poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Lepiej nie mówić, czego się chce, jeśli nie można tego otrzymać

Zło to zło. Mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno, proporcje są umowne a granice zatarte. Dlatego jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale.
—————————— A. Sapkowski, opowiadanie Mniejsze zło
„Spring’s Flowerpot”, NC –––– Anna Carter –––– 30 lat; neutralna

Tak naprawdę w swoim długim i burzliwym życiu, udało się jej osiągnąć tylko jedno – spłodzić perfekcyjnego syna i być matką, taką prawdziwą. Od początku do końca być kimś, na kim jej dziecko może w pełni polegać o każdej porze dnia i nocy, bez względu na wszystko. Jednocześnie – jakimś cudem zachowała umiar w swoim zachowaniu, nie przeginając w żadną ze stron: nie kupowała mądrych podręczników położnych, „Mama i Ja” nie zalegały na jej biurku i nie sprawdzała notorycznie Internetu, który wciąż daje się jej być dziełem samego Peruna i absolutnie nie spotykała się „pod blokiem” z innymi mamuśkami, opowiadającymi o tym, jak ich „dzidzie” malowniczo się zesrały. Nie można, co prawda, powiedzieć, aby okres ciąży przeszła bez stresów i ze spokojem, ale na pewno nie dała się zwariować – oto właśnie jedyna rzecz, z której jest w pełni, tak od początku do końca dumna i której powodzenie może zawdzięczać tylko samej sobie. Strasznie mało, co?
Tak naprawdę, to jeszcze się jednak nie odnalazła – ani w Ameryce, ani tym bardziej w tak szybko zmieniającej się, krzykliwej i neonowej, zmakdonaldyzowanej Ameryce. Nie, nie jest przeciwna nowym bogom, ale… cholera, to nie jest jej świat. Jasne, nauczyła się od początku dziewiętnastego wieku obsługiwać sprzęty gospodarstwa domowego, co jest całkiem przydatne, jeśli nie chce się umrzeć z głodu i nie rozumie, jak można hodować zwierzątka na ubój – nie to, że jest kimś pokoju wege-nazi, ale zwyczajnie dla takiej prostej baby jest to trochę niezrozumiałe, bo chyba lepiej smakuje upolowana sarna, niż karmiona tym nieszczęsnym GMO krowa, nie? Pewnie to również czyni ją dość dziwną, zwłaszcza, jeśli wygłasza – a jej słuchaczami są rośliny – swoje teorie za kontuaru uroczego, małego sklepu ogrodniczego w Karolinie Północnej, po którym paraduje ubrana, jak nastolatka z festiwalu hippisów, a nie stateczna pani domu, żona wyśmienitego lekarza. Trochę chore, nie?
Tak naprawdę, to jest kurewsko samotna – pewnie, ten słodki pięciolatek, trzymający się rąbka jej spódnicy tylko wtedy, kiedy akurat mu wygodnie, a generalnie tańczący z wilkami w wolnych chwilach, skutecznie zajmuje jej czas, ale ona pragnie czegoś więcej; kogoś więcej. Potrzebuje tego, co na własne życzenie utraciła i miłości nie tylko tej na płaszczyźnie rodzic-potomek, ale i romantycznej, bowiem niezależnie od tego, jak szanuje i lubi swojego męża: nigdy nie pokochała go ani nie pokocha, bo kocha się tylko  r a z , na całą wieczność. Ponadto, nie ma jak z nim zbudować zdrowej relacji, bo on nic o niej nie wie tak naprawdę – w zasadzie nikt nic o niej nie wie, a na pewno „jestem boginią” nie wyglądałoby zachęcająco w towarzyskim CV. Zresztą – kto zwraca uwagę na piegowatego rudzielca, który mierzy trochę ponad osiemdziesiąt trzy procent sążnia? Niewątpliwie, nie czyni jej to wyjątkowo atrakcyjną, ale z tym się pogodziła już dawno temu. Lekko słabo, nieprawdaż?
Tak naprawdę jednak – ze wszystkich swoich wątłych, bo wygasających powoli sił, których nie wykorzystuje na żadną stronę konfliktu, próbuje żyć dzień po dniu, normalnie i chociaż trochę się dostosować. Jest to o tyle trudne, bo jej marzeniem od niedawna jest polecenie w pralce na księżyc, ponadto, wierzy w teorię, jakoby Lenin był grzybem, bo „USRR can into shrooms” i lubi czytać horoskopy; bo jest takim śmieszkiem, he-he. Wieczorami grywa na wiolonczeli w ogrodzie, męcząc tym sąsiadów, w piątki po południu uczy grupę juniorów strzelania z łuku w lokalnej szkole, co niedzielę nie chodzi do kościoła, a wyprowadza psy sąsiadów z synkiem, bo jego ojciec ma uczulenie na wszystkich przedstawicieli flory i fauny. Ma problem z zapamiętywaniem twarzy i właściwie to kłopot sama ze sobą też ma, ba!, wciąż nie rozumie mieszkańców Murphy, w którym została, bo… bo łatwiej podkulić ogon i uciec, niż wyjąć miecz i walczyć. Ludzie wciąż mówią do ciebie Braillem, nie?
Och, Aneczko, jak ty bardzo musisz sobą pogardzać, prawda?

więcej ————————— miejsca ————————— więzi


W tytule John R. R. Tolkien z Silmarillionu, na zdjęciach cudowna Jessica Chastain, w imieniu i nazwisku zalinkowani Simon&Garfunkel, a poniżej moja radosna twórczość (gratuluję tym, co przetrwali) z Andrzejem Sapkowskim dla finezji. Uwielbiam handel wymienny, wątki i odpisy średniej długości, przesadne dramy, egzaltowanie, krew, pot, łzy i patetyzm, sorson-not-sorson. Poszukuję ODWIECZNEGO WROGA Wilka i Dziewanny, który chce ich zniszczyć (zapraszam na mejla: smerfowa.krolowa@gmail.com, bo wszystko do ustalenia) oraz JAKIŚ PRZYJACIÓŁ, żeby nie było zbyt smutno. No i oczywiście wyczekuję powiązań mitologicznych! Łatwo mnie przekupić Nutellą i nie lubię kalafiora. Nie czytałam powieści, nie oglądałam serialu, przepraszam za błędy i bzdury. Kochajcie. Cześć! ♥

16 komentarzy:

  1. [Dobry,
    jak zwykle świetna karta, cieszę się, że mnie zakryłaś. Nie będę słodzić, tylko zaproszę do siebie, jeśli masz ochotę.]

    Manitou

    OdpowiedzUsuń
  2. [Najpiękniejsza Jess i najwspanialsza bogini ze słowiańskiego panteonu, połączone jedną, genialną kartą utalentowanej autorki – czy można chcieć czegokolwiek więcej? <3
    Cześć, dziewczyny! Chyba nikogo nie zaskoczę tym, że przychodzę ukochać, utulić i w ogóle otoczyć miłością, bo jest za co: za świetny tekst, za wspaniałą oprawę graficzną, za niezwykłe gify (które kompletnie rozkładają na łopatki!) i cudowną opowieść o Dziewannie jako bogini, która ujmuje swoją prostotą i lekkością. To, co zrobiłaś w tej karcie, to majstersztyk (również od strony HTML!), za który należą Ci się niemałe brawa i chociaż złamałyście (o Wy okrutne!) serce mojemu wspaniałemu Wilczkowi, to nie sposób Was nie uwielbiać. Życzę więc Wam dobrej zabawy na blogu, masy ciekawych wątków i w ogóle ogromu weny, bo po cichu liczę na to, że Dziewanna się w końcu ogarnie i zrobi to, co należy – uświadomi sobie, że to Wilk jest tym jedynym i że nie może od niego uciekać, bo są sobie przeznaczeni. <3 Optuję więc za wywaleniem męża na zbity pyszczek wraz z tym jego majątkiem, opowiedzeniem małemu o jego prawdziwym tacie, wybaczeniem pewnemu indiańskiemu duchowi tego, że zrobił sporo głupotek i pokochaniem nas całym sercem raz jeszcze, bo na to totalnie zasługujemy. <3]

    Wilczek, który teraz będzie bardzo zły i gburowaty i w ogóle paskudny, ale to wszystko dlatego, że nie przestał kochać i no cierpi, no... oraz jego zachwycona autorka! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dzień dobry! Lucyfer wita z piekielną radością :)
    Wita i na jakiś może wątek zaprasza. Do słowiańskich bogów to mam osobiście słabość (chociaż może nie tyle do bogów ile do demonów, ale ciii...). Może coś wymyślimy ciekawego?
    Chyba że drogi Pirat w Internetach (nie pamiętam już czy kiedyś mówiłem ci że świetny nick xD) nie chce ze mną pisać, to okej zrozumiem.
    Ale tak czy siak życzę ci weny, wątków i tego żeby może Dziewanna jakoś się przyzwyczaiła do tego wszystkiego ;)]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  4. [No i nie jestem już jedynym białym, który dał się porwać w świat indiańskich duchów. :) Urocza Dziewanna i nawet całkiem dobrze pasuje do Wilka. Chętnie porwę Cię na wątek do mojego szamana jeśli tylko znajdzie się chęć.]

    Narfi&Crom

    OdpowiedzUsuń
  5. [indian culture it`s good ^^ a serio lubie kazda kulture a ktora bardziej? trudno powiedziec xD
    No ale Dziewanna wyszlo ci jak bulka z maslem (uwaga bo cie zjem) oferuje przyjazn i pomoc papierkowa w trudnych sprawach a wizytowka Pióra Maat zostala juz wyslala na adresatki ;) mocy watkow, weny i wszystkiego co dobrego ... zyczy (a co tam ze wyszlo to jak jakies zyczenia)]

    Maat

    OdpowiedzUsuń
  6. [Mieszka tam gdzie chce mieszkac - czyli wszedzie bo "plascowki" ma rozmieszczone w kazdym wiekszym kraju/stanie Ameryki (nie dobrze patrzysz bo nie umiescilam gdyz sama jeszcze nie wiem, gdzie ja dac) a na razie to glowna baze ma na Manhatanie gdzies tam. Zalezy od sprawy. Sama zajmuje sie sprawami tymi z gory a inne to taki dodatek. Zatem to nie bylby problem az taki wiekszy *telefon dzwoni: a to ty Anka - zaraz przylece xD)
    Zdjecie samo mi wpadlo w sumie i nie musialam za duzo szukac ;)]

    Maat

    OdpowiedzUsuń
  7. Wjeżdżając do Murphy swoim granatowym pickupem, intensywnie zastanawiał się, czy przypadkiem jednak nie jest masochistą. Lubił sobie bowiem wmawiać, że nie – że może i ma całkiem sczerniałe serce, którego nic nie może uratować, skoro nawet miłość nie potrafiła, ale nie jest jedną z tych osób, która świadomie naraża się raz za razem na cierpienie. Twierdził, że to dlatego nie trzyma się z ludźmi – że wiedząc, iż pewnego dnia przyjdzie mu nad nimi roztaczać pełną opiekę w królestwie zmarłych, nie zaprzyjaźnia się z nimi za ich życia dla własnego dobra.
    Jak pokazywała rzeczywistość: gówno prawda. Bez względu bowiem na to, że kiedy przed kilkoma laty przebywał w tej samej okolicy, jego serce oraz duszę okrutnie rozdarto, roztrzaskano i podeptano, zupełnie jak śmiecia, Wilk i tak wrócił do miejsca, które chyba jako jedyne na świecie miało moc go zniszczyć. Nie mogli tego zrobić jego wyznawcy ani inni bogowie, nie mogła tego zrobić wojna pomiędzy starymi panteonami a tymi, które zrodziły się na przestrzeni kilkuset ostatnich lat i nie mógł zrobić tego on sam. Już przecież i tak był martwy – władał światem, w którym śmierć była tak naprawdę początkiem. Mogła tego natomiast dokonać pewna drobna, półtorametrowa kobieta o intensywnie zielonym spojrzeniu pięknych oczu, delikatnych dłoniach i miękkich, rudych włosach, pachnąca niczym polne kwiaty po deszczu – pachnąca jak dom, jak szczęście, jak… złamane serce.
    Nie mógł się zdecydować, czy bardziej wciąż ją kocha, czy już nienawidzi…
    Nie potrafił również dojść sam ze sobą do ładu w kwestii tego, czego chce i oczekuje – nie wiedział, po co właściwie wsiadł za kółko swojego samochodu i zaparkował przed sklepem swojej ukochanej. Nie dało się przecież ukryć, że nie miał tam czego szukać. Jego pojawienie się w jej życiu raz mogło tylko spowodować rozdrapanie ran – w dodatku: tych należących wyłącznie do niego, bo ona ruszyła ze swoim życiem naprzód i ewidentnie nie żałowała, że to zrobiła.
    Zastanawiał się, co poczuje, kiedy ją ujrzy po wejściu do jej sklepu. Okazało się, że ból, złość, żal i zranioną miłość, ale nie nienawiść. W głównej mierze: tęsknotę i to tak ogromną, że aż doprowadzającą go do szaleństwa. Nagle zamarzył o wzięciu jej w ramiona, pocałowaniu i zabraniu gdzieś hen daleko, gdzie przypomni jej o ich związku. Czując, jak zaczyna się rozpadać na kawałki, szybko skupił się na krzywdach, które mu wyrządziła. One zaś pomogły mu wejść w rolę, którą grał od sześciu piekielnie długich lat.
    — Dobry – podsunął usłużnie. – Czy to tego słowa szukałaś? – Uśmiechnął się złośliwie. – Bo zaiste: dzień dobry – przyznał, rozglądając się wokół i z uznaniem kiwając głową na widok wnętrza, które, o czym był przekonany, Dziewanna sama urządziła. – Zwłaszcza, kiedy się przygląda tak pięknemu miejscu – kontynuował, wyciągając rękę, aby dotknąć kilku doniczek. – Gratuluję, pani Carter – powiedział następnie. – To wspaniały lokal – stwierdził, nim stanął pośrodku i raz jeszcze rozejrzał się. – Dobrze, że o nim usłyszałem – ciągnął – bo tak się składa, że mam kilka potrzeb, które dałoby się tutaj zaspokoić – uśmiechnął się z zadowoleniem. – Zanim jednak do tego przejdę, może mi pani powie, pani Carter – podkreślił, a jego oczy pociemniały; przez krótką chwilę był przepełnionym zazdrością skurwielem – co pani osobiście poleca? Wygląda mi pani na osobę o wspaniałym guście. Z pewnością nie tylko do roślin i wnętrz, ale i wszystkiego, hm? – Tylko ona mogła rozpoznać w jego głosie nutkę drwiny, która przeznaczona była specjalnie dla niej. Nawiązywał bowiem, rzecz jasna, do oczywistej, łączącej ich sprawy: do jej gustu do mężczyzn, który chyba, szczęśliwie, na przestrzeni lat jej się odmienił.
    Przecież mówiła mu, że nareszcie odnalazła szczęście.

    zły, bo zraniony i bardzo smutny, że Anka już nie jest jego i że go rzuciła, Wilczek, który nie rozumie, jak to się mogło stać, że pewnego dnia się skończyli oraz jego autorka, która kocha za niespodziankowe, superowe rozpoczęcie i w ogóle za wszystko, a jednocześnie przeprasza za tego gbura <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam serdecznie Dziewannę! :)
    Moją opinię co do karty już znasz. Naprawdę aż dziwne, że nie czytałaś książki, bo sporo tu klimatu z postaci Samanty. Czytało się bardzo przyjemnie. Życzę dużo dobrej zabawy, ciekawych wątków, no i szczęścia i miłości dla Dziewanny! A w razie chęci zapraszam do siebie, jak już się opublikuję. :)

    - Administracja

    OdpowiedzUsuń
  9. [Ja również bardzo dziękuję za tyle miłych słów. :) Pomysł na formę KP to zasługa drama queen, która mnie zainspirowała. Nie martw się jeszcze wiele ogromnych spoilerów zatrzymałam dla siebie, więc może w przyszłości to i owo Cię zaskoczy. ;)
    Chętnie wpadnę na wątek. Co do pomysłów to do głowy przychodzi mi coś z przeszłości. Loki przez wiele lat dość dobrze dogadywał się z indiańskimi bogami (co będzie w historii jak w końcu ją skończę pisać xD). A w czasach obecnych to można spróbować też coś z Mr.Worldem, to już jak wolisz. :)]

    - Loki

    OdpowiedzUsuń
  10. [Hej! Z lekkim opóźnieniem, ale wpadam się przywitać. Miło widzieć Dziewannę w naszych skromnych progach. Bardzo ciekawie wyszło też samo powiązanie z Wilkiem, aż sama jestem ciekawa i jego początków, i też jak się potoczy. ;)
    Życzę powodzenia, mnóstwa weny i dobrej zabawy na blogu. :)]

    Sigyn, Oshun, Persefona & 1/3 administracji

    OdpowiedzUsuń
  11. — Nie ma za co dziękować. To zasłużone słowa uznania – stwierdził nonszalancko, próbując udawać, że owe spotkanie i te bariery pomiędzy nimi, wcale go nie zabijają.
    Kiedyś nie zagadywałby jej – po prostu rzuciłby się ku niej, biorąc ją w swoje objęcia i na jej ustach złożyłby namiętny pocałunek, który przypomniałby im obojgu, do kogo należą. Zaraz potem okręciłby się z nią wokół własnej osi i uśmiechnąłby się jak wariat, bo ze szczęścia już nie umiałby wytrzymać. Teraz jednak stał kilka metrów od niej, zachowując dystans i słuchając jej.
    Sam głos Dziewanny sprawiał, że serce Wilka boleśnie dawało o sobie znać. O ironio, to ona mu je złamała – potrzaskała na miliony kawałków i podeptała – i to ona była jako jedyna w stanie sprawić, aby znów się w nim odezwało – ponownie bólem, którego nie dało się opisać, z mocą, o jakiej nikomu nawet się nie śniło. To było jak koszmar – tyle że taki, który nie dobiega końca. Zaczyna się od nowa i od nowa, niezmiennie wyniszczając w nim wszystko i odbierając mu chęci do życia – swoistą ironią losu było więc, że jako duch nie mógł liczyć na śmierć. On miał tułać się po tym paskudnym świecie przez wieczność – i nic ani nikt nie mogło tego zmienić. Wiedział przy tym, że niezależnie od tego, jak mocno by się starał, nigdy nie wyrzuci tej pięknej bogini ze swoich myśli, ze swojego ciała, ze swojego życia… W chwili, w której ich drogi się przecięły, stała się jego nieodłączną częścią. I jasne, mógł się oszukiwać, że pewnego dnia czas wyleczy rany – rzecz w tym, że kiedy teraz stał obok niej i słuchał, jak próbuje mu zaaranżować wnętrze, był w pełni świadom, że nigdy się od niej nie uwolni. Bo nie zechce.
    Nawet jeśli kurewsko mocno bolało, dobrze było znów ją zobaczyć…
    Szkoda, że w tym wszystkim był tak pogubiony we własnych uczuciach, że wściekłość, żal i zranienie wciąż miały nad nim silniejszą kontrolę niż tęsknota.
    — Fikus benjamin… – powtórzył po niej w zadumie. – Tak – kiwnął głową – cóż… – przyglądał się roślince – niewątpliwie brzmi kusząco, ale jakoś tak… nijako? – Powiedział to tonem pytającym, więc jasnym było, że szuka odpowiedniego słowa. – Widzi pani – podkreślił z dziwnym uporem, wynikającym z tego, że i ona się w ten sposób do niego zwróciła; dziwne, ale póki tylko on to robił, czuł się w porządku, lecz kiedy i ona zaczęła, poczuł wściekłość – nie zależy mi na czymś prostym w obsłudze – wyznał, wciąż patrząc na roślinkę. – Zawsze lubiłem wyzwania. Niezależnie czy chodzi o pracę, czy o związki, czy zwierzęta a może rośliny: lubiłem, gdy nie było łatwo ani banalnie. Oczywiście – przyznał – czasami takie ryzykowanie nie kończy się dobrze – zerknął na nią na moment, co było wymowne – ale generalnie… – Nie dokończył. – Zależy mi więc na czymś, co pokaże moją niezależność. Siłę i męskość – uśmiechnął się – oraz… cóż – jego oczy na niej spoczęły – samowystarczalność. Z tego ostatniego jestem szczególnie dumny – powiedział jej, nie krępując się przed posyłaniem dwuznaczności. – Widzi pani, parę – nacisnął – ładnych lat mi to zajęło – stanął swobodnie, jakby była zwykłą sprzedawczynią, z którą postanowił się podzielić historią swojego życia; to było chyba coś, co ludzie robili normalnie, na co dzień, prawda? – ale w końcu udało mu się stać się samodzielnym. Kiedyś… cóż, popełniłem błąd – coś w nim chyba pękło, gdy powiedział te słowa; ach!, jakież to było kłamstwo!, przecież nie cofnąłby czasu za nic na świecie – i uzależniłem wszystko od jednej osoby. Teraz… cóż, szukam czegoś, co dałoby jasny znak, że jestem panem własnego losu. – Tak naprawdę chciał sam się oszukać, że tak jest. – Może mi pani coś w tym celu polecić? Bo kupiłem farmę, muszę wystroić dom, ogród, biuro… – westchnął. – Czeka mnie sporo roboty! – Posłał jej uśmiech.

    Wilczek, który jest okropny i pewnego dnia bardzo za to przeprosi, ale myśli, że ona nie kocha i zignorowała wszystko, co ich łączyło, więc mu smutno :C :C :C

    OdpowiedzUsuń
  12. [Dziękuję bardzo za wszystkie miłe słowa. Przyznam się, że pierwszy raz robiłam tak wielki "risercz" do postaci i cieszę się, że ktoś w ogóle przez ten opis przebrnął. ;)
    To może burza mózgów? Z tego co widzę Dziewanna pojawiła się w Ameryce na samym początku XIX wieku. Narfi w tym czasie trochę "pokłócił się" z własną rodziną, a konkretnie z ojcem, który postanowił zdradzić Indian, żeby nie stać po stronie przegranych. W każdym razie uparł się zostać z Indianami, żył dalej w zgodzie z duchami i tak dalej. Nie wiem jeszcze czy Wilk skorzysta z zaproszenia, ale może wtedy też wpadłoby mi z nim jakieś powiązanie, bo Narfi to bóg śmierci, który został szamanem, więc kompetencjami mu dość blisko do Wilka. Ale nawet abstrahując od relacji z poszczególnymi duchami, myślę, że Narfi i Dziewanna mogli się poznać, bo XIX wiek był trudny dla Indian i ich duchów. A tu dwójka białych, europejskich, bogów stoi trochę w opozycji do całego swojego panteonu i popiera miejscowych. Mogli chcieć się ze sobą dogadać choćby dlatego, by nie czuć się samotnie w swoich wyborach. Mam też taki problem z Narfim, że jego (i jego wyborów) chyba nikt nie rozumie, więc przydałaby mu się jakaś duszyczka z podobnymi rozterkami (zwłaszcza niedopasowaniem) - do wzajemnego wspierania się. W razie czego możemy odwdzięczyć się pomocą z wrogiem lub po prostu wparciem. ;)
    Coś pomogłam?]

    Narfi

    OdpowiedzUsuń
  13. Kiedy kupował ranczo w Karolinie Południowej, był przekonany, że to bardzo dobry pomysł. Wydawał mu się wręcz genialny: miał utrzeć nosa tej, którą kochał, a która go zdradziła i miało mu to przynieść mnóstwo satysfakcji. Już jednak od pierwszej chwili okazało się, że nie umie być skurwielem bez serca – że zamiast prowadzić te biedne stworzenia na rzeź, to je ratuje. Zaczął od razu sprowadzać do siebie te zwierzęta z kraju, które trzymano w bestialskich warunkach, ale nie chciał, aby ktokolwiek o tym wiedział. Jak widać: Anna również o tym nie słyszała.
    Tylko czemu nie przyniosło mu to radości?
    — Mówisz o ranczu? – Poprawił ją jak gdyby nigdy nic. – Bo kupiłem ranczo. Dom, ziemię i zwierzęta – powiedział spokojnie, choć doskonale wiedział, czemu tak zareagowała i o co jej chodziło. Odruchowo nawet pragnął jej wszystko wyjaśnić… – Nic mi nie wiadomo o rzeźni – kontynuował. – Ale serdecznie zapraszam do odwiedzin, może mnie pani oświeci – ciągnął z udawaną grzecznością – i pokaże mi rzeczy, o jakich dotąd nie miałem pojęcia? – Posłał jej uśmiech, który nie sięgał oczu. Jej nagła zmiana nastroju nieco go zaskoczyła, ale nie dał się zbić z pantałyku. – A może jednak kupię jakiegoś sukulenta, bo jego przynajmniej nikt nie zrani, bojąc się do niego podejść? – Zapytał wyzywająco, nawiązując do ich przeszłości. – Niech więc będzie… anturium, tak? – Przypomniał sobie nazwę. – I kaleta. I ten oto – podsunął jej swój własny wybór, czyli dorodnego kaktusa z wyjątkowo długimi igłami – okaz. Zapakować – potwierdził następnie i niewzruszenie czekał, aż to dla niego zrobi, aby w chwili, w której zadała mu pytanie, prychnąć.
    Za nic na świecie nie chciał jej bowiem okazać, jak wielki ból sprawiło mu jej pytanie ani jak silne uczucia wzbudziło w nim jej spojrzenie, które wlepiła w jego oczy. Miał wrażenie, jak wielokroć wcześniej, że przeszywa jego duszę na wskroś, a tego się obawiał. Nie chciał jej pokazać, że nadal ma nad nim władzę i może mu zrobić największą krzywdę, jaką tylko się da. Nie chciał okazać jej słabości. Nie chciał, żeby wiedziała, że wcale nie ruszył do przodu, bo czuł się żałośnie z tym, że jej się to udało. Zrobił więc jedyne, co mu przyszło do głowy: skrył się za maską skurwiela, który kompletnie nic nie czuje. Który drwi, kąsa i rani, i w ogóle nie dba o spustoszenia, jakie tym samym czyni. Jedynym, czego nie rozumiał, było to, dlaczego Dziewanna wydawała się cierpieć – przecież powinna być szczęśliwa, skoro odeszła od niego do kogoś, kogo kocha…
    — To jakaś nowość, Anno – rzucił kpiąco: tak jak ona niespodziewanie użyła jego imienia, tak i on postanowił zrobić to samo. Nie chciał się zastanawiać nad tym, dlaczego ona wygląda na przybitą. Nie chciał, bo jego głupie serce od razu chciałoby jej pomóc, a potem bardzo szybko zostałoby złamane… – Mam ci odpowiedzieć na to pytanie? – Uniósł z zaskoczeniem jedną, bogatszą o bliznę po bójce, brew ku górze. – Od kiedy to moje zdanie się liczy? – Zapytał i było więcej niż jasne, do czego nawiązywał. – Od kiedy – ponowił z większą mocą – ciebie w ogóle obchodzi to, czego ja chcę, Anno? – Tym razem już nie drwił, przemawiała przez niego po prostu gorycz. Oddałby bowiem wszystko za to, aby przed tymi paroma laty zapytała go o to samo i wzięła pod uwagę jego zdanie: żeby wysłuchała go i zrozumiała, że on jest gotów zrobić absolutnie każdą rzecz, o jaką go tylko poprosi, byleby tylko dała mu kolejną szansę. O nic więcej nie prosił: chciał po prostu mieć możliwość naprawienia swoich błędów i przekonania jej, że może być lepiej.

    Arthur, któremu jest bardzo przykro, bo to pytanie powinno było paść wcześniej... :*

    OdpowiedzUsuń
  14. — Ja tylko zadałem pytanie – odpowiedział jej na jej prośbę, aby przestał. – Nie wolno? – Uniósł brwi w pytającym geście, aby później wbić w nią intensywne spojrzenie. – Zawsze… – powtórzył po niej i jasnym było, że ani trochę w to nie uwierzył. – Oczywiście, zawsze – na jego ustach pojawił się uśmiech; zastanawiał się, gdzie w takim razie podziało się to najważniejsze w chwili, w której błagał ją, aby dała mu szansę. W momencie, w którym rzuciła go na kolana. – Tylko nie wtedy, gdy w grę wszedł Evan, nie? – Nie mógł się powstrzymać od wtrącenia, po czym umilkł, ostatecznie pozwalając jej dokończyć.
    Nie sądził jednak, że danie jej takiej możliwości wzbudzi w nim tyle emocji – że jej słowa dosłownie uderzą w niego niczym obuch, a jej postawa kompletnie go zaskoczy. Miał bowiem wrażenie, że coś jest nie tak: nie mówi się przecież takich rzeczy komuś, kogo się nie tylko zdradziło, ale i porzuciło, aby urodzić dziecko innemu. Patrzył więc na nią w konsternacji, mając przez moment myśl, że może się przesłyszał – że przecież to wszystko nie miało najmniejszego sensu, bo Dziewanna zachowywała się tak, jakby dosłownie życie mu uratowała. Jego umysł zaczął więc działać na zwiększonych obrotach, dopóki mechanizmy obronne nie zadziałały, zabraniając mu tego: nie mógł się zastanawiać, bo to prowadziło do bólu. Lepiej było pamiętać o krzywdzie, której z jej rąk zaznał, a której nigdy nie przebolał.
    — Przepraszam, co powiedziałaś? – Wytrzeszczył oczy, patrząc na nią w zdumieniu, po czym nagle roześmiał się; nie było w tym jednak nic wesołego. – Dobro, tak? – Prychnął. – Dobro?! – Powtórzył z kpiną i żalem w oczach. – Fantastycznie, Anno – rzucił. – Nie no – cofnął się i rozłożył ręce, wyginając lekko wargi ku dołowi – jak tak to w porządku, serio – stwierdził, ale jego ton świadczył jasno o tym, że to nie była prawda. – Skoro to moje dobro – podkreślił – liczyło się najmocniej – to nie ma o czym mówić. Absolutnie! – Rzucał dalej w silnych emocjach. – Nie ma – wzruszył ramionami, wciągając na moment policzki do środka i przybierając lodowatą pozę. – Gdyby chodziło o coś innego, moglibyśmy się użerać o te wszystkie pieprzone miesiące zastanawiania się, co poszło, kurwa, nie tak – był to jedyny moment, w którym Dziewanna w najbliższym czasie miała usłyszeć od niego tego typu słowa – ale skoro to o moje dobro chodziło, to ok! – Zadrwił. – W takim razie twoja pieprzona zdrada i ten twój kochaś, jesteście usprawiedliwieni. Naprawdę! – Zapewniał ostro. – W końcu wskoczyłaś mu do łóżka dla mnie, nie? – Rzucił z rezygnacją i drwiną, choć bardzo chciałby się w tym momencie zdobyć na pogardę. Nie umiał jednak: nie wobec niej. – Dobrze, że to sobie wyjaśniliśmy, pani Carter – podkreślił, nagle odpuszczając wszelkie emocje; zamknął się w sobie i tak już czując, że zbyt wiele zdradził. – Teraz możemy nareszcie skupić się na tym, co ważne, prawda? – Wyciągnął z kieszeni portfel, a z niego pieniądze. – Pani na swojej wspaniałej rodzince, a ja na moim ranczu, które, jak zapewniam, niebawem będzie świetnie prosperowało! – Oznajmił z krzywym uśmiechem, mając zupełnie co innego na myśli, niż ona pewnie pomyślała. – Pani zadba o dobro męża, a ja o swoje: i kto wie? Może znajdę kogoś, dla kogo moje dobro nie będzie oznaczało porzucania mnie? – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Liczę jednak, że możemy się skupić na profesjonalnych relacjach, pani Carter. Bo będę potrzebował, tak czuję – zapewnił niewinnie, jakby wcale nie robił tego specjalnie – dużo ziemi, dużo krzewów, dużo tych wszystkich ziółek. O… olejki… – zachowywał się trochę jak wariat, ale urwał w połowie zdania i podszedł do wystawy. Znów emocje w nim buzowały: przy niej ewidentnie nie umiał nad sobą panować. – A ma pani jakiś na powodzenie w miłości? – Rzucił jej wyzywające spojrzenie.

    Wilk, który czuje się trochę jak w potrzasku pomiędzy poczuciem, że o czymś nie wie, a bólem, jakiego zaznał, więc jest niefajny, sorki :C

    OdpowiedzUsuń
  15. Chociaż słowa Anny mocno go zaskoczyły, postanowił udać, że ich nie usłyszał – że nie dotarło do niego, że życzy mu tego, aby związał się z kimś innym, bo sama myśl o tym, że akurat ona; ta, którą kochał nad życie i która jego zapewniała o potędze swojego uczucia; pchała go właśnie w ramiona innej. Niespodziewanie go to zirytowało – spodziewał się raczej walki o niego czy zazdrości, a nie łagodnego życzenia mu, aby był szczęśliwy, bo przecież chciał być i robił wszystko, aby tak było, dopóki mu tego okrutnie nie odebrała. W chwili więc, w której obecnie znów wróciła z nim do profesjonalnej wymiany zdań, jednocześnie oferując przedmioty ze swojego sklepu, poczuł, że nie może tak tego zostawić. Może i było to samobójstwo, ale nie chciał, aby ich rozmowa zakończyła się właśnie w tym momencie.
    — Ale przecież nie ma pośpiechu! – Zauważył, nie przyjmując od Anny notesu. – Nie musimy się z niczym uwijać jak w ukropie. Mamy mnóstwo – podkreślił, patrząc na nią uważnie – czasu na wspólne interesy – kontynuował z przekonaniem. – I mamy też do siebie blisko, także nie, nie, zdecydowanie nie musimy się spieszyć – wymruczał niby to sam do siebie. – Przyjadę po prostu, jak się na coś zdecyduję i kupię jakiś sprzęt. A potem kolejny… i kolejny. – Nie wiedział, czemu to robił im obojgu, ale nie potrafił zdecydować się na opcję, w której nie mieliby już siebie widzieć, a przynajmniej z rzadka. Powtarzał sobie, że jej to nie robi różnicy i że tylko o niego w tym wszystkim chodzi, a głupiemu sercu wydawało się, że jeśli pozostanie blisko, to w końcu się z niej wyleczy. Nic bardziej mylnego, ale się łudził: że jak nie tak, to może przynajmniej odzyska ją za tych kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat, kiedy po jej mężu pozostanie tylko wspomnienie… – Tak sobie myślę, że moje ranczo chętnie zawiąże ścisłą współpracę z tym pięknym sklepem i będę jej osobiście nadzorować, tak – kiwnął głową, samemu sobie potwierdzając plany.
    Zagajenie Dziewanny o ziółka na powodzenie w miłości było prawdopodobnie z jego strony ostrym przegięciem i dobrze o tym wiedział, ale niepokorna myśl, która siedziała w jego głowie, mówiąca mu o tym, że jej się przecież udało, nie chciała mu dać spokoju. To dlatego był draniem i dlatego zachowywał się tak okropnie: on po prostu nie mógł tego wszystkiego nadal przeboleć. A to, że pani Carter raz za razem rzucała takie dziwne słowa, jak te odnoszące się do tego, na co zasługiwał – ponownie bowiem przeszło mu przez umysł, że czegoś nie wie i że wokół dzieje się znacznie więcej, niż w ogóle zdawał sobie z tego sprawę – w niczym nie pomagały. Miał tylko coraz większy mętlik w głowie i czuł się coraz bardziej zagubiony.
    — Chyba jednak potrzebuję – odparł i choć jego ton głosu był zaczepny, to oczy patrzyły na nią badawczo, próbując pojąć, dlaczego jest nagle taka blada. – Od kilku lat mi się nie powodzi. Ba! W sumie od wieków – ciągnął jednak swoją grę, bo wizja tego, że mogłoby ją boleć, że byłby z kimś innym, wydawała mu się już zbyt piękna, aby mogła być prawdziwa – próbuję znaleźć to szczęście i nawet łudziłem się, że mi się udało, ale… no cóż – westchnął i wzruszył ramionami. – Jakimś dziwnym trafem to, co dla mnie najlepsze – powiedział stanowczo i mocno nacisnął na owe słowo – samo ode mnie ucieka. Miłość, kobieta, rodzina… – wymieniał, patrząc na nią obojętnie. – Widocznie jednak nadaję się tylko do mordowania zwierząt, w końcu… to poniekąd mój żywioł – zaśmiał się gorzko, referując do swojego boskiego obowiązku. – Nie jestem głupi, Anno – rzucił później – ani ślepy. Mogłabyś mi chociaż oszczędzić tych pustych, słodkich słów o tym, na co zasługuję, skoro sama zdecydowałaś o tym, aby mi wszystko odebrać. I szczerze? – W jego głosie pojawił się nieopisany żal. – Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna – stwierdził.

    Arthur, który czuje, że najlepsze stoi przed nim i to jest mega niefajne :C

    OdpowiedzUsuń
  16. — Szkoda, że ci nie wierzę, Anno – odparł cicho i z żalem, a nawet jakby rezygnacją. – Szkoda, że nie wierzę, bo to, co zrobiłaś, dobitnie świadczy o czymś innym – nacisnął, wpatrują się w nią intensywnie. – Bo moje szczęście odebrałaś mi przed kilkoma laty i nie pamiętam, żebyś się jakoś wówczas specjalnie przejmowała mną czy moim szczęściem – stwierdził.
    Choć jednak jego głos pełen był goryczy, to sam Arthur był coraz mocniej zdezorientowany. Wynikało to z tego, że kompletnie nie rozumiał, dlaczego jego rozmówczyni zaniosła się nagle płaczem – pomyślał, że może jego słowa jednak w nią uderzyły i wzbudziły w niej wyrzuty sumienia, ale przecież to nie miałoby większego sensu. Jemu nie chodziło o to, aby się nad nim litowała, lecz o to, aby… cholera, sam właściwie nie wiedział. Nie umiał powiedzieć, po co tego dnia przyszedł do jej sklepu, choć w tym przypadku chyba chodziło mimo wszystko o zemstę i o próbę zamknięcia za sobą tego rozdziału. O złudną nadzieję, że jak się z nią zobaczy i wszystko jej wygarnie, to będzie z nim lepiej, a tymczasem wcale nie było – było z nim natomiast coraz gorzej i gorzej, bo w miarę jak przyglądał się jej łzom, coraz mocniej przestawał być pewien, że dobrze robi, a bardziej zaczynał pragnąć przesadzić oddzielającą ich ladę, aby wziąć ją w ramiona i jakoś ukoić jej ból. Bo chociaż była przyczyną jego największego cierpienia, jemu nadal na niej zależało.
    Był już o krok od podjęcia owej decyzji, gdy nagle ktoś im przerwał i wówczas świat Arthura znów się na moment zatrzymał, a jego serce zamarło mu w piersi. Zobaczył bowiem małego chłopca, który swoim urokiem ująłby chyba każdego i poczuł jak jednocześnie robi mu się ciepło, kiedy ten wpadł do sklepu z indiańskim nakryciem głowy i lodowato ze smutku, kiedy uświadomił sobie, że to mógłby być jego skarb. Jego mały Indianin.
    Wszystko to na tyle mocno go zaskoczyło, że Wilk nic nie powiedział przez pierwszych kilka chwil, podczas których matka z synem dogadywali się co do tego, co on robi w jej sklepie i co będzie robił dalej. W momencie jednak, w którym Dziewanna postanowiła wysłać małego na zaplecze, niespodziewanie poczuł jak narasta w nim olbrzymi bunt. Ukucnął, aby być mniej więcej na równi z chłopcem.
    — Cześć – uśmiechnął się do niego szczerze i szeroko, wyciągając ku niemu dłoń. – Jestem kolegą twojej mamy – powiedział, o dziwo, bez mrugnięcia okiem – ale nie mówiła mi nigdy, że ma tak wspaniałego Indianina w domu! – Powiedział z niemałym podziwem. – Czegoś ci jednak brakuje… – Właśnie w tym momencie przypomniał sobie, jak Anna wołała do synka i poczuł się jak uderzony obuchem. To niemożliwe… pomyślał sobie, rzucając na niego krótkie, spłoszone i badawcze spojrzenie, aby jak najprędzej odepchnąć od siebie tę myśl. To na pewno imię po ojcu jej męża. Na pewno… powtarzał sobie, ale ziarno niepewności zostało w nim zasadzone. – Archie – powrócił jednak do wpatrzonego w niego chłopca, próbując zapomnieć o tym, nad czym się właśnie tak usilnie zastanawiał. – Musimy poprosić mamę o jakąś kolorową maść… – tu spojrzał wymownie na Annę, która nie miała za bardzo wyjścia: musiała jakąś im podać – o, idealna! – Uśmiechnął się, bo dostali krem z czerwonym barwnikiem. – A teraz musimy zrobić tak, o – oznajmił i nałożywszy go na palce, namalował na policzkach chłopca wojenne oznakowania. – Teraz – stwierdził, całkiem dumny ze swojego dzieła – możesz spokojnie walczyć za swoje plemię – mrugnął do niego porozumiewawczo. – Ach nie! – Zawołał z przejęciem zaraz potem i uderzył się w czoło, jakby miał do siebie żal, że zapomniał. – Potrzebujesz jeszcze jakiegoś imienia! – Zauważył, zerkając na chłopca w oczekiwaniu na to, co ten wymyśli.

    Wilczek, który nawet nie wiedział, że dogadanie się z takim maluchem, będzie takie naturalne...

    OdpowiedzUsuń