środa, 11 października 2017

The worst is over now and we can breathe again

Vali

Przez wzgląd na brata (i z powodu nienawiści do swego imiennika) częściej używa imienia Nari || Domek gdzieś w dziczy nad Jukonem, Alaska || Weterynarz i miejscowy lekarz w pobliskim miasteczku || Zaklinacz wilków || W głębi serca idealista || Wciąż niezagojone rany na duszy || Samotność lekiem na tłumione szaleństwo || Skinwalker || Niemal zapomniany bóg || Uważany za patrona úlfheðnar || Neutralny
Chyba wolę być człowiekiem niż bogiem. My nie potrzebujemy, by ktokolwiek w nas wierzył. Tak czy owak żyjemy. To wszystko...

Każdego dnia uciekam. Od bogów, ludzi i od samego siebie. Czasami wydaje mi się, że jeśli uda mi się uciec dostatecznie daleko, coś wreszcie się zmieni, uwolnię się od myśli i uczuć, które nie dają mi spokoju. Są dni kiedy wszystko zdaje się normalne, gdy zapominam o przeszłości i po prostu żyję. Ale za każdym razem, gdy powtarzam sobie, że teraz będzie już dobrze, koszmar rozpoczyna się na nowo. Senne koszmary, dręczące wspomnienia i wyrzuty sumienia, które są niczym natrętne głosy w mojej głowie. Znów pogrążam się w szaleństwie, od którego tak bardzo pragnąłem uciec, że zaszyłem się w najdzikszym skrawku Ameryki. Kiedyś czekałem na zapomnienie. Lecz jak na ironię prędzej zapomnieli o mnie bogowie niż ludzie. Po raz kolejny mój ojciec okazał się tym, który nie pozwolił mi odejść. Świat woli pamiętać mnie i tragedię moją, mego brata i naszego ojca, niż dzieje mego imiennika będącego synem Odyna. Mimo to wolę, gdy nazywają mnie Nari. Nie chcę by cokolwiek łączyło mnie z potworem, który odebrał mi człowieczeństwo, zniszczył mnie zsyłając na mnie szaleństwo... a potem nazwał moim imieniem swego syna, boga krwawej zemsty. Ale zacznijmy od początku...

Niewiele pamiętam ze swojej przeszłości. Wiem, że kiedyś byłem szczęśliwy i z całego serca chciałbym pamiętać więcej, ale nie potrafię. Byłem zbyt mały, by pamiętać wszystkie te piękne chwile, o których opowiadali mi ojciec, matka i brat. Czasem czuję, że nie pasuję do nich, bo nie czuję tego co oni. Strzępki moich własnych wspomnień mieszają się z opowieściami rodziny do tego stopnia, że sam już nie mam pojęcia, co wydarzyło się naprawdę, a co było tylko iluzją, którą chcę pamiętać. Na pewno byłem szczęśliwy, wszyscy byliśmy szczęśliwi. Pamiętam zabawy z bratem, słodki głos mojej matki i uśmiech mego ojca. Chociaż nigdy nie powiedziałem tego głośno, oddałbym wszystko co mam za te wspomnienia i szczęście, które kiedyś, bardzo dawno temu, miałem na wyciągnięcie ręki.

O wiele lepiej pamiętam to, co z całego serca pragnę zapomnieć. Każda sekunda tamtego potwornego dnia trwale wyryła się w mojej pamięci. Każde spojrzenie i wypowiedziane przez moją rodzinę słowo zdaje się mnie prześladować. Wciąż czuję lodowaty dotyk mojego brata, który nie mogąc mówić, próbował w ostatnim geście przekazać mi, że wciąż jest po mojej stronie. Wciąż czuję metaliczny smak jego krwi w swoich ustach i jej mdły zapach w moich nozdrzach. Widzę wzrok brata, gdy do ostatniej sekundy patrzył mi wprost w oczy. W tamtej chwili umarłem wraz z nim. Mały szczęśliwy chłopiec, którego ledwie pamiętam, odszedł raz na zawsze, jego serce pękło w momencie, w którym zabił ukochanego brata. Nie wiem co działo się ze mną potem. Nie miałem sił walczyć z szaleństwem jakie zesłał na mnie Odyn, ani z instynktami zwierzęcia. Byłem ledwie chłopcem i nie znałem magii, która mną zawładnęła. Nie potrafiłbym walczyć, nawet gdybym chciał. A nie chciałem, poddałem się, bo tak było łatwiej. Utrata człowieczeństwa, była też utratą bólu. Życie wilka stało się ucieczką od potworności, z którą nie umiałem sobie poradzić. Wyrok bogów okazał się w pewnym sensie łaską.

Nie miałem pojęcia ile lat upłynęło. Prawdę mówiąc nie myślałem już wtedy jak człowiek. Niemal nie poznałem własnego ojca, gdy zjawił się w lesie, by zabrać mnie do domu. Kiedy po raz pierwszy od lat znów stałem się człowiekiem, nie pamiętałem nawet najbardziej podstawowych zasad normalnego życia. Przez jakiś czas nie byłem zdolny nawet mówić w ludzkim języku. Z tamtych chwil pamiętam jedynie ojca i to jak opiekował się mną, jak skrzywdzonym szczeniakiem, który pragnął tylko poczucia bezpieczeństwa i miłości. Gdy w końcu zacząłem odzyskiwać dawnego siebie, powrócił cały ból i rozpacz. I choć ojciec wciąż powtarzał mi, że to nie była moja wina... w tamtych chwilach nie wiedziałem czy potrafię nadal żyć ze świadomością tego co zrobiłem. Wtedy opuściliśmy las, który do tej pory był naszym domem. Ojciec powtarzał, że zaczniemy od nowa, w całkiem nowym świecie, gdzie nie ma Odyna, ani bogów, którzy mogliby nas skrzywdzić. 

Nowe życie nie przyniosło mi ukojenia. Indianie i ich duchy, nigdy nie zaakceptowały mnie w pełni. Dla nich byłem "skinwalkerem" istotą skażoną złem. Chociaż nauczyłem się żyć wśród nich, nigdy nie czułem się tam jak w domu. Odnalezienie brata i matki, na krótką chwilę wszystko zmieniło. Widok Narfiego, całego i zdrowego przyniósł mi ulgę. Brat mi wybaczył i chciał bym wybaczył sam sobie. Nasi rodzice znów się odnaleźli, a matka wcale mnie nie odrzuciła za to co zrobiłem, ale wręcz przeciwnie - okazała mi serce i wyrozumiałość. Znów byliśmy razem i byliśmy szczęśliwi. Oni byli szczęśliwi. Ojciec cieszył się akceptacją, matka w końcu miała to czego pragnęła, a mój brat podbił serca indiańskich duchów i stał się szamanem. Tylko ja nie pasowałem do tej sielanki. Czasem zazdrościłem bratu śmierci i powrotu do życia. Dzięki temu uporał się z przeszłością i stał się kimś wyjątkowym. Ja byłem jego przeciwieństwem. Złym czarownikiem, opętanym duchem zwierzęcia, kimś kogo miejscowi się bali. Nie umiałem cieszyć się szczęściem rodziny, choć bardzo się starałem. Matka, którą ledwie znałem, wydawała mi się odległa i obca, brat pogrążał się w świat, w którym nie było dla mnie miejsca. Miałem tylko ojca, który zawsze był przy mnie. Ale ojciec miał własne problemy i koszmary. Nie chciałem dokładać mu zmartwień. Dlatego, gdy tylko nadarzyła się okazja - odszedłem. 

W czasach, gdy rodzice angażowali się w kolejne konflikty miejscowych i kolonistów, a mój brat poświęcał się dla duchów, ja zacząłem żyć samotnie. Z dala od rodziny, bogów, Indian i ich duchów. Samotność była dobrym lekiem na wszystko. Nie musiałem starać się zachowywać pozory by nie martwić bliskich. Nie było nikogo przed kim musiałbym kryć łzy i koszmary. I chociaż czasem brakowało mi ojca, u którego zawsze znajdowałem poczucie bezpieczeństwa i miłość, to tak było lepiej. Przez lata żyłem samotnie, gdzieś na granicy dziczy i ludzkich osad. Uciekałem wciąż w miejsca, jak najbardziej dzikie. Byle dalej od gorączki złota, walk psów, polowań i całego zła jakie nieśli ze sobą ludzie. Czasem wracałem do rodziny, by choć przez chwilę poczuć, że nadal mnie kochają. I upewnić się, że są szczęśliwi, albo chociaż starają się tacy być. Nie wiem kiedy przestałem uciekać. Czas na Alasce stoi w miejscu. Zamieszkałem nad Jukonem, w pewnym momencie zacząłem pracować jako weterynarz, gdy uświadomiłem sobie, że ludzie z okolicy traktują mnie jako znawcę zwierząt i przychodzą do mnie z każdym problemem. Niektórzy zaczęli nazywać mnie zaklinaczem wilków, które rozumiałem często lepiej niż ludzi. Tym drugim również zacząłem pomagać. Skoro umiałem wyleczyć zwierzę, mogłem leczyć także ludzi. Nie wszyscy przyjęli mnie ciepło. Miejscowi Indianie nazywali mnie skinwalkerem, strasząc mną swoje dzieci, jakbym był jakimś potworem. Mimo to nauczyłem się z tym żyć. Musiałem, bo dokąd bym nie uciekł zabiorę tam siebie

-*-

Nagły przypływ weny. KP z dedykacją dla Narfika, która mnie natchnęła. Kocham Cię Ty moja jędzo! <333 
Dodatkowe buziaczki dla Drama Queen i Skipperka. 
Kochajmy się wszyscy i kochajcie wszyscy Vali'ego, bo to taka dobra, ale smutna i bardzo zraniona duszyczka, pragnąca miłości niczym skrzywdzony piesek. Potrzeba mu dużo, bardzo, bardzo cudownych powiązań. I kogoś do kochania. ;)
W tytule Seether i Amy Lee "Broken", w treści trochę Gaimana, a na wizerunku mój ukochany Edward Furlong. No i w kwestii inspiracji "Przystanek Alaska" i to bardzo. <3
Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.