiedzieliśmy, co tam się dzieje, wiedzieliśmy od początku – zbliżyła się do niego, tak jak kiedyś, kiedy coś mu tłumaczyła i próbowała wyperswadować swoje racje; nawet minę miała taką samą: poważną, ale pełną czułości z lekko zmarszczonymi, rudymi brwiami i iskierkami miłości w zielonych tęczówkach. – Nie kpij ze mnie, błagam, wiem, co tam jest – sapnęła.
    Patrzyła na niego i coraz bardziej go nie poznawała, co sprawiało, że nienawidziła siebie tylko mocniej – to ona doprowadziła go do tego stanu; to ona sprawiła, że stał się potworem, którym każdy chciał, aby był; to ona go całkowicie zniszczyła. Miała ochotę wyć z rozpaczy i wściekłości na siebie – miała ochotę siebie zabić za wszystko to, co mu uczyniła, bo absolutnie nie zasługiwał nawet na odrobinę bólu; nie zasługiwał na to, aby musieć posuwać się do takich rzeczy, jak kupno miejsca kadzi zwierząt przeznaczonych na futra; nie zasługiwał na to, aby aż tak pobłądzić z powodu jednej kobiety: nic nieznaczącej, zapomnianej biginki słowiańskiej. Wszystkie więc jego słowa odczytywała jako kpinę i ironię – cóż, niewątpliwie swoją podstawą wkładał jej takie przemyślenia do głosy: wielki, przystojny Indianin o niebezpiecznym spojrzeniu, równie kuszącym, co przerażającym, i powalającym na kolana uśmiechu. Mącił w jej głowie niepomiernie i chociaż jednocześnie w tym wszystkim wiedziała, że na pewno nie byłby zdolny do takiego okrucieństwa – cholera, znała go dwa wieki: dwieście lat spędziła u jego boku i mapę jego ciała, jego serca i umysłu wyryła na swoim ciele, w swoim sercu i w swoim umyśle – to jednak jego słowa mówiły „same przez się”. Zmienił się; co gorsza – zmienił się w złą stronę, przez nią, nikogo innego.
    — Możesz przestać? – Sapnęła, mimo wszystko oszołomiona jego podejściem i przytłoczona nienawiścią, jaka od niego biła. Wycofała się i ponownie podparła się o ladę, aby nie upaść z wrażenia. Niemniej, zacisnęła szczęki i spakowała wszystkie kwiaty, jakie sobie życzył, nie komentując już nic więcej: miała wrażenie, że wypompował z nią całą energię i radość życia. Tak jednak w zasadzie: to ona wypompowała ją z siebie, wtedy gdy go zostawiła. Przełknęła głośno ślinę. – Zawsze mnie obchodziło twoje zdanie – wyszeptała, nie unosząc na niego spojrzenia; z trudem chwytała oddech, mimo że przecież ludzkie przypadłości były jej raczej obce. – Twoje zdanie… – zaśmiała się nerwowo – było dla mnie najważniejsze… ale ważniejsze było twoje dobro – dodała cichutko, rzucając w powietrze zagwozdką: czymś, co w mocno zawoalowany sposób przekazywało, że gdyby mogła i gdyby nie musiała, to by nigdy go nie porzuciła, ale widocznie musiało się pojawić coś lub ktoś, kto ją do tego zmusił. W końcu uniosła na niego pusty, pełen żalu do siebie wzrok i uśmiechnęła się blado oraz smutno. Jego gorycz ją zabijała, ale wiedziała, że musi się opanować czym prędzej: że nie może podjąć tematu, bo powie parę rzeczy za dużo, a ich wróg to wykorzysta. Ostatecznie więc wysunęła ku niemu siateczkę. – Pana zakupy, panie Harp – szepnęła czule.

    kompletnie wyczerpana udawaniem i graniem DziewANNA, która kurewsko mocno kocha

    OdpowiedzUsuń
  19. Uwaga o jej mężu zabolała tak bardzo, że pod Dziewanną z wrażenia ugięły się nogi, a powietrze sprawiło, iż, o ironio!, nie mogła nabrać powietrza w płuca – jedyne, co była w stanie robić, to patrzeć się na Wilka i niedowierzać. Pewnie, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że zasługuje na takie podłe traktowanie i na to, aby jej nienawidził, ale chyba nic nie bolało tak, jak jego niechęć do niej – nic nie sprawiło jej tyle cierpienia, jak fakt, że ona naprawdę ma ją za potwora, którym niewątpliwie była, biorąc pod uwagę to, jak go potraktowała; przynajmniej tak czuła. Oczywiście, niewątpliwie łatwiej byłoby gdyby znał prawdę, ale ona tak bardzo się bała – wolała złamać im serca, niż wystawić go na szwank i chociaż może nieco przeliczała potęgę Lokiego, to wiedziała, że zemsty w jego wykonaniu bywają okrutne; najgorsze na świecie, szczególnie jeśli wplątywał w nie niewinne, nienarodzone jeszcze dzieci, o które rodzice tyle czasu rozpaczliwie walczyli. Zrobiłaby naprawdę wszystko, byleby tylko chronić swoich bliskich i dowodem na to było właśnie porzucenie swojego ukochanego – było odejście do niczego nieświadomego pediatry, którego owinęła sobie w ciągu chwili wokół małego palca u dłoni i bezczelnie wykorzystywała jego oddanie. Nie kochała go jednak nigdy, bo prawdziwie się kocha tylko raz, na całe życie, na pieprzoną wieczność, nawet jeśli owa miłość dzień po dniu zabija – jak w jej wypadku; nie brała pod uwagę relacji matka-syna, bo to był zgoła inny rodzaj uczucia, niejako „z przyrodzenia”, a nie „nabyty”, zbudowany i pielęgnowany na przestrzeni stuleci. Tym bardziej więc komentarz indiańskiego ducha ją ubódł – nie mogła jednak dać po sobie poznać, że gdyby nie musiała, nigdy nie wybrałaby Evana ponad jego: ponad swoje cholerne serce.
    — Skończ – sapnęła więc jedynie w odpowiedzi, dosłownie drżąc od emocji: negatywnych niestety i od samobiczowania się w myślach. Cierpienie związane ze swoimi decyzjami sprzed sześciu lat: spotkaniem z nordyckim bogiem, zdradą z lekarzem z Murphy i udawaniem, że to jego, a nie jej słońca i gwiazd dziecko, pobudziło ją do mówienia rzeczy, których nie powinna mówić; do rzeczy, które przysięgała zostawić dla siebie, aby ratować tego, za którym szalała fizycznie i mentalnie. O swoim błędzie zorientowała się jednak zbyt późno: wtedy bowiem, kiedy mężczyzna już wybuchł; słusznie zresztą. Jego ostre spojrzenie dwukolorowych oczu, ironiczny śmiech i ofensywna postawa wielkiego, silnego cielska nie wskazywały na nic dobrego: i nic dobrego też Anna nie otrzymała. Wylane na nią wiadro pomyj przyjęła jednak z pokorą i spokojem, nie licząc strug łez spływających po jej piegowatych policzkach. Na wszystko, co żywe i martwe, jakże ona chciała wyznać mu prawdę: jak bardzo chciała krzyknąć, że tak, literalnie wskoczyła Eavnowi do łóżka dla jego dobra. Nie mogła jednak. Nie miała prawa. – Naprawdę mam nadzieję, że znajdziesz kogoś, kto będzie ciebie godny, wiesz? – W końcu jednak, kiedy się odezwała, uśmiechała się do niego: szczerze, acz bardzo smutno. Mówiła też całkowicie poważnie, postanawiając nie reagować na jego docinki; jakie zresztą miała prawo, aby czuć się urażoną, skoro to ona wszystko zniszczyła? – I mam też nadzieję, że zobaczysz, że… że nie powinieneś z powodu swojego bólu skazywać na śmierć niewinne zwierzęta – dodała szeptem i westchnęła ciężko. Następnie zamilkła na moment, przymknęła powieki, odetchnęła ciężko i dopiero wówczas podjęła: – Oczywiście, czego tylko sobie pan życzy – podeszła do niego z notesikiem. – Proszę napisać wszystkie potrzebne rzeczy, a ja postaram się je dla pana zgromadzić. Mogę również dostarczyć je na pana ranczo – tłumaczyła, z trudem wcielając się w przypisaną jej rolę. – Myślę, że akurat pan niczego na powodzenie w miłości nie potrzebuję – dodała i aż ją skręciło na myśl, że mógłby być z inną: bolało ją tak bardzo, że gwałtownie pobladła. – Zasługuje pan na wszystko co najlepsze – rzuciła jeszcze, sądząc, ze jej nie usłyszał.

    bezdennie smutna, bezbrzeżnie zraniona i bezsprzecznie wciąż kochająca, DziewANNA

    OdpowiedzUsuń
  20. Cóż tak naprawdę mogła zrobić Dziewanna – nic; przecież nie mogła cofnąć czasu, nie mogła naprawić błędów, których popełniła, bo te były zbyt wielkie i nie mogła sprawić, aby wszystko się ułożyło, bo za wiele rzeczy zostało przez nią zniszczonych. Mogła jedynie żywić nadzieję, że Wilk – jej miłość, jej szczęście, jej początek i koniec, słońce, księżyc oraz wszystkie gwiazdy na niebie: jej cały świat – odnajdzie spokój i szczęście: że odnajdzie kogoś – jakkolwiek mocno ta świadomość ją bolała – kto będzie jego warty, kto się nim odpowiednio zaopiekuje, z kim będzie dobrze szło mu się przez wieczność. Zdecydowanie wolała taki układ – oraz przyglądanie się temu z boku i cierpienie w samotności, a także żalu do siebie – niż agonalny ból, który z wyzierał z jego wielkiego ciała. Niestety, nie rozumiał jej intencji, a ona – ponownie zresztą – nie miała prawa się mu dziwić.
    — Och – wycofała się jednak, kręcąc z niedowierzaniem głową, kiedy postanowił znowu ją zaatakować. Westchnęła ciężko i rozdzierająco. – Nie, nie ma się co spieszyć, absolutnie – przytaknęła jego służalczo, wbijając wzrok w podłogę i kompletnie bez godności znosząc kolejne ciosy słowne, jakie jej zadawał. – Dobrze, jak tylko pan sobie życzy – skwitowała cichutko, cudem trzymając się w garści. – Niestety, odmówię zawiązania współpracy – dodała tylko. – Mojego sklepu żaden klient nie może mieć na wyłączność, a, proszę wybaczyć, na pewno nie pana ranczo – był to pierwszy raz, odkąd przyszedł do „Spring’s Flowerpot”, kiedy mówiła twardo, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nie mógł z tym się kłócić ani dyskutować, bo chociaż nie miała jak mu zabronić robić u niej zakupów, to nic wspólnego z przybytkiem zła, jaki zakupił, nie chciała mieć nic wspólnego. Następnie był tylko jej żałosny płacz: monolog, jaki wygłosił Arthur kompletnie ją rozbił. – Naprawdę chciałabym, abyś był szczęśliwy – wybąkała, z trudem chwytając oddech przez szloch. – N-naprawdę… naprawdę ch-chciałabym… – urwała gwałtownie i załkała żałośnie. – Zapewniam cię, nie jestem i – tym razem nie przerwała sama z siebie; zrobił to ktoś inny: do kwiaciarni wpadł pięcioletni chłopiec, trzymając w łapkach za duży dla siebie pióropusz.
    — Maaamooo! – Krzyczał radośnie i próbował utrzymać swoje dzieło na ciemnej główce; jego zielone oczy, takie jak Anny, lśniły wesoło. Zachwiała się: ten lipcowy wtorek naprawdę miał być pełen porażek i stresu; tego zdecydowanie było zbyt wiele. – Patrz! – Sam zrobiłem. – Chwalił się, biegając wokół, udając Indianina. – O, dzień dobry! Ale pan wielki! – Zatrzymał się jak wryty przez panem Harpem, który zdecydowanie był interesujący.
    — Archie, proszę, spokojnie – próbowała przemawiać łagodnie, acz dobitnie, jednocześnie ukradkiem ocierając łzy z piegowatych policzków. – Zachowuj się, kochanie – upomniała go, słysząc uwagę na temat potężnego ciała swojego groźnie wyglądającego klienta, którego wszystkie dzieci się bały; wszystkie, oprócz jego własnego syna, który zerkał na niego zaciekawiany. – Arthur – mruknęła nieco zażenowana – nie zawstydzaj pana – poprosiła i wystawiła do niego rękę. – Tata po ciebie nie przyszedł? – Westchnęła, kucając i dając mu buziaka w nos na powitanie; chłopiec zaśmiał sie radośnie i nagle spochmurniał: Evan znowu został wezwany na operacje i kiedy jego żona zerknęła w telefon, faktycznie miała od niego esemesa. – Ech… – westchnęła i podziękowała przez okno pani Fairfax, babci kolegi jej latorośli z przedszkola, która była upoważniona do odbierania młodego Cartera z placówki w sytuacjach podbramkowych; takich jak te, w których jego prawie-ojciec wzywany był do szpitala. – No dobrze, pomożesz mi w sklepie – kwitowała, prostując się i uśmiechając szeroko; to jego obecność sprawiała, że żyła, on był powodem jej uśmiechu i tego, że każdego dnia walczyła, a to wszystko widać było w jej postawie i nastawieniu. – Idź na zaplecze, okej? – Chciała czym prędzej, jednocześnie, oddzielić go od Wilka. Mały nie był pocieszony.

    przerażona zaistniałą sytuacją, bo może wydać się jej sekrecik, DziewANNA oraz jej mały wilczek

    OdpowiedzUsuń