środa, 9 sierpnia 2017

the snowman who falls in love with a stove

Sigyn
nordycka bogini zwycięstw • w niektórych podaniach uważana też za boginię wierności • małżonka boga ognia, kłamstw i oszustw • wierna towarzyszka swojego męża • niosąca wytchnienie w cierpieniu • matka Narfi'ego i Váli'ego
---
Signild Linnéa Lyesmith • 15 marca 1985 • stan cywilny: mężatka • mąż: Loki Lyesmith • pochodzenie: pół-Norweżka, pół-Amerykanka • zawód: chirurg urazowy • miejsce zamieszkania: 2262 Glenridge Ave, Saint Paul, Minnesota • wolne chwile spędzane w WoodburyTroja
odautorsko

80 komentarzy:

  1. [Moja najwspanialsza na świecie żona <3
    W końcu jesteś! <3]

    - Mąż

    OdpowiedzUsuń
  2. [Przeczytałam, chcę ciastko! I zazdroszczę dopracowania karty, muszę się chyba w końcu zebrać i coś zmalować ;)
    To co, wątek z pasierbicą? ♥]

    Helcia

    OdpowiedzUsuń
  3. [A ja mam nadzieję, że uda mi się jej nie zniszczyć, bo chciałaby żeby pozostała taka kochana i urocza :)
    Faktycznie, ciężko było znaleźć coś więcej oprócz krótkich wzmianek, ale jak wiadomo internet nie ma końca, więc się udało na szczęście.
    Dziękuję za wszystkie miłe słowa, no i zaproszę Sigyn do wątku, bo czemu by nie :3]

    Ostara

    OdpowiedzUsuń
  4. Po raz kolejny wracając do domu czuł się nieswojo. Bał się tej chwili, gdy będzie musiał spojrzeć w oczy żonie, aż za dobrze wiedząc co w nich zobaczy. Smutek, zmęczenie, niepewność i ból... Sigyn nigdy nie umiała kłamać. Nawet kiedy uśmiechała się na powitanie, kiedy obejmowała go czule, obsypywała pocałunkami i mówiła o tym jak tęskniła, kiedy wciąż powtarzała, jak bardzo go kocha... przez cały ten czas aż nazbyt wyraźnie widział jak wiele wysiłku wkłada w każdy gest, w każde słowo, jak z całych sił próbuje udawać, że wszystko jest w porządku. On zwykle wtedy też udawał. Że nie dostrzega tego, co tak bardzo próbowała przed nim ukryć, że z całych sił docenia jej wszystkie, nawet najdrobniejsze starania i wysiłki, by było dobrze. Nawet jeśli wiedział, że to nie było rozwiązanie. Wiedział, że coś ją dręczyło i domyślał się z jakiego powodu. Mógł uśmiechać się do niej, udawać, że wszystko jest w porządku i starać się być przykładnym mężem. Mógł przynosić jej kwiaty, zasypywać ją prezentami i komplementami, mógł na każdym kroku okazywać jej czułość i miłość... Ale nie potrafił spojrzeć jej w oczy i tak po prostu okłamać. Nie chciał tego robić.
    Ale z drugiej strony nie wyobrażał sobie też jak miałby powiedzieć jej całą prawdę. Zbyt dobrze wiedział jak ciężko zniosła wiadomość o tym, że po tylu wiekach spokoju znów dał się wciągnąć w interesy z Odynem. Pamiętał też jak wiele wysiłku kosztowało ją wspieranie go w decyzji by pomóc Shadowowi. Co powiedziałaby teraz? Gdyby powiedział jej prawdę o tym co robi, o nowych bogach, o nadciągającej wojnie, o wszystkich planach, które tak skrupulatnie realizował. Domyślał się, że pewnie nie odezwałaby się ani słowem. A on musiałby jakoś zmierzyć się z tą nieznośną ciszą i widokiem kolejnego rozczarowania w jej oczach.
    Wciąż powtarzał sobie, że lepiej i bezpieczniej dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, byłoby trzymać ją jak najdalej od tego wszystkiego... Kłamstwo powtarzane setki razy staje się prawdą. Wmawiał sobie, że postępuje słusznie, że ją chroni. Mimo to czuł się źle, wiedział, że ją rani. Znikał na całe dnie, czasem nie wracał nawet na noc i chociaż nie robił nic złego, a przynajmniej nic złego wobec Sigyn, widział jak bardzo ją to niszczy. Zbyt wiele razy w przeszłości ją ranił, zawodził jej zaufanie, pozwalał poniżać ją godząc się na coś, na co nie powinien nigdy się godzić. Nie miał prawa oczekiwać, żeby mu ufała. Wiele razy chciał nawet powiedzieć jej choć część prawdy, by jakoś uspokoić. Ostatnio jednak Sigyn przestała już nawet zadawać pytania o to gdzie był lub dlaczego nie wrócił na noc.
    Wczorajszą noc również spędził poza domem. Tym razem jednak nie zamierzał już unikać tematu, ani spojrzenia żony. Chciał jej powiedzieć o tym, że zgodził się pracować dla nowych bogów, że nie będzie robił nic złego, po prostu będzie ich kierowcą. Że czasem może i będzie musiał zniknąć na jakiś czas, jadąc na drugi kraniec Ameryki, ale to przecież tylko praca. Nic złego się nie stanie. Potem może stopniowo powie jej więcej. O nowych bogach, może nawet o mr.Worldzie...
    W domu panowała nieprzyjemna cisza. Sigyn musiała wyjść już na dyżur. Może to i lepiej, miał więcej czasu by przemyśleć sobie wszystko, co chciał jej powiedzieć. Przez całe popołudnie i wieczór ułożył w głowie chyba z setkę scenariuszy tego, co planował jej przekazać. Łącznie z przeprosinami za to, że znów ją zawiódł, że nie był mężczyzną na jakiego zasługiwała.
    Również niemal cała noc minęła mu na rozmyślaniach. Nie lubił sypiać bez niej. Dopiero kiedy czuł jej bliskość, gdy mógł ją do siebie przytulić, czuł się naprawdę jak w domu. Kiedy znikała na nocne dyżury czuł się nieswojo i obco, ale zwykle nie zastanawiał się nad tym. Wystarczyło, że zobaczył ją dumną i szczęśliwą, gdy wracała do domu. Uwielbiał, gdy pomimo zmęczenia z uśmiechem opowiadała o tym jak znów uratowała czyjeś życie. Cieszył się wówczas razem z nią i natychmiast zapominał o całym świecie, w końcu szczęście Sigyn było dla niego wszystkim. Zwłaszcza teraz, gdy coraz trudniej było dostrzec uśmiech na jej twarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kończył właśnie przygotowywać jej śniadanie, po raz kolejny zerkając na zegarek. Sigyn powinna już wrócić... Zwykle nie zostawała w pracy po godzinach, a przynajmniej nie robiła tego bez informacji. Tym razem nie jednak zostawiła żadnej wiadomości. Może po prostu coś ją zatrzymało, zdarza się... Mimo to czuł dziwny niepokój. Z irytacją odrzucił połączenie od jednego z tych „nowych gnojków”. Nie miał teraz na to wszystko czasu. Zwłaszcza, że może zaraz zadzwoni Sigyn informując, że wróci trochę później niż zwykle.
      Na wszelki wypadek napisał do niej smsa. Przez chwilę siedział przy stole w kuchni wpatrując się w ekran telefonu. Dopiero po chwili dostrzegł kątem oka pomięty kawałek papieru, leżący obok kosza.
      Podniósł go i rozprostował. Widok listu nieco go zaskoczył. Spodziewał się raczej jakiejś notatki. Podświadomość podpowiadała mu nawet, że może Sigyn też ma przed nim jakieś sekrety. I chociaż wiedział, że było to niedorzeczne, nie mógł pozbyć się niepokoju. Jednak treść listu sprawiła, że niepokój zmienił się w strach i rozpacz. Znów ją skrzywdził, swoją ukochaną, słodką Sigyn, swój największy skarb. ”Lub jeśli nie jestem już dla Ciebie odpowiednia, a swoje szczęście znalazłeś gdzieś indziej…” Wpatrywał się w te słowa z pewnym niedowierzaniem, które chwilę później przerodziło się we wściekłość na samego siebie. Więc Sigyn sądziła, że on... Oczywiście, niby dlaczego miałaby sądzić inaczej? Przecież dał jej wystarczająco wiele powodów by tak myślała! Po tym jak mu zaufała, jak otworzyła przed nim serce i podarowała mu szczęście, o jakim zawsze marzył, zachował się jak skończony kretyn i zamiast walczyć o swoją miłość, wolał pieprzyć tą cholerną olbrzymkę. A potem? Potem było już tylko gorzej... Nienawidził samego siebie za to wszystko co jej zrobił. Za wszystkie poniżenia jakie musiała znosić i za każde obrzydliwe słowo jakie jej powiedział by zmusić ją do odejścia.
      Zagryzł nerwowo wargi, po raz kolejny wpatrując się w treść listu. Wiem, że jestem niedostatecznie dobrą żoną. Żoną, kochanką, kobietą. Nie mógł znieść tych słów. Ani tego, że Sigyn naprawdę mogła tak o sobie myśleć. Gdyby mógł, najchętniej powiedziałby jej teraz, że dla niego zawsze była ideałem. Najpiękniejszą kobietą jaką znał, że mógł bez końca wpatrywać się w jej oczy, że nikt nie miał tak pięknego uśmiechu jak ona, że uwielbiał słuchać jej głosu, że kochał jej cudowną delikatność i to że była tak inna niż wszyscy. Że nie mógł marzyć o lepszej kochance, bo to właśnie ona dawała mu coś wyjątkowego, że za każdym razem gdy się kochali czuł całą jej miłość i czułość. Że nigdy nie zasłużył na tak cudowną żonę, która gotowa była trwać przy nim niezależnie od tego co się stanie i że nawet mając całą wieczność nie byłby w stanie odwdzięczyć się jej za ogrom jej miłości... I że to on nie jest dość dobry dla niej...
      Bez zastanowienia zadzwonił do niej. Musiał z nią porozmawiać. Teraz. Powiedzieć jej to wszystko i jeszcze więcej.
      Nie odbierała. Zadzwonił ponownie. Znów nie odebrała. Miał już zadzwonić po raz kolejny, gdy na drugi numer przyszła wiadomość. Na krótką chwilę zamarł na widok zdjęcia dołączonego do wiadomości. Sigyn. Jego najdroższa słodka Sigyn. Związana, zakneblowana i na dodatek ranna. Szybko jednak otrząsnął się z przerażenia widząc dumną wiadomość od tego małego gnojka.
      Z wściekłością wypadł z domu, w duchu powtarzając sobie, że nie daruje. Zabije tego gówniarza. Zabije ich wszystkich jeśli będzie trzeba. Albo gorzej... Ukarze ich tak, by sami żałowali, że w ogóle powstali.
      * * *

      Usuń
    2. Wpadł do siedziby nowych bogów jak burza. W tej chwili starał się skupić tylko na tym, by jak najszybciej znaleźć się przy Sigyn, upewnić się, że nic jej nie jest i żaden z tych gówniarzy nie był na tyle głupi by jakoś ją skrzywdzić.
      W holu czekała już na niego Telewizja, wyraźnie poddenerwowana.
      – Mówiłam im, że to zły pomysł – odezwała się. Wyminął ją, całkowicie ignorując. Wtej chwili nie miał ochoty wdawać się w jakiekolwiek dyskusje, ani słuchać tego co miała mu do powiedzenia. Słyszał jej przyśpieszone kroki, gdy starała się za nim nadążyć.
      – Powinni dostać nauczkę za swoje zachowanie. Lekceważą cię... – kontynuowała – uważam, że powinni znać swoje miejsce.
      Nie słuchał jej. Nie miał zamiaru słuchać tych bzdur. Sam najlepiej wiedział co powinien zrobić Nie musiała mu tego powtarzać jakaś idiotka, przejęta aktualnie tylko tym, by znowu wypaść na „tą dobrą i idealną”. Wszedł do pomieszczenia. Gdy tylko się zjawił, wśród obecnych zapanowała nagła cisza.
      Gniew i determinacja by jak najszybciej znaleźć się przy Sigyn pozwalały mu zachować skupienie. Teraz jednak sam jej widok całkowicie wyprowadził go z równowagi. Wystarczyło, że tylko na nią spojrzał, by znów poczuł jak serce wali mu jak oszalałe i jak wielkie ogarnia go przerażenie. Siedziała związana i zakneblowana, z rany na czole sączyła się krew. W tej chwili miał chęć rozwiązać ją, opatrzyć zranienie, a potem mocno przytulić i przeprosić ją za to wszystko. Ale nie mógł tego zrobić. Nie tutaj, nie teraz i nie jako mr.World. Z całych sił musiał zmusić się do tego by nie wypaść ze swojej roli, nawet jeśli było ciężko.
      Na krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały. Wiedziała... Nie miał pojęcia jak, ale rozpoznała go. Jakimś cudem zawsze to potrafiła. Mógł dowolnie zmienić postać, a Sigyn jako jedyna i tak zawsze wiedziała. Tak samo jak zawsze umiała poznać, gdy kłamał. Błagam cię kochanie, nie wydaj mnie! Spojrzał na nią z niemą prośbą, mając nadzieję, że zrozumie.
      Panującą w pomieszczeniu ciszę przerwało dopiero pojawienie się Telewizji.
      – Ojej, biedactwo... – odezwała się patrząc na Sigyn - Jak mogliście w ten sposób potraktować... – zaczęła zwracając się do dwójki nastolatków, jednak umilkła widząc wściekłe spojrzenie swego przełożonego.
      W tej chwili miał chęć jak najszybciej rozprawić się z tymi gnojkami. Nie mógł jednak zostawić Sigyn w tym stanie. Podszedł do niej, starając się z całych sił by zapanować nad emocjami. Bał się, że wystarczy jedno jej słowo lub choćby dotyk, by stracił kontrolę i wypadł ze swojej roli.
      – Wybacz mi zachowanie moich ludzi – odezwał się w końcu. Miał wrażenie, że jego głos brzmiał dziwnie obco i nienaturalnie, nie tak jak zwykle powinien brzmieć głos Worlda. Ostrożnie wyjął jej knebel z ust, a następnie sięgnął do więzów, które po chwili opadły na ziemię. Miał chęć uleczyć jej ranę, jednak wiedział, że nie powinien tego robić przy reszcie nowych bogów. Zamiast tego podał jej jedynie chusteczkę, by mogła zatamować krwawienie. Przez cały ten czas starał się za wszelką cenę unikać jej spojrzenia. Już sama jej obecność, i to na wyciągnięcie ręki, sprawiała, że trudno było mu się skupić na odgrywaniu swojej roli.
      – Naprawdę jest mi bardzo przykro z powodu tego nieporozumienia. – kontynuował siląc się na bezemocjonalny ton, mający ukryć wszystkie szalejące wewnątrz uczucia – Dopilnuję, by ci którzy to zrobili zostali ukarani.
      – Ale jak to? – odezwał się w końcu jeden z nastolatków.
      – Dość! – warknął World, odwracając się w stronę obu młodych bogów, którzy najwyraźniej spodziewali się pochwały – Czyj to był pomysł?!
      Odpowiedziało mu pełne napięcia milczenie. Widział jak dwójka „sprawców” całego zajścia wymienia między sobą nerwowe spojrzenia. W końcu jeden z nich zdecydował się odezwać.
      – Przecież sam pan chciał... Myśleliśmy, że będzie pan zadowolony, jeśli przywieziemy panu tutaj tę... no... – wyraźnie powstrzymał się od bardziej dosadnego stwierdzenia.

      Usuń
    3. – Nie obchodzi mnie co sobie myśleliście. Ani co strzeliło wam do tych pustych łbów – przerwał ostro World. Był wściekły. Wściekły jak nigdy przedtem. W innej sytuacji zapewne całe to pomieszczenie stałoby już w ogniu, a dwójka kretynów, którzy ośmielili się podnieść rękę na jego Sigyn, wiłaby się już w konwulsjach, gdy ich ciała trawiłyby płomienie. Zamiast tego, stał jedynie nieruchomo wpatrując się w nich. Domyślał się już, który z tej dwójki wpadł na ten pomysł.
      – Chodź tutaj. No już! – powiedział, zupełnie jakby wydawał komendę, wskazując na jednego z dzieciaków, a następnie gestem przywołując go do siebie. Gdy chłopak posłusznie, choć niechętnie podszedł bliżej, World gestem wskazał na Sigyn.
      – Przeproś ją – polecił.
      – Co takiego?
      – Przeproś – powtórzył World, tym razem zdecydowanie ostrzej.
      – Niech będzie... – mruknął z irytacją nastolatek, po czym spojrzał na Sigyn i uśmiechnął się lekceważąco – Bardzo przepraszam. Może być? – dodał zerkając na Worlda.
      – Mam cię nauczyć tego jak powinieneś odnosić się do bogini? – spytał World z lodowatą wściekłością.
      Nastolatek nie zdążył jednak nic odpowiedzieć. World złapał go za kark, zupełnie jak niegrzecznego szczeniaka, a następnie brutalnie rzucił na ziemię, tak by cholerny gówniarz znalazł się na kolanach, tuż przed Sigyn. Wciąż trzymając go za kark odezwał się ponownie.
      – Pamiętaj z kim rozmawiasz, gówniarzu. Masz przed sobą prawdziwą boginię, której należy się szacunek! Możesz uważać się za boga, ale nigdy, przenigdy nie dorównasz jej choćby w najmniejszym stopniu. Jesteś nic nieznaczącym psem, niegodnym tego by choćby z nią rozmawiać. I lepiej błagaj ją o wybaczenie, bo od tego zależy co z tobą zrobię...
      Wyprostował się, puszczając nastolatka, po czym spojrzał na drugiego z nich.
      – Ciebie również to dotyczy – powiedział World, wciąż tym samym wściekłym i nie znoszącym sprzeciwu tonem – Przeproś.
      Nastolatek nieco skołowany również podszedł. Przez chwilę wahał się, jakby zastanawiał się co powinien zrobić.
      – Na kolana! – warknął World – Błagaj ją o wybaczenie!
      Dopiero gdy obaj sprawcy klęczeli i zmusili się do dość nieskładnego i wciąż niechętnego wydukania przeprosin, do których zresztą nie byli zbytnio przyzwyczajeni, World ponownie spojrzał na Sigyn.
      Wiedział, że była zbyt przestraszona całą sytuacją i jedyne czego w tej chwili chciała, to znaleźć się jak najdalej stąd. Bezpiecznie... On też tego pragnął. Spojrzał na nią łagodnie, chciał nawet uśmiechnąć się by dodać jej nieco otuchy, ale nie był pewien czy da radę. Już sam jej wzrok, to jak patrzyła na niego niczym wystraszone zwierzątko w pułapce, rozdzierało jego serce.
      – Czy przyjmujesz ich przeprosiny? – spytał łagodniej i z szacunkiem, zupełnie jakby chciał pokazać wszystkim dookoła jak powinni zwracać się do bogini.
      Kiedy nieśmiało skinęła głową, znów zwrócił się do dwójki nastolatków.
      – Macie szczęście. Możecie wstać – oznajmił. Nie zamierzał jednak pozwolić im odejść. Wiedział, że jeszcze z nimi nie skończył. Najpierw jednak musiał zabrać stąd Sigyn, do domu.
      – Oshun – zwrócił się do murzynki – Odwieź żonę Lokiego bezpiecznie do domu...
      – Ja mogę to zrobić – wtrąciła się Telewizja – Dopilnuję by wszystko było tak jak chcesz!
      – Nie – odparł zdecydowanie – Ty wezwij do mnie mr. Towna i przekaż mu, że mam dla niego mały bałagan do sprzątnięcia – znacząco zerknął w stronę dwójki nastolatków, po czym znów zwrócił się do Oshun – Zajmij się nią i dopilnuj, by nie stało się jej nic złego... – powiedział starając się zachować spokój i nie myśleć o tym, że musi powierzyć komuś swój największy skarb. Tym bardziej, że prócz mr. Towna jedynie Oshun znała prawdę i rozumiała jak bezpieczeństwo Sigyn było dla niego ważne.

      Piecyk z poczuciem winy i wściekły mr World

      Usuń
  5. [Może żeby twój bałwanek nie czuł się poszkodowany to tym razem wątek z Sigyn, chyba ze jakiś konkretny pomysł chodził ci po głowie z Oshun :D Nike może być takim szeptem dla Sigyn mówiącym "dasz radę, wytrzymaj jeszcze pięć minut"... a nie, to na treningu :D Ale tak serio to mogłaby ją trochę próbować podbuntować :)]

    Nike

    OdpowiedzUsuń
  6. [No i w końcu jest moja piękna i kochana mamusia! <3 Syn się ogarnia i niebawem odpisze! :*]

    Narfi

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie potrafił skupić się na czymkolwiek. Wciąż uciekał myślami do chwili, kiedy wreszcie znajdzie się w domu. Z Sigyn. Musiał jej wszystko wyjaśnić, wytłumaczyć, przeprosić... i starać się naprawić to co się stało. Wciąż myślał tylko o tym jak bardzo ją zranił, jak po raz kolejny zmarnował z trudem odbudowane zaufanie. Po tylu latach spokoju. Wciąż wracał pamięcią do tego okropnego listu, który znalazł dziś rano, do wszystkich strasznych rzeczy jakie jego Sigyn pisała o sobie. Przez niego. Przez to, że znowu ją oszukiwał, że znów dawał jej powody, by myślała, że nie jest dla niego ważna. Nerwowo zerknął na zegarek. Sigyn powinna już być w domu... Przez chwilę nawet nie słuchał tego co mówił do niego mr. Town. Dopiero dłuższa chwila niezręcznej ciszy sprawiła, że nieco się ocknął.
    – Niech pan do niej jedzie – odezwał się w końcu Town uważnie obserwując swojego szefa – Zajmę się wszystkim na miejscu. Niech pan jedzie do swojej żony.
    Przez chwilę się zawahał. Nie marzył o niczym innym, prócz tego by wreszcie wrócić do Sigyn... Z drugiej strony wiedział też, że musi dopilnować, by tych dwóch gnojków już nigdy nie odważyło się na podobny pomysł. By bali się nawet spojrzeć na Sigyn. Po wyjściu Oshun, urządził tej dwójce prawdziwe piekło. Teraz za wszelką cenę chciał upewnić się, że Town posprząta bałagan jak należy. Tymczasem Town jedynie uśmiechnął się ze stoickim, wręcz nienaturalnym spokojem, który jakimś cudem dodał Lokiemu nieco otuchy. Lubił swojego agenta. Może i Town nie był zbyt bystry, ale chociaż rozumiał niektóre sprawy. Jak miłość. Loki pamiętał jak kiedyś opowiedział mu o swojej żonie, o tym jaka była wspaniała, o wszystkim za co ją kochał. Nie wiedział nawet jakim cudem cała rozmowa skończyła się na udzielaniu Townowi porad w jego problemach sercowych. Co prawda Town do dzisiaj miewał pewne problemy, kiedy w czasie rozmowy powinien zwracać się do niego jako do Worlda, a kiedy jako do Lokiego. Niemniej jakoś dawał sobie radę.
    – Gdyby coś było nie tak na pewno do pana zadzwonię – dodał Town, widząc chwilowe wahanie w oczach szefa – Sam pan mówił, że ona jest najważniejsza.
    Loki wymamrotał jedynie jakieś podziękowania i kilka banałów odnośnie bycia w kontakcie, po czym wsiadł do samochodu i ruszył w stronę domu. Niemal natychmiast przemienił się w swoją prawdziwą postać, nie marnując czasu na to by się przebrać. Zresztą nie było nawet sensu przejmować się takimi drobiazgami, w końcu Sigyn i tak już wszystko wiedziała. Miał wrażenie, że w krótkim czasie złamał chyba wszystkie możliwe przepisy drogowe, byle tylko znaleźć się jak najszybciej w domu.
    Kiedy wreszcie zatrzymał się pod domem z jednej strony odetchnął z ulgą, z drugiej był przerażony na myśl o tym w jakim stanie może zastać Sigyn. W duchu miał nadzieję, że będzie na niego wściekła... Wszystko byle tylko nie zastał jej zapłakanej. W nerwowym pośpiechu przemierzył kolejny pusty pokój, aż wreszcie zastał ją w kuchni. Stała z kieliszkiem wina, wpatrując się gdzieś w przestrzeń. Chociaż nawet na niego nie spojrzała, aż zbyt dobrze wiedział co dostrzegłby w jej oczach. Rozczarowanie. Jeden wielki, potworny zawód z powodu tego co zrobił. Na samą tą myśl czuł nieprzyjemny ból. Chciał ją przeprosić, przytulić, opatrzyć jej rany i przysiąc na wszystko, że już nigdy więcej nie pozwoli jej skrzywdzić. Chciał by wygarnęła u wszystko co ją bolało, by mógł zmierzyć się z tym co zrobił i by chociaż spróbować jej to wyjaśnić. Chciał wiedzieć wszystko co się stało, czy jakoś ją skrzywdzili, czy mógłby coś zrobić. Cokolwiek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Kochanie, przybyłem najszybciej jak mogłem! Wszystko w porządku? Księżycu mego życia, co oni ci zrobili… Nie wybaczę sobie tego… Powiedz mi, wszystko w porządku? Zaraz opatrzę tą ranę… – najchętniej powiedziałby i zrobił wszystko naraz. Nie zdążył jednak nawet jej dotknąć, gdy z całych sił wymierzyła mu policzek. Na chwilę umilkł, odruchowo cofnął rękę i spuścił wzrok, czując się jak skarcony psiak. Uśmiechnął się nerwowo. Zawsze to robił. Uśmiechał się w najgorszym możliwym momencie i doprowadzał tym samym każdego do szału. A im było gorzej, tym bardziej nie potrafił nad tym zapanować. Tak jak w tej chwili... Wiedział, że musiał doprowadzić Sigyn do ostateczności, skoro zdecydowała się na coś takiego.
      — Nie waż się mnie więcej dotknąć – jej słowa zabolały go bardziej niż to co zrobiła przed chwilą.
      – Kochanie... Wszystko ci wyjaśnię, tylko daj mi szansę – nie posłuchał jej. Złapał ją za ręce. Nie zamierzał się poddawać. – Chciałem ci wszystko powiedzieć, ale nie wiedziałem jak. Na początku myślałem, że tak będzie lepiej, że jeśli nie będziesz niczego wiedziała to będziesz bezpieczna. Nie przypuszczałem, że ci idioci wymyślą coś takiego. Ani że ty będziesz myślała, że mam przed tobą sekrety, bo jest ktoś trzeci... Nie ma i nie było żadnej innej, tylko ty. To co napisałaś w tym liście... Sigyn... najdroższa... Jesteś dla mnie wszystkim, całym moim światem. Kocham cię i gdybym tylko wiedział... – mówił wszystko jednym tchem, chcąc powiedzieć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Widział napływające jej do oczu łzy, z którymi starała się walczyć, widział jak nawet nie chciała na niego spojrzeć. Mimo to nie poddawał się – Tu chodziło tylko o mnie. Nie chciałem cię w to mieszać, ani cię oszukiwać. Naprawdę myślałem, że tak będzie lepiej...
      Zdawał sobie sprawę jak beznadziejnie to wszystko brzmiało, ale sam nie miał pojęcia co powinien powiedzieć. Przyznać się, że nie chciał mówić jej całej prawdy, bo czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego? Bo nie chciał po raz kolejny jej rozczarować? Faktycznie osiągnął zamierzony cel...

      - zmartwiony Piecyk

      Usuń
  8. Kiedy w końcu przerwała jego nerwowy potok słów, przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Miała rację, we wszystkim miała rację. Rzadko brakowało mu słów, ale teraz... Teraz miał wrażenie, że cokolwiek powie, będzie tylko gorzej. Poza tym nie miał wytłumaczenia na to co robił w przeszłości, na to jak bardzo ją krzywdził. Nawet jeśli od tamtego czasu minęło ponad tysiąc lat, sam nie wybaczył sobie tego co robił. Nie miał prawa oczekiwać, że Sigyn kiedykolwiek mu to wybaczy. Mógł tylko w milczeniu słuchać jej gorzkich słów, gdy przypominała mu to wszystko, nie przerywać i pozwolić by wyrzuciła z siebie to wszstko, by nie tłumiła wciąż w sobie bólu i łez. Słuchać i za wszelką cenę nie pozwolić jej się wyrwać i odejść...
    – Sigyn... – odezwał się w końcu. Cicho. Spokojnie. Najłagodniej jak tylko potrafił.
    Ostrożnie rozluźnił uścisk, puszczając jej ręce. Zamiast tego delikatnie ujął jej twarz w dłonie. Starał się otrzeć choć część jej łez, chociaż chyba na próżno.
    – Masz rację. Masz rację we wszystkim... Robiłem ci okropne rzeczy i wiem, że raniłem cię bardziej niż ktokolwiek inny. Wiem też, że nie zasługuję na to byś kiedykolwiek mi to wszystko wybaczyła, bo tego nie da się wybaczyć... – starał się mówić spokojnie, nie chciał nawet myśleć o tym wszystkim, nie chciał znów skupiać się na sobie, ani na swoich problemach. Liczyła się tylko ona, tylko jego Sigyn... Po raz kolejny starał się otrzeć łzy z jej twarzy, choć było ich zbyt wiele. Zamiast tego po prostu uniósł jej podbródek zmuszając, by na niego spojrzała.
    – Sigyn... Spójrz na mnie proszę... Możesz mi nie wierzyć, że żałuję tego z całego serca. I wiem, że to brzmi głupio i uznasz to za kolejne kłamstwo, ale proszę posłuchaj. Nie chciałem cię narażać, ani obciążać tą wiedzą. Bałem się o ciebie, o to, że ktoś mógłby cię skrzywdzić próbując wyciągnąć z ciebie informacje. Nie potrafisz kłamać kochanie... Myślałem, że jeśli nie będziesz wiedziała będziesz bezpieczna. Po wszystkim co działo się w przeszłości, jak cierpiałaś przeze mnie. Chciałem trzymać cię jak najdalej od tego wszystkiego. I możesz mi nie wierzyć, ale chciałem ci powiedzieć. Widziałem jak jest ci ciężko i planowałem jakoś powoli, stopniowo wszystko ci wyjaśnić...
    Delikatnie pogładził ją po mokrym od łez policzku. Ostrożnie dotknął rany na czole, sprawiając by ta się zagoiła. Wiedział, że to niewiele znaczy, że o wiele boleśniej zranił jej serce, ale czuł, że musi zrobić cokolwiek.
    – Jesteś moją żoną Sigyn, jesteś dla mnie wszystkim... I obiecuję, że powiem ci wszystko, żadnych kłamstw, żadnych tajemnic. Tylko proszę uwierz mi.

    Bardzo smutny Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  9. Chciał zaprotestować, powiedzieć, że wcale jej nie okłamywał, że przez cały czas, od chwili kiedy ją poznał, okłamał ją tylko raz. Wtedy w jaskini, kiedy gotów był powiedzieć wszystko, nawet najbardziej nierealną głupotę, byle tylko jakoś przekonać ją do odejścia. Dopiero potem, po wielu latach dotarło do niego, że mógł po prostu pogodzić się z losem, bo i tak nie był w stanie niczego zmienić, a jedyne co osiągnął to zadawanie jej tak wiele, niepotrzebnego bólu. Rozumiał jednak, że nie chodziło jej tylko o kłamstwa. Chodziło o wszystkie chwile, gdy po prostu nie mówił prawdy. Gdy miał swoje tajemnice, o których jej nie mówił, a gdy już mówił, po prostu pomijał bardziej niewygodne fakty. Nie kłamał... ale to nie znaczy, że jej nie oszukiwał.
    To jasne, że nie mógł oczekiwać by mu zaufała.
    Pamiętał jak kiedyś powiedziała mu, że zawsze może z nią porozmawiać. O wszystkim... To było tego samego dnia, gdy powiedziała mu również, że go kocha, że zawsze będzie przy nim, jeśli będzie jej potrzebował. Dlaczego w takim razie wciąż miał przed nią tajemnice? Miał chęć powiedzieć jej, że to dlatego, że czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Że czasem cała prawda jest gorsza niż wszystko inne. Bo gdyby znała całą prawdę o wszystkich okropnościach w ich życiu, pewnie już dawno by ją stracił, pewnie wtedy nie mógłby liczyć nawet na odrobinę wyrozumiałości. Że wtedy pewnie nawet brzydziłaby się go dotknąć i że czasem lepiej po prostu nie wiedzieć...
    – To twoja ostatnia szansa. – Kolejna. Z bólem pomyślał kiedy poprzednim razem tak mówiła. Wtedy, gdy jak skończony idiota zamiast o nią walczyć, zostawił ją dla kochanki, a potem z całych sił błagał ją, by mu wybaczyła... I wtedy, gdy dał się publicznie upokorzyć. Gdy dał publicznie upokorzyć ją, jako jego żonę. I gdy przyznał się do kolejnego romansu tylko po to by nie upokarzać jej jeszcze bardziej prawdą. I teraz... Znowu.
    Nie powiedział nic, po prostu ją przytulił. Miał chęć obsypać ją pocałunkami i dziękować, ale tak zawsze kończyły się wszystkie przeprosiny. Zawsze gdy było źle przepraszał ją z całego serca, ona zawsze w końcu przyjmowała te przeprosiny, a on dziękował, całował ją, tulił do siebie i powtarzał jak bardzo ją kocha... Nie, teraz powinien zrobić, coś więcej, pokazać jej, że naprawdę mu zależy. Powinien powiedzieć jej całą prawdę, nie uciekać od tego...
    Najpierw jednak mocno przytulił ją do siebie. Czuł jak drżała z emocji i od płaczu, jak bardzo była zmęczona. Całą tą sytuacją, wszystkim co przeżywała przez niego przez ostatnie miesiące, gdy tak bardzo starała się za nich dwoje. Chciał ją uspokoić, pocieszyć. Jedną ręką łagodnie gładził jej włosy, drugą z całych sił tulił ją do siebie.
    – Już dobrze kochanie... Wiesz co ja myślałem w dniu naszego ślubu? – odezwał się w końcu, przez cały czas tuląc ją do siebie – Myślałem wtedy, że teraz nie potrzebuję już nic więcej. Że znalazłem swój największy skarb i jestem najszczęśliwszym mężczyzną we wszystkich dziewięciu światach, bo mogę nazywać ciebie moją żoną... – ucałował delikatnie czubek jej głowy – Ale też byłem wtedy przerażony. Tym, że nie będę umiał zadbać o ciebie, że nie ochronię cię przed całym tym złym światem, ani przed sobą samym. I nie było dnia, żebym o tym nie myślał. Zwłaszcza kiedy było źle i widziałem jak bardzo przeze mnie cierpisz. Nigdy sobie tego nie wybaczę Sigyn... tego jak bardzo cię raniłem i wciąż ranię... – czuł, że głos mimo woli zaczął mu drżeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mógł znieść myśli o tym jak wiele bólu zadał tej słodkiej i delikatnej istotce. Jego najdroższej Sigyn. Po raz kolejny przez myśl przemknęło mu, że może to wszystko był błąd. Że gdyby trzymał się od niej z daleka, gdyby tak uparcie nie wtrącał się w jej życie, może wszystko byłoby inaczej. Może znalazłaby swojego idealnego męża, miała gromadkę idealnych dzieci i była szczęśliwa. Uśmiechałaby się i czuła kochana, zamiast wciąż płakać i dzielnie znosić kolejne problemy, którym najwyraźniej nie było końca. Czym prędzej odrzucił od siebie tę myśl. Wiedział, że powinien nawet tak myśleć. Sigyn go kocha. Ponad wszystko, bardziej niż jakakolwiek inna kobieta byłaby w stanie kochać najbardziej idealnego mężczyznę.
      Ostrożnie wziął ją na ręce i ruszył w stronę salonu.
      – Powiem ci wszystko kochanie. Całą prawdę... Opowiem ci o nowych bogach i o mr. Worldzie, o tym czym się zajmuję i od jak dawna... Obiecuję, że nie będę niczego pomijał ani przed tobą ukrywał. Odpowiem ci nawet na najbardziej niewygodne pytania. Wszystko co tylko będziesz chciała.
      Usiadł na kanapie, biorąc ją na kolana. Zwykle uwielbiał, gdy siedziała mu na kolanach i wtulała się w niego. Obejmował ją wtedy, jeszcze bardziej tuląc do siebie, jakby chciał powiedzieć jej w ten sposób, że jest bezpieczna, że ochroni ją przed wszystkim i nie da nikomu skrzywdzić. Teraz nie myślał o tym. Czuł się jak potwór, który po raz kolejny zamiast chronić swoją ukochaną, sam ją krzywdzi. Teraz chciał tylko ją uspokoić i choć w drobnym stopniu naprawić to co zrobił.
      – Powiedz mi tylko co chcesz wiedzieć kochanie.

      Piecyk, który bardzo się stara

      Usuń
  10. [Wiem, pamiętam, już kawałek nawet mam, ale tak mnie zaabsorbowała Spadająca Gwiazda, że musiałam najpierw nią się zająć xD Jak tylko się ogarnę to Cię znajdę, wymyślimy coś fajnego ♥]

    Scintilla

    OdpowiedzUsuń
  11. Przez chwilę zastanawiał się co właściwie było początkiem. I początkiem czego? Zainteresowania nowymi bogami, układów z Odynem? A może kiedy właściwie zaczął być mr. Wordlem? Nie miał pojęcia od czego powinien właściwie zacząć. Może lepiej od tego co było najprostsze? Najłatwiejsze do wyjaśnienia?
    – Jeśli chcesz wiedzieć kiedy stałem się Worldem to było mniej więcej w połowie lat 50tych. Wtedy zacząłem budować jego tożsamość. Chyba że pytasz o moment, kiedy w ogóle zainteresowałem się nowymi bogami... pewnie było to jakoś w tym samym czasie, gdy przeżywałem fascynację prasą i koleją. Tylko wtedy jeszcze nie myślałem nad tym, żeby zostać ich przywódcą. – Pominął fakt, że wpadł na tej pomysł dopiero pod wpływem Odyna. Wiedział, że jeśli chce naprawić całą sytuację będzie musiał jej o tym powiedzieć, ale jeszcze nie teraz. Wolał nie zaczynać rozmowy od tematu Odyna. Najpierw wolał opowiedzieć jej tą „lepszą” część prawdy, a dopiero potem wspomnieć o tej nieco „gorszej”. Tak będzie łatwiej... Miał przynajmniej taką nadzieję.
    – Tak naprawdę, kiedy to wszystko się zaczęło, byłaś zbyt zajęta problemami naszego syna i walką o prawa Indian. Chociaż wtedy też poświęcałem na to nieco mniej czasu niż teraz. Widzisz... dopiero ostatnio zaczęło pojawiać się coraz więcej nowych bogów i coraz trudniej było mi pogodzić ze sobą to wszystko. Starałem się jakoś wynagrodzić ci to, że znikam... Nie sądziłem, że pomyślisz, że mam kogoś innego – znów mimowolnie wrócił do tego tematu – Nie zmarnowałbym ostatniej szansy, którą mi dałaś. Nigdy...
    Na chwilę zamilkł. Wiedział, że nie powinien wracać do tego tematu, tak samo jak wiedział, że pewnie zaraz znów usłyszy o Skadi i o tym, że już raz zmarnował swoją szansę. Miał mówić o nowych bogach, a nie w kółko rozmyślać o jednym. Nawet jeśli bolało go, że Sigyn naprawdę sądziła, że po tym wszystkim co razem przeszli, po tym jak pomimo wszystkich problemów wciąż trzymali się razem, mógłby kiedykolwiek ją zdradzić.
    – Nie robiłem nic złego – kontynuował w końcu – Zaczęło się od tego, że próbowałem zjednoczyć nowych bogów. Wciąż powstawali, byli samotni, chaotyczni i niezorganizowani. Nie mieli nawet pojęcia jak mogą wykorzystywać to kim są. Starzy bogowie albo ich lekceważyli albo darzyli wrogością. Ja po prostu im pomagałem. Pokazywałem im, że są inni tacy jak oni, że mogą współpracować i wspólnie coś stworzyć. Zbudowałem sobie taki własny Asgard. Tylko na moich zasadach. Po prostu współpracowaliśmy. Oni wcale nie są źli. Większość jest jak zagubione dzieci, marzące o tym by zmieniać świat na lepsze i uszczęśliwiać ludzi. A potem zacząłem pomagać starym bogom, tym zapomnianym. Sama wiesz jak niektórzy z nich potrafią być zdesperowani byle tylko przeżyć. Zaoferowałem im nową szansę, nowe życie. Pomagałem przystosować się do zmieniającego się świata, znaleźć coś, czego mogliby się trzymać by przetrwać. Po prostu dawałem im nadzieję. I nie wymagałem od nich nic w zamian. No może tylko odrobiny wdzięczności kiedyś, w przyszłości. To naprawdę nie było nic złego i myślę, że mogłoby ci się to wszystko spodobać. W końcu udawało mi się coś budować zamiast niszczyć. I pomogłem naprawdę wielu zapomnianym bogom. Tym mniej zapomnianym też. – Zawahał się. Nie chciał kłamać i wmawiać jej, że robił to bezinteresownie. Owszem może i robił coś dobrego, ale ze złych pobudek.
    – Tylko widzisz... nie skończyło się tylko na tym. Gdyby tak było już dawno powiedziałbym ci wszystko. Nic ci nie mówiłem, bo chciałem trzymać cię jak najdalej od wojny. Nie mogłem pozwolić, żebyś w jakikolwiek sposób została wmieszana w ten konflikt. Zwłaszcza, że znów chodzi o Odyna... – ostatnie zdanie powiedział zdecydowanie ciszej, nie do końca pewny czy nie porusza jego tematu zbyt szybko.

    szczery Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  12. Jej reakcja uświadomiła mu, że to jednak nie był zbyt dobry pomysł, by tak szybko poruszać temat Odyna. Mógł jakoś inaczej do tego podejść, choć nie bardzo wiedział jak. W końcu obiecał jej szczerość.
    Nerwowo zagryzł wargi obserwując reakcję Sigyn.
    – Tak dokładnie, Odyn wmawia starym bogom, że nowi są zagrożeniem. Twierdzi, że to oni chcą wojny i zniszczenia starych bogów i że lepiej by starzy bogowie zaatakowali pierwsi i zniszczyli nowych, zanim tamci zniszczą ich. – wyjaśnił ostrożnie, nie do końca pewien jak teraz powinien dawkować jej informacje, by jeszcze bardziej nie pogorszyć sprawy. Westchnął tylko.
    – Widzisz kochanie... Chodzi o to, że nowi bogowie wcale tego nie chcą. Widziałaś ich przecież... To banda głupich gówniarzy, którzy miewają kretyńskie pomysły i zachowują się jak dzikusy, ale... nie byliby w stanie nikomu zagrozić. Albo Telewizja. Sądzisz, że ta słodka idiotka byłaby zdolna do czegoś więcej? Może co najwyżej zirytować na śmierć... A inni? Uwierz mi spora część z nich jest o wiele bardziej zainteresowana uroczymi kociątkami niż jakąkolwiek wojną. Ale są aroganccy, irytujący i zbyt pewni swego. Wiedzą, że są o wiele bardziej potrzebni ludziom niż starzy bogowie. Sama wiesz, że ludzie nie potrzebują już bogów, chcą tylko czegoś co zajmie ich czas. Oni to robią. A starym bogom to przeszkadza. Odyn chce to wykorzystać, by skłonić tych, którzy tak myślą do działania. Dlatego planuje spotkanie w Domu na Skale. Tylko znasz Odyna... tu nie chodzi wcale o los starych bogów, ani o to, że nowi są zagrożeniem. Chodzi o wojnę. A czy może być coś lepszego od wojny bogów? Odyn chce krwi, bo czerpie z tego siłę. Pomyśl o tym Sigyn... jak wiele siły da mu rozlew krwi bogów. Starych, nowych, zapomnianych, wszystkich zebranych razem w jednej olbrzymiej krwawej bitwie. – Przerwał na chwilę wpatrując się w Sigyn. Nie miał pojęcia co powinien powiedzieć dalej. „Tylko widzisz kochanie, Odyn wiele nie osiągnie bez mojej pomocy i dlatego obiecałem, że pomogę mu wywołać wojnę, przekonam jakoś tych zagubionych, młodych idiotów do tego, że warto dać się pozabijać, a gdy przyjdzie co do czego poświęcę bitwę Odynowi? Ale nie martw się, bo i tak planuję go oszukać i w końcu jakoś się zemścić?” Czuł się fatalnie. Gdyby ją teraz okłamał... to wszystko mogłoby się skończyć. Mógłby przekonać ją, że wszystko jest w porządku, że nie pozwolił Odynowi na nowo mieszać się w ich życie. Tylko... Gdyby ją teraz okłamał straciłby ją na zawsze. Zraniłby ją po raz kolejny i nie wybaczyłby sobie tego do końca życia. Z drugiej strony nie miał pojęcia czy prawda nie była gorsza? Przynajmniej z punktu widzenia Sigyn. Wiedział, że jeśli powie jej prawdę uzna, że to co planuje jest złe, potworne i okropne. Zawsze tak bardzo przejmowała się, gdy robił coś, co było w jej mniemaniu „złe”. I chociaż on sam nie widział absolutnie żadnych powodów by odczuwać wyrzuty sumienia, to jednak mimo wszystko czuł się źle sprawiając przykrość Sigyn...
    Tak było też teraz. Do tej pory był wręcz dumny ze swojego planu. Ale na samą myśl, że ma o niej opowiedzieć Sigyn czuł się niezręcznie, zupełnie jakby naprawdę zamierzał zrobić coś złego.
    – Jeśli chodzi o moją rolę w tym wszystkim... – zaczął w końcu. Był cały spięty, wbił wzrok w podłogę starając się za wszelką cenę uniknąć spojrzenia Sigyn. Jak miał jej to powiedzieć? – Jako mr. World jestem przywódcą nowych bogów. Mógłbym ich zatrzymać, zdecydować o losie tej wojny, bitwy...

    zmęczony szczerością Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  13. Za każdym razem kiedy Narfi wspominał o swoich rodzicach czuła rozdrażnienie. Zbywała jego słowa, nie brała ich do siebie, czasami nawet tylko udawała, że słucha, w tym czasie zastanawiając się nad czymś zupełnie innym. Zazdrościła mu. Miał prawdziwą, kochającą rodzinę, która poświęcała mu czas i dbała o niego. A kogo miała ona? Matkę, której nawet nie pamięta oraz ojca, który pozwolił umieścić ją w Piekle i nie przyszedł do niej ani razu. Dzieliła ojca z Narfim, jednak ich wrażenia, wyobrażenia i wspomnienia znacznie się różniły.
    Można by pomyśleć, że po takim czasie powinno jej już przejść, jednak Hel była niesamowicie uparta. Nie miała najmniejszego zamiaru wybaczyć ojcu, bez względu na to jak bardzo będzie starał się zbliżyć. Może z czasem uda jej się przyzwyczaić do jego obecności, jednak chciała, żeby miał świadomość, że cokolwiek by zrobił, nigdy nie uzyska jej wybaczenia.
    Sprawa miała się inaczej z Sigyn, matką Narfiego. Choć miała krótki okres, w którym nienawidziła jej z całego serca, ta nienawiść zmieniła się w zwyczajną obojętność. Nie była zła, że ojciec miał kogoś innego, że założył nową rodzinę. Kochała swojego przyrodniego brata z całego serca, bez względu na to, kto był jego matką i jakie miał dzieciństwo, dlatego nie przeszkadzała jej świadomość, że Sigyn istnieje. Minęło jednak dużo czasu zanim przekonała się do perspektywy spotkania na tyle, by w końcu je zrealizować. I nie zrobiła tego dla siebie czy ojca. Chciała to zrobić dla Narfiego, bo widziała jak bardzo mu na tym zależy, czego kompletnie nie rozumiała. Ale może nie musiała.
    Większa część jej pobytu w Nowym Świecie wiązała się z pracą, poświęcała temu każdą chwilę, nie zostawiając sobie miejsca na próby przystosowania się do nowego życia. Skupiła się na ośrodku, który był jej punktem zaczepienia, możliwością realizowania swojej funkcji. Większość czasu spędzała z żywymi, jednak te krótkie chwile, w których mogła odprowadzić umierającą duszę wystarczały, by czuła się silna.
    W Minnesocie była w sprawach służbowych. Znajdowała się tam główna siedziba firmy farmaceutycznej, która dostarczała potrzebne środki do pomocy osobom starszym, a Hel wolała załatwiać sprawy osobiście, a nie za pomocą nadal niezrozumiałej dla niej technologii.
    Za sprawą Narfiego siedziała teraz w niewielkiej kawiarni w centrum miasta w oczekiwaniu na jego matkę, na kobietę, która związała się z jej ojcem. Nadal nie była przekonana do tego spotkania, nie rozumiała co miało mieć na celu. Wiedziała, że będzie dziwnie, niezręcznie, z wymuszonymi rozmowami i brakiem wspólnych tematów. Jedyne o czym mogły rozmawiać to Narfi, tylko tyle je łączyło. Poza ojcem, o którym Hel nie chciała słyszeć.

    Hel

    OdpowiedzUsuń
  14. Ale mógłbyś ich też do tej bitwy popchnąć, prawda?
    Jej pytanie zmusiło go by wreszcie unieść wzrok i spojrzeć na nią. Jej chłód i nienaturalny spokój szczerze go przerażały. To nie była jego słodka, urocza Sigyn, która zawsze cierpliwie i łagodnie umiała sprawić by się przed nią otworzył. Sigyn, która teraz przed nim stała, która patrzyła mu w oczy i z tak nienaturalnym spokojem mówiła o tym wszystkim, czego on nie potrafił jej powiedzieć, wydawała mu się kimś całkiem obcym. Przytłaczała go i sprawiała, że czuł się jak w potrzasku. Miał chęć jakoś się wycofać, uciec od tej rozmowy, od jej przeszywającego spojrzenia i tego nienaturalnego spokoju. Wolał by była na niego wściekła, by krzyczała i żądała wyjaśnień... Tak byłoby mu łatwiej.
    Uśmiechnął się nerwowo, słuchając jej słów, tego jak doskonale go rozgryzła i zrozumiała wszystko co próbował jej powiedzieć. Nic nie powiedział, w końcu Sigyn powiedziała już wszystko... On jedynie potakująco skinął głową. Dopiero po chwili zmusił się do czegoś więcej.
    – Odyn przyszedł do mnie na początku lat dwudziestych. Twierdził, że minęło już tyle lat i powinniśmy w końcu zapomnieć o tym „nieporozumieniu”. Tak to nazwał... – powiedział z goryczą, na samo wspomnienie tamtej rozmowy – Kazałem mu wtedy iść do diabła, powiedziałem, że nigdy więcej nie chcę go widzieć. Nie przekonywał mnie, zaproponował tylko wspólny interes i zostawił mnie bym przemyślał jego propozycje. Liczył, że sam do niego przyjdę... I miał rację, zawsze tak było. Za każdym razem było tak samo. Choćby nie wiem co mi zrobił, potem zawsze jakoś się łamałem i sam do niego przychodziłem. Jakbym był jego cholerną własnością... Wtedy też to zrobiłem. Długo myślałem i uznałem, że mógłbym w końcu się zemścić. Raz na zawsze. Po tym co mi zrobił mógłbym go zniszczyć nie brudząc sobie przy tym rąk. Nie łamiąc naszej przysięgi. Zgodziłem się na współpracę. Na początku to były zwykłe interesy, drobne oszustwa finansowe i inne sztuczki. Zabrzmi to bardzo źle, ale naprawdę dobrze wtedy się bawiłem. W jakimś sensie wróciłem do czasów, gdy między mną, a Odynem nie układało się tak źle. Kiedy wyruszaliśmy na wspólne wyprawy, oszukiwaliśmy wszystkich dookoła i świetnie się przy tym bawiliśmy. – spojrzał na Sigyn przepraszająco. Nie musiała nic mówić, wiedział co myślała o Odynie... i o nim. Wiedział, że jeśli istniało cokolwiek czego Sigyn szczerze nienawidziła, to była to jego relacja z Odynem. On sam tego nienawidził. Zwłaszcza chwil, kiedy musiał wybierać między Odynem, a Sigyn. Lub kiedy jedno z nich zmuszało go do wyboru. Nienawidził tego jak bardzo dawał się krzywdzić Odynowi, jak mimo prób buntu zawsze w końcu się mu poddawał i jak za każdym razem, kiedy obiecywał sobie, że już nigdy więcej wracał do niego, jak skrzywdzony pies, do swego oprawcy. Jeszcze bardziej nienawidził tego jak niewiele potrzebował, by poczuć się przy Odynie dobrze...
    – A potem... – kontynuował – Potem Odyn wpadł na pomysł wojny bogów. Obaj mieliśmy sobie pomóc i zdobyć moc o jakiej nawet nam się nie śniło. Dla niego wojna, dla mnie chaos i największe oszustwo w historii. To był dobry plan i dobra okazja, bym mógł się na nim zemścić. Nie mogłem zmarnować takiej okazji... Rozumiesz to prawda? – zapytał niepewnie. Nie miał pojęcia czy rozumiała, a jeśli nawet to pewnie potępiała – Zaplanowaliśmy wszystko od początku do końca. Pojawienie się Worlda, skupienie nowych bogów. Nie śpieszyło nam się. Tym bardziej, że musieliśmy poczekać na Baldera... Shadowa. Bo widzisz kochanie. Ciężko byłoby pchnąć obie strony do wojny bez odpowiedniego symbolu. I odpowiedniej ofiary. – czuł, że wkracza na grząski grunt i temat, którego najbardziej chciał uniknąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? – zapytał uśmiechając się nerwowo – To, że Odyn skazał mnie na te tortury w jaskini, zniszczył całą moją rodzinę, zniszczył ciebie, naszych synów, a potem... Wiesz o co mnie potem poprosił? Żebym pomógł mu zabić Shadowa. Baldera... Bo przecież mam już w tym doświadczenie. – z trudem powstrzymał wybuch gorzkiego śmiechu, podobnie jak z równie wielkim wysiłkiem zmusił się by nie unikać wzroku żony, po chwili dodał już zdecydowanie spokojniej – Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie chciałem tego. Znaczy... na początku było mi wszystko jedno. Dopiero potem stwierdziłem, że wcale tego nie chcę. Może to dziwnie brzmi, ale gdyby Balder, którego znałem był taki jak Shadow, pewnie nawet nie przyszłoby mi do głowy by go zabić. Shadow jest... w porządku. Dlatego powiedziałem Odynowi, żeby robił z nim co chce, ja nie przyłożę do tego ręki. Zgodziłem się jedynie sprowokować obie strony do walki. Odyn miał w końcu posłuchać pokojowych deklaracji nowych bogów, zgodzić się na spotkanie... a ja miałem go zdradzić. Starzy bogowie mieli uwierzyć, że nie można wierzyć nowym bogom. Ale to dopiero śmierć Shadowa miała ostatecznie pchnąć ich do wojny. W końcu jak można zabić kogoś tak dobrego i niewinnego. Jak można skrzywdzić wspaniałego Baldera, po którym cały świat gotów jest płakać... – skrzywił się na to wspomnienie, podobnie jak i na wspomnienie Baldera, który wcale nie był takim ideałem, za którego wszyscy go uważali.
      – A potem... – dodał już z pewną rezygnacją, zmęczony całą tą historią – Potem, gdy obie strony postanowią rzucić się sobie do gardeł miałem poświęcić bitwę Odynowi. Złożyć mu ofiarę z wojny bogów...
      Zamilkł na chwilę, by odetchnąć z ulgą, że wreszcie wyrzucił z siebie to wszystko. Po chwili odezwał się znowu, tym razem już o wiele swobodniej i z wyraźnym zadowoleniem z siebie.
      – Oczywiście to był tylko plan Odyna. Nie zamierzałem go realizować. A przynajmniej nie w całości. Mówiłem ci przecież, że od początku zaangażowałem się w to wszystko tylko po to by móc wreszcie się odegrać. Odyn coraz bardziej słabnie, potrzebuje wojny i krwi, by nabrać sił. Sama wojna nie da mu zbyt wielu korzyści, póki nie będzie mu poświęcona. – w końcu poczuł się na tyle pewnie, by wstać i podejść do Sigyn i ujął ją delikatnie za ramiona – Chciałem by wierzył, że realizuję jego plan, krok po kroku... aż do ostatniego momentu, do samego początku bitwy. I wtedy zamiast jemu oddałbym bitwę tobie. Nie ważne, która ze stron by wygrała, zwycięstwo byłoby twoje. Cała moc, której Odyn tak bardzo pragnął przypadłaby tylko nam. Byłabyś potężniejsza niż kiedykolwiek przedtem. Oboje byśmy byli. A dla Odyna byłby to ostateczny cios, z którego najpewniej nie byłby w stanie już się podnieść. Nie musiałbym nic robić, mógłbym patrzeć na to jak sam siebie niszczy, jak powoli zabija go zapomnienie i brak świeżej krwi przelewanej w jego imieniu. Pomyśl o tym kochanie, mielibyśmy wszystko. Siłę, moc... i zemstę za wszystkie krzywdy jakie kiedykolwiek nam wyrządzono.

      Piecyk, dumny ze swojego planu

      Usuń
  15. – To nie są nasi przyjaciele... – wycedził ze złością – Ani tym bardziej twoi przyjaciele...
    Jej gwałtowna reakcja z jednej strony go zaskoczyła, z drugiej dziwnie zabolała. Po tym jak powiedział jej całą prawdę, jak zdradził wszystkie swoje plany, jak przyznał się, że gotów był poświęcić wszystkich dookoła dla niej... Ona wolała ich. Wolała całą tą zbieraninę, w większości obcych jej bogów. Bolało go to... Bolało i doprowadzało do szału. Odkąd tylko ją poznał zawsze była dla niego najważniejsza. Dla niej jedynej mógł się starać lub coś zmienić. Dla niej gotów był nawet rozpętać koniec świata... Do tej pory myślał, że i ona uważa tak samo, skoro dobrowolnie była gotowa towarzyszyć mu do samego końca. Teraz jednak miał wrażenie, że tak naprawdę nic dla niej nie znaczy... skoro bardziej obchodził ją los tych wszystkich bogów.
    – Kto z nich niby jest naszym przyjacielem? Kto kiedykolwiek nam pomógł? Twoja wspaniała Frigg? Jedyna osoba, która mogła coś zmienić. Jedno jej słowo mogło ocalić naszych synów. Czy ci pomogła? Nie! Kto jeszcze? Thor, który grzecznie zaciągnął mnie do jaskini? A może indiańskie Duchy? Nie martw się, nawet gdybym był tak głupi, by próbować, to ich nawet nie da się zabić. Zresztą... Nawet oni by nam nie pomogli. Nie pomogli nawet swoim własnym ludziom! Woleli patrzeć jak nasz syn poświęca się dla ich sprawy, podczas gdy oni pozostawali bierni. Masz racje to wspaniali przyjaciele...
    Przez chwilę zastanowił się czy kiedykolwiek istniał ktoś prócz Sigyn, kogo mógłby nazwać swoim przyjacielem. Owszem, kiedyś, całe wieki temu, był Honir. Ale to było już tak dawno, że czasem zastanawiał się czy wspomnienia z tamtych czasów w ogóle były realne. Może to też było kłamstwo? Był jeszcze Shadow... Niby nie był jego przyjacielem, ale w jakiś niezrozumiały sposób przywiązał się do tego prostodusznego wielkoluda. Nawet jeśli w innym życiu nienawidził go z całego serca, teraz miał wrażenie, że gdyby wszystko potoczyło się inaczej może nawet mogliby być przyjaciółmi. Ale nie byli. I nigdy nie będą.
    – My nie mamy przyjaciół Sigyn. Mamy tylko siebie. I tak, nie obchodzi mnie co stanie się z całą resztą. Niech sobie giną. Mógłbym ich wszystkich zabić, mógłbym spalić cały ten pieprzony świat! Dla nas! Dla ciebie... – ostatnie słowa wypowiedział z dziwną goryczą, z trudem powstrzymując się od pytania czy ona byłaby w stanie zrobić dla niego to samo.
    A może to wszystko miało całkiem inny sens? To co powiedziała o zwycięstwie, o przekraczaniu własnych granic... Może tak naprawdę nigdy nie był dla niej ważny? Może wtedy w jaskini, gdy zdecydowała się z nim zostać i nieść mu ulgę, wcale nie chodziło o to co do niego czuła? Może chodziło tylko o starania, o przezwyciężanie własnych słabości i przekraczanie granic. Nie chciał o tym myśleć, nie chciał nawet dopuszczać do siebie tak niedorzecznej myśli, ale nie potrafił się jej pozbyć...
    – Tym dla ciebie jestem? – zapytał nagle. Niedawna złość i rozgoryczenie całkowicie ustąpiły miejsca czemuś, czego nie potrafił nawet nazwać. Czuł dziwny emocjonalny chaos, podobny do tego, który ostatnim razem czuł wtedy w jaskini. Kiedy z całych sił jednocześnie pragnął być blisko Sigyn, wiedzieć, że nie jest w tym wszystkim sam... i zarazem chciał zmusić ją do odejścia. Mówił cicho, z nienaturalnym spokojem, chociaż czuł, że ledwie kontroluje własny głos, który lada chwila zaczniemy drżeć z nadmiaru tłumionych emocji. – Tym dla ciebie jestem, tak? Przekraczaniem twoich własnych granic? Dlatego wtedy ze mną zostałaś? Czerpiesz siły z własnego poświęcenia i starań?

    zraniony Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  16. [Czeeeść, dziękuję bardzo za powitanie. Szczerze mówiąc wszystkie Twoje karty są cudne i naprawdę nie wiem czemu pod żadną z nich się do tej pory nie pojawiłam; teraz nadrabiam! ; D Cytat pochodzi z książki „Skalpel”, którą serdecznie polecam! I dziękuję za uwagę, mam wrażenie że zawsze wkradnie się jakiś złośliwy błąd.
    No ale! Ostatecznie wylądowałam u Twojej Sigyn, która skradła moje serduszko (milion serc za tak pięknie rozbudowane zakładki + gdzie moje ciastko? ;D) i bardzo chciałabym je jakoś połączyć. Co prawda nie mam konkretnego pomysłu na ich relacje, więc przyda się burza mózgów c;]

    MATKA ZIEMIA

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie słuchał jej. Nie chciał słuchać jak po raz kolejny idealizuje kogoś, kto wcale na to nie zasłużył. W tej chwili czuł, jakby Sigyn była w stanie wybaczyć każdemu nawet najcięższy błąd. Każdemu tylko nie jemu... Nie ważne co robił, ani jak bardzo się dla niej starał, zawsze w kółko wracali do tego co było. Zawsze była Angrboda i Skadi, zawsze było to cholerne wesele i Sleipnir. Zawsze musiał czuć, że nieważne co zrobi i tak nie będzie dla niej dość dobry. Zupełnie jak w tej pieprzonej jaskini. Nie był w stanie zrobić absolutnie nic. Mógł tylko biernie patrzeć na wspaniałą, doskonałą Sigyn, która została z nim mimo wszystko, od której dobrej woli zależy to jak bardzo będzie cierpiał, która jest tak dobra i łaskawa, że nawet teraz kocha go mimo wszystko. A on? Mógł jedynie być jej wdzięczny i jeszcze bardziej gardzić samym sobą, bo która kobieta chciałaby trwać przy nim mimo wszystko...
    Nie wiedział już co naprawdę myślał. Czy rzeczywiście uważał, że nie jest dla niej ważny... czy po prostu nie miał już sił się starać, skoro nigdy i tak nie będzie dla niej dość dobry. Nie chciał też jej słuchać, miał dość ciągłego poczucia winy. Miał dość bycia ciężarem dla własnej idealnej żony. Jej słowa docierały do niego jakby z oddali, czuł się jak w jakimś koszmarnym śnie słuchając tego wszystkiego co przez całe życie robił nie tak, jak cały czas ją zawodził, podczas gdy ona zawsze przy nim była...
    Jak starałam się dla ciebie być, bo nikt, nikt nie chciał dać ci szansy…
    Dlaczego? Dlaczego do jasnej cholery?! Bo była tak cudowna i zawsze litowała się nad tymi biednymi i pokrzywdzonymi? Nie chciał tego. Nie chciał jej litości!
    Która bogini zostałaby z tobą mimo wszystko? Która bogini pozwoliłaby podeptać i zmiażdżyć swoją reputację dla ciebie?
    Oczywiście... Tylko Sigyn. Bo kto inny byłby tak dobry i łaskawy, by pokochać kogoś takiego jak on. Znów w jego głowie pojawiła się natrętna myśl, której nijak nie potrafił się pozbyć... „Sądzisz, że ktokolwiek mógłby kochać kogoś takiego?” Czy Sigyn właśnie sama to przyznała? Spojrzał na nią, chociaż widział ją jak przez mgłę. Sam nie wiedział, czy to wina tego co czuł, czy po prostu nie potrafił opanować łez napływających mu do oczu. Na wszelki wypadek odwrócił się od niej. Nie chciał okazywać słabości, nie chciał by znów musiała się nad nim litować. Tym bardziej, że i tak na nią nie zasługiwał... Czy gdyby był bogiem, gdyby był taki jak inni... Czy w ogóle zwróciłaby na niego uwagę?
    Dopiero jej kolejne słowa na chwilę oderwały go od tych myśli. To co powiedziała... Nie pasowało do całej reszty. Jak mogła mówić, że to ONA na niego nie zasługuje. Przecież... Od początku to z nim było wszystko nie tak. Począwszy od tego jak bardzo obrzydliwe i nie na miejscu było samo jego istnienie, poprzez wszystkie jego błędy, którymi tak bardzo rozczarowywał ją i cały świat, aż do tego, że nie ważne co zrobi i tak zawsze będzie źle. Dlaczego w takim razie mówiła, że to ona na niego nie zasługuje? Przecież przez cały ten czas, mimo wysiłków i starań nie zaoferował jej nic...
    Nagle przypomniał sobie o liście, o tym co napisała. Co pisała o sobie. I o tym co wtedy chciał jej powiedzieć. Odwrócił się do niej, chciał coś powiedzieć, zaprotestować, ale zanim zdążył choćby zebrać myśli usłyszał od niej to...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jesteś potworem, Loki…
      Zamarł. W pierwszej chwili miał wrażenie, że się przesłyszał, że wcale tego nie powiedziała. Nie ona, nie jego Sigyn, która nigdy nie pozwalała mu w ten sposób o sobie mówić, ani nawet myśleć. A teraz... Sama tak go nazwała. Zabolało go to bardziej niż kiedy Odyn publicznie nazwał go męską kurwą, bardziej niż kiedy musiał znosić poniżenia na weselu... bardziej niż wszystko dotąd.
      Był. Potworem. Sigyn nazwała go potworem...
      – Tak. Jestem potworem. – przyznał z wściekłością. Skoro tak go widziała, skoro tak o nim myślała, to proszę bardzo, będzie potworem. – Doskonale wiedziałaś, że jestem potworem. Czego oczekiwałaś? Że mnie zmienisz? A może wcale nie chciałaś nic zmieniać i od początku ci się to podobało?
      W mgnieniu okna przemierzył salon i znalazł się tuż przy niej. Złapał ją za przedramię gwałtownie przyciągając do siebie.
      – Powiedz... Kręciło cię to kim jestem? Tak jak wszystkie inne chciałaś mieć „swojego potwora”, zobaczyć jak to jest... A może chciałaś się przekonać czy to prawda co boginie rozpowiadają o potworach? – cedził słowa powoli i z jadem, nie zastanawiał się nawet nad tym co mówi, nad tym czy ją rani, nachylił szepcząc jej kolejne słowa prosto do ucha – Przyznaj się, zgrywałaś niedostępną, bo naprawdę tak się bałaś czy może od początku chciałaś „być inna” by mieć mnie tylko dla siebie? To musiało być wspaniałe zwycięstwo mieć swojego własnego potwora. Podobało ci się kiedy miałaś mnie na własność? I kiedy inne boginie tak bardzo ci zazdrościły? O to ci od początku chodziło? Bo przecież nie mogłabyś kochać potwora, prawda?

      Piecyk, który jest potworem

      Usuń
  18. Dopiero kiedy w końcu, wciąż zaślepiony wściekłością, spojrzał na nią uświadomił sobie co właściwie zrobił. Pierwszy raz Sigyn patrzyła na niego w ten sposób... Nawet wtedy, gdy zdecydował się jej pokazać jak wygląda w swojej ognistej formie, nie widział w jej oczach takiego strachu. Strachu i rozpaczy. Patrzyła na niego jak... jak na potwora. Dopiero teraz naprawdę się nim poczuł. Tylko prawdziwy potwór powiedziałby coś takiego, doprowadził tą cudowną, delikatną istotkę do stanu, w którym patrzyłaby na niego w ten sposób. Jak w ogóle mógł powiedzieć takie rzeczy kobiecie, którą kochał całym sercem? Dla której poświęciłby wszystko co mógł?
    Puścił jej rękę, przez chwilę miał wrażenie, że Sigyn zaraz wybuchnie płaczem.
    – Sigyn... Nie... ja wcale nie... – nie miał pojęcia co powiedzieć. Nie miał nawet pojęcia co w niego wstąpiło, że zrobił coś takiego.
    Dopiero jej kolejne słowa naprawdę go otrzeźwiły.
    – Sigyn, przestań! Nie mów tak! – natychmiast ruszył za nią do kuchni. Wiedział, że musi ją powstrzymywać. Cokolwiek chciała zrobić...
    Widok Sigyn z nożem szczerze go przeraził. Jeszcze bardziej to co powiedziała.
    W tej chwili nie liczyło się już nic. Żadne okrutne słowa, którymi siebie ranili, ani żadne żale i pretensje. Liczyła się tylko ona. I to, że naprawdę mogła chcieć zrobić sobie krzywdę. Przez niego, przez to jakim okazał się potworem i jak bardzo ją skrzywdził...
    W tej chwili nie myślał już o niczym, prócz tego by nie stała jej się krzywda. W jednej chwili znalazł się przy niej łapiąc ją za ręce i siłą odciągając jej dłoń z nożem od szyi.
    – Sigyn, dość! Błagam cię, przestań! – chciał powiedzieć jej, że ją kocha, zawsze kochał i to ona jest jego jedyną miłością. Chociaż wiedział jak bardzo absurdalnie brzmiałoby to po tym, co jeszcze przed chwilą do niej mówił, jak potraktował ją jakby była kolejną, nic nie wartą zdzirą, a nie miłością i sensem jego życia...
    Nie miał pojęcia skąd w Sigyn pojawiło się nagle tyle siły. Do tej pory zawsze uważał ją za kruchą i delikatną, zawsze starał się być dla niej jak najłagodniejszy, w obawie, że mógłby zrobić jej krzywdę... Teraz, szarpiąc się z nią, ledwie mógł ją utrzymać.
    – Odłóż ten nóż, proszę cię! Porozmawiaj ze mną! – pragnął jakoś wyrwać ją z tego stanu. Najpierw jednak musiał zmusić ją by przestała się szarpać. Był przerażony, że w tym stanie jeszcze, choćby przypadkiem, zrobi sobie jakąś krzywdę.
    Kiedy w końcu nóż z brzękiem upadł na podłogę, na chwilę poczuł dziwną ulgę. Również Sigyn momentalnie przestała się szarpać... Spojrzał na nią z lekkim niepokojem. Była dziwnie blada. Odruchowo zerknął na leżący na podłodze nóż, na którym dostrzegł ślady krwi. Ponownie spojrzał na Sigyn, tym razem z przerażeniem na samą myśl, że mogła jednak... Nie dostrzegł na jej ciele żadnego zranienia. Zauważył za to jak z niepokojem patrzyła na niego. Podążył za jej spojrzeniem i dopiero teraz dostrzegł rozcięty rękaw marynarki. Wciąż nieco zaskoczony zdjął marynarki. Górna część rękawa koszuli była cała przesiąknięta krwią. Nie czuł żadnego bólu... Nie poczuł nawet kiedy to się stało...

    Zaskoczony Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  19. Miał wrażenie, że w ciągu jednej chwili cały świat wywrócił się do góry nogami. Jeszcze przed chwilą oboje ranili się słowami, przed chwilą z przerażeniem patrzył jak doprowadził swoją żonę na skraj wytrzymałości i do stanu, który absolutnie go przeraził, a teraz... Wszystko nagle się zmieniło. Słyszał głos Sigyn. Przejęty, pełen troski. Mówiła do niego zupełnie jak wtedy, gdy w przeszłości opatrywała mu rany. Nie zaprotestował, gdy kazała mu usiąść, ani gdy zdjęła z niego koszulę by obejrzeć ranę. Całkowicie biernie poddawał się wszystkiemu. Miał wrażenie, że obserwuje wszystko gdzieś z boku, że znajduje się w jakimś dziwnym śnie. Gdy wybiegła w pośpiechu z kuchni przez chwilę wpatrywał się w rozcięte ramię. Wciąż nie czuł bólu. Gdyby nie widok krwi, która obficie spływała mu po ręku chyba nawet nie uwierzyłby, że cokolwiek się stało. Obejrzał ranę. Cięcie było dość głębokie i było dużo krwi, ale... to nic takiego. Pewnie lada chwila samo się zagoi. Sigyn niepotrzebnie tak się tym martwiła...
    Jej cichy głos i polecenie by się nie ruszał nieco go zaskoczył. Nie miał pojęcia kiedy wróciła. Patrzył na nią jak pochylała się nad jego ramieniem, słuchał jak mówi do niego. Chyba nawet uśmiechnął się słuchając jej tłumaczeń odnośnie tego co musi zrobić. Gdy zaczęła dezynfekować ranę poczuł pieczenie i ból. Dopiero to wyrwało go z tego dziwnego odrętwienia. Słowa Sigyn nie były już tylko odległym echem, wszystkie bodźce stopniowo zaczęły do niego docierać. Patrzył jak zaczyna zszywać ranę...
    – Sigyn... Sigyn, kochanie... – wyszeptał, miał wrażenie, że słowa ledwie przechodzą mu przez zaciśnięte gardło.
    Patrzył na Sigyn, na to jak walczy z napływającymi do oczu łzami, jak w kółko powtarza „Przepraszam” nie reagując na nic. Złapał ją za rękę. Tylko tak mógł zwrócić jej uwagę, oderwać ją od pracowitego zszywania mu rany.
    – Sigyn, spójrz na mnie... – poprosił, wciąż kurczowo trzymał jej rękę, zdecydowany nie puścić jej, póki choć na chwilę nie przestanie przepraszać i nie poświęci mu chociaż chwili. By wysłuchać.
    – To nic. Nic się nie stało kochanie – powiedział łagodnie, uśmiechnął się do niej, nawet jeśli w tej chwili nie miał na to sił. Ale liczyła się tylko ona, tylko to by nie zadręczała się z jego powodu. Miał chęć powiedzieć, że należało mu się za to co jej powiedział, jak obrzydliwie ją potraktował. Wiedział jednak, że nie chciałaby tego słuchać. Nigdy nie chciała słuchać, gdy mówił w ten sposób. – Już dobrze mój Księżycu, już dobrze...
    Powoli, choć stanowczo uniósł jej rękę, po czym ucałował wewnętrzną stronę jej dłoni. Całkowicie ignorował fakt, że jej przeszkadza, nie pozwala zaszyć rany, chciał po prostu poczuć jej dotyk na swojej twarzy. Obsypywał jej rękę delikatnymi pocałunkami z całych sił starając powstrzymać się napływające mu do oczu łzy.
    – Sigyn. To co powiedziałem... Ty wiesz, że wcale tak nie myślę? Nigdy tak nie myślałem... Kocham cię i zawsze kochałem. Czasem celowo udawałem, że czuję się gorzej niż naprawdę tylko dlatego, żebyś dłużej ze mną została... Kiedy mnie do siebie zapraszałaś i pozwalałaś zostać dłużej czułem się jakbym naprawdę miał dom. W pałacu Odyna zawsze czułem się jak w klatce. A u ciebie... z tobą... – znów przerwał, przez chwilę znów całował jej rękę, tym razem długo i przeciągle. W tej chwili tak bardzo chciał ją przytulić, mieć ją blisko siebie... i ukryć te cholerne łzy, których nie mógł opanować. Zamrugał kilkakrotnie. Mając nadzieję, że Sigyn nic nie zauważyła, w końcu odezwał się ponownie – Kiedy mi powiedziałaś, że jeszcze nikogo nie miałaś... Wciąż planowałem jak mógłbym ukraść ci twój pierwszy pocałunek. – uśmiechnął się do tego wspomnienia, podobnie jak na myśl o wszystkich tych sytuacjach, kiedy był już tak blisko i tak niewiele brakowało... Sam wówczas dziwił się sobie, że nie wykorzystał sytuacji i po prostu jej nie pocałował, choć tak bardzo tego chciał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Wiem, że nigdy nie myślałaś o mnie tak jak inne. Że wcale nie obchodziło cię kim jestem. Ty jedna nawet nie byłaś ciekawa tego jak wyglądam jako ognisty olbrzym... I wiem, że nie zależało ci na tym by się przekonać jak to jest z kimś takim jak ja, bo przecież... miałaś ku temu tak wiele okazji. Już wtedy kiedy pierwszy raz mnie pocałowałaś byłem twój. Duszą i ciałem. Mogłaś zrobić ze mną wszystko... Gdybyś tylko chciała oddałbym ci się całkowicie. Dlatego wiem, że nigdy nie zależało ci na romansie, że zawsze szczerze mnie kochałaś... Bo nigdy nie przekroczyłaś pewnych granic, nawet jeśli ci na to pozwalałem, a nawet zachęcałem. Traktowałaś mnie inaczej, poważnie. Przy tobie czułem się kimś ważnym... – w końcu spojrzał na nią. Wciąż kurczowo zaciskał dłoń na jej ręce. Musiała go wysłuchać – Ty też nigdy nie byłaś dla mnie jak inne. One chciały tylko jednego. Gardziłem nimi. Zdradzały swoich mężów tylko po to, by zobaczyć jak to jest z kimś takim jak ja. A potem wracały do swoich „ukochanych” odgrywać wzorowe żony. Ty zawsze byłaś inna. Tylko z tobą mogłem porozmawiać, tylko przy tobie mogłem być szczery. Nie musiałem udawać kogoś kim nie jestem. Przy tobie czułem się jakbym miał swój dom i swoje miejsce. A kiedy pozwalałaś mi u siebie nocować wcale nie myślałem o tym by cię wykorzystać, po prostu było mi przy tobie dobrze. Nawet kiedy czasem przekraczałem granice podczas czułości, to wcale nie dlatego że myślałem tylko o jednym. Po prostu chciałem okazywać ci uczucia i zawsze było mi źle, gdy bałaś się, że zrobię coś czego nie chcesz... Nigdy bym cię nie skrzywdził. Nawet w czasie naszej nocy poślubnej byłem przerażony, że mógłbym zrobić coś czym sprawię ci ból. Naprawdę nie byłaś jak inne... To co powiedziałem... Masz rację jestem potworem. Zachowałem się jak potwór. Wciąż zachowuję się jak potwór. To ja powinienem cię przepraszać, a nie Ty mnie.

      Załamany Piecyk

      Usuń
  20. Bał się, że nie będzie chciała w ogóle go wysłuchać. W końcu nawet na to nie zasługiwał, nie po tym co jej powiedział. Kiedy pogładziła go po policzku, objęła i przytuliła miał chęć się odsunąć, powiedzieć jej, że nie powinna go w ogóle dotykać po tym co zrobił. Ale nie zaprotestował. Tylko wtulił się w nią. Zdrową ręką objął ją, kurczowo zaciskając palce na materiale jej bluzki. Zamknął oczy wsłuchując się w bicie jej serca, najcudowniejszy dźwięk jaki znał. Poczuł jak delikatnie go pocałowała. Przez chwilę było mu dobrze, zupełnie jakby nagle zniknęły wszystkie smutki i problemy. Jej bliskość i czułość zawsze była dla niego lekiem na wszystko. Gdyby ten dzień i ta koszmarna rozmowa skończyły się w ten sposób odetchnąłby z ulgą.
    Zamiast tego słowa Sigyn nieco go skołowały. Chociaż bardzo chciał, nie potrafił zapomnieć słów Sigyn, gdy jeszcze chwilę temu nazwała go potworem. Wciąż słyszał jej głos, gdy to mówiła, wciąż widział to jak wtedy na niego patrzyła... A teraz sama zabraniała mu tak mówić, znów nie pozwalała mu nawet tak o sobie myśleć. Nie miał pojęcia, której Sigyn ma słuchać. Zresztą... przecież był w połowie olbrzymem. W połowie potworem. To był fakt, któremu nawet nie było sensu zaprzeczać.
    Chociaż i tak o wiele bardziej zabolało go, gdy powiedziała, że jest złą żoną i zasłużyła na wszystko to co jej powiedział. Na dodatek znów wolała zająć się jego raną. Miał chęć powiedzieć, żeby to zostawiła, że samo się jakoś zagoi, ale nie protestował wiedząc jak zawsze bardzo przejmowała się takimi drobiazgami.
    – To ty jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. – powiedział patrząc na nią i na to jak w skupieniu zszywa mu ramię – Gdyby nie ty... pewnie dawno bym się załamał. Nadałaś mojemu życiu sens Sigyn. Nie wiem kim byłbym bez ciebie, ani czy w ogóle bym tu był... Nie jesteś i nigdy nie byłaś złą żoną. To ja w kółko cię zawodzę i doprowadzam na skraj wytrzymałości. Nie wiem co we mnie wstąpiło, że powiedziałem ci coś takiego...
    Pogładził ją delikatnie po przedramieniu nie chcąc znów przerywać jej pracy nad raną.
    – Kocham cię Sigyn... i przepraszam z całego serca.
    Po chwili wahania dodał.
    – Miałaś rację. To był głupi plan. Niezależnie kto by zwyciężył to byłaby jedna wielka rzeź. Takie zwycięstwo pewnie nie byłoby zbyt wiele warte... – nie był pewien jak ma z tego wybrnąć, nie wiedział nawet czego dokładnie oczekiwała od niego Sigyn. Wiedział jedynie, że ucieszyłaby się, gdyby w końcu zerwał z Odynem. I że była przerażona na myśl, co Odyn mógłby zrobić. Tylko... Tylko jeśli teraz chciałby się wycofać, Odyn na pewno by mu na to nie pozwolił. A to na pewno skończyłoby się o wiele gorzej, niż gdyby zdecydował się grać wedle jego reguł do samego końca.

    Piecyk z problemami

    OdpowiedzUsuń
  21. Poczekał aż skończy go opatrywać, a następnie obmywać z krwi. Przez myśl przemknęło mu, że powinien posprzątać zakrwawioną podłogę, ale... to mogło poczekać. Łagodny uśmiech na twarzy Sigyn był teraz najważniejszy. Może w końcu dojdą do porozumienia? Może w końcu ten koszmarny dzień się skończy i będzie chociaż trochę lepiej...
    Gdy w końcu do niego przyszła, objęła go, usiadła mu na kolanach. Gdy poczuł delikatny dotyk jej ust. Wszystko od razu wydało się prostsze. Nawet jeśli wciąż czuł się fatalnie i rozpamiętywał to co jej powiedział. I to co ona powiedziała... Teraz najważniejsza była i tak ona. Nie chciał jej już więcej ranić, nie chciał by była smutna, by płakała i by myślała te wszystkie straszne rzeczy. By znów chciała się w jakikolwiek sposób skrzywdzić przez to jak bardzo był dla niej zły. Objął ją delikatnie, ciesząc się jej bliskością. Uśmiechnął się czując jej ciepły oddech tuż przy swojej twarzy.
    – Pomyślałem o tym. – odpowiedział cicho – Dlatego trzymałem to wszystko w tajemnicy. Chciałem bycie byli daleko od tego wszystkiego. Ty i Vali mieliście nawet się o niczym nie dowiedzieć. A gdyby jednak... to nie pozwoliłbym wam się w to wtrącić. A Narfi... Myślę, że on wie. Oni wszyscy wiedzą. Duchy. Kiedy siedziałem z Shadowem w celi opowiadał mi swoje sny. Mówił, że w kółko nawiedzają go dwa sny. O wielkim drzewie i lesie z kości... oraz o tym jak znajduje się w dziwnym miejscu, jednocześnie na ziemi i pod ziemią. Jak spotyka tam człowieka-bizona z płonącymi oczami, który mówi zagadkami o przyszłości. O burzy, bogach i wojnie. Wiesz co znaczy ten sen. I kto za tym stoi. Myślę, że nasz Narfi również wie więcej niż możemy się spodziewać. I jeśli nie ja, to jego Duchy by go ochroniły. Nie pozwoliłyby mu się mieszać. – czuł się dziwnie to mówiąc. Jeszcze niedawno oskarżał Duchy o to, że pozwalały Narfiemu poświęcać się dla nich, a teraz... Nie miał pojęcia czemu, ale podświadomie wiedział, że oni coś planowali. Ostrzegali...
    Przymknął oczy słuchając słów Sigyn, tego co mówiła o nim, o zwycięstwie.
    Nie rozumiał jej. Chciał, ale nie potrafił zrozumieć. Zdrady, kłamstwa i podstępy były wszystkim co znał. W oszukanej grze najłatwiej jest wygrać. W jaki sposób ona chciała zrobić to inaczej? Jakiego poświęcenia oczekiwała? Miał poświęcić samego siebie? Odrzucić swoje metody, zmusić do działania wbrew sobie? Do uczciwej gry? Nie potrafił sobie nawet wyobrazić jak miałoby to wyglądać. Ba! Nie wiedział nawet czy to miała na myśli, tłumacząc mu ideę zwycięstwa, która brzmiała dla niego całkowicie obco i bez sensu... Zamiast tego skupił się na tym co było zdecydowanie prostsze.
    – Mógłbym ich zatrzymać. I czasem nawet myślę, że chciałbym to zrobić, bo podoba mi się to co zbudowałem. Tak jak czasem myślę, że Shadow... że on i Odyn nigdy nie powinni się spotkać. – nie umiał dokładnie określić co miał na myśli, po prostu czuł, że z jakiegoś powodu tym razem nie chce przykładać ręki do tego co ma się stać. – Widzisz kochanie... Mógłbym to zrobić, ale... Wiesz jak to by się skończyło, prawda? Wiesz, że Odyn nie pozwoli mi się tak po prostu wycofać. A jeśli zdradzę go zbyt wcześnie, zemści się. Jeśli na mnie... pewnie jakoś dam sobie radę. Jak zwykle... Ale jeśli postanowi znów odebrać mi ciebie? Albo naszych synów? Po tym co ostatnio zrobił... Jest do tego zdolny. Mówisz o poświęceniu, ale ja nie chcę poświęcać was... ciebie. – przytulił ją mocniej. Nie obchodził go los innych. Jeśli miał wybierać między wszystkimi bogami, a swoją rodziną, wolał swoją rodzinę.
    Westchnął tylko. Tego było zbyt wiele. Zbyt wiele wydarzeń, emocji i trudnych decyzji jak na jeden dzień. Oboje byli zmęczeni.
    – To wszystko jest trudne Sigyn... – przyznał w końcu – Muszę to wszystko przemyśleć. A ty musisz odpocząć. – pogładził ją delikatnie po policzku – Porozmawiamy o tym jutro, dobrze?

    Nieco skołowany Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  22. Uśmiechnął się słysząc jej warunki.
    – Kochanie, przecież jesteś moją żoną... – odparł łagodnie, chociaż jakaś część jego miała chęć spytać ją czy naprawdę tego chciała. Przez moment pomyślał, że gdyby nie poprosiła pewnie poszedłby dzisiaj nocować na kanapie. Wciąż czuł zbyt wiele wyrzutów sumienia za to co jej powiedział. Jak po tym wszystkim mogła w ogóle chcieć by ją całował i przytulał? Jak mogła chcieć zasnąć w jego ramionach? Jak mogła obejmować go tak czule i patrzeć na niego w ten sposób? Spojrzał jej w oczy, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tego chce. Że naprawdę go chce...
    Po całym tym koszmarnym dniu patrzyła na niego z taką czułością i uśmiechała się tak pięknie. Nie musiała prosić go drugi raz. Najpierw jedynie delikatnie musnął ustami jej usta, jakby wciąż nie wierząc, że to dzieje się naprawdę. Miał wrażenie, że to tylko piękny sen, który zaraz pryśnie. Ale nie mijał... A on całkował ją coraz zachłanniej. Tak bardzo tęsknił za słodkim smakiem jej ust, za jej bliskością i dotykiem. Objął ją mocniej, by mieć ją jak najbliżej siebie, by nie oddzielał ich żaden dystans. Z czułością przeciągał pocałunek, najchętniej w ogóle nie przerywałby tej chwili. Miał wrażenie, że ostatnich parę dni, które spędzili z dala od siebie było całą wiecznością. Kiedy w końcu na chwilę oderwał usta od jej ust, nie odsunął się od niej, choć poczucie winy wciąż podpowiadało mu że powinien to zrobić, że nie ma prawa do czułości, po tym co jej powiedział...
    – Ja też mam warunek... – wyszeptał jej do ucha, po czym delikatnie ucałował jej policzek i kącik ust – Opowiedz mi o tym dniu. – poprosił. Do tej pory Sigyn nigdy nie wspominała kiedy dokładnie zaczęła czuć coś więcej. Zawsze myślał, że wszystko zaczęło się wtedy w ogrodzie... pod wpływem emocji. Ale przecież sam czuł do niej coś więcej na długo przed tamtym dniem. Chciał to usłyszeć, dowiedzieć się od jak dawna nie był dla niej tylko przyjacielem.
    Przytulił ją do siebie i ostrożnie wstał trzymając ją na rękach. Uśmiechnął się, czując jak wciąż ciasno go obejmuje. I choć czuł się zupełnie dobrze, celowo starał się nie przemęczać zranionej ręki, byle tylko nie martwić Sigyn. Zresztą była tak drobniutka i lekka, że bez wysiłku zaniósł ją do sypialni. Delikatnie położył ją na łóżku. I chociaż wciąż czuł się nieswojo, nie potrafił oprzeć się pokusie i pocałował ją ponownie. Tym razem nieco bardziej niepewnie i przepraszająco, jakby z obawą, że tym razem zechce go od siebie odepchnąć.

    Piecyk bojący się odrzucenia

    OdpowiedzUsuń
  23. Potrzebował tego. Potrzebował Sigyn i jej akceptacji, jej uczuć i świadomości, że wciąż go kocha mimo wszystko. Na chwilę znów utonął w tym pocałunku. Zatracił się w jej dotyku... Tak bardzo uwielbiał jej drobne czułości. Kiedy w końcu przerwała pocałunek on również uśmiechnął się do niej. Z wdzięcznością, zupełnie jakby chciał powiedzieć jej „dziękuję, że wciąż mnie kochasz”. Ale nie powiedział nic, ponieważ ona odezwała się pierwsza.
    Zaśmiał się słysząc jej słowa.
    – Tylko nie każ mi na siebie zbyt długo czekać – za bardzo za nią tęsknił by znieść teraz nawet tak krótką rozłąkę, zwłaszcza po tym strasznym dniu. Niechętnie odsunął się od niej pozwalając jej wstać. Nawet po tylu wiekach małżeństwa, przy niej wciąż potrafił zapominać o wszystkich tych „drobiazgach”, które składały się na ich codzienność. Dopiero gdy zniknęła za drzwiami łazienki uświadomił sobie, że sam również powinien doprowadzić się do jakiegoś porządku. Wciąż ubrany był w dół od garnituru mr. Worlda, na dodatek gdzieniegdzie poplamionego krwią po niedawnym incydencie. Reszta nie wyglądała wcale lepiej. Choć Sigyn całkiem nieźle obmyła go z krwi, na jego ciele pozostało wciąż trochę zacieków z zaschniętej krwi. Zdecydowanie jemu również przydałby się prysznic, by zmyć z siebie to wszystko.
    Znów zerknął w stronę łazienki. I chociaż początkowo chciał po prostu zaczekać, nie mógł wytrzymać z dala od Sigyn. Przez chwilę stał w uchylonych drzwiach przyglądając się jej. Temu pośpiesznie rozczesywała potargane i nieco posklejane krwią włosy, jak z wyraźną ulgą ściągała z siebie brudny i poplamiony ich krwią sweter. Sam nie wiedział już które z wyraźnych czerwonych plam były jego krwią, a które jej.
    Uśmiechnął się kiedy go zauważyła.
    – Za bardzo za tobą tęskniłem – przyznał, jakby na usprawiedliwienie, jednak zamiast wycofać się do pokoju po prostu podszedł do niej. Jedną ręką objął ją w pasie, delikatnie przyciągając do siebie, drugą odgarnął jej potargane włosy na bok. Łagodnie i z czułością pocałował ją w policzek. Naprawdę tęsknił. Za nią, jej widokiem, jej głosem, jej dotykiem i bliskością. Po tym co się stało i po tym jak mimo wszystko go nie odtrącała, najchętniej nie rozstawałby się z nią nawet na sekundę, nawet na krótką chwilę nie chciał wypuszczać jej z ramion.
    – Chyba znów będę potrzebował twojej pomocy... – mruknął jej w końcu do ucha, po czym spojrzał na nią i uśmiechnął się z udawaną niewinnością i odrobiną bezczelności. Podobnie jak wtedy, gdy w przeszłości celowo przekonywał ją o tym, że potrzebuje jej pomocy. Oboje wówczas dobrze wiedzieli, że było to dość bezczelne kłamstwo, ale i tak jakimś cudem z wielkim zapałem udawali, że było inaczej.
    Wypuścił ją w końcu z objęć tylko dlatego, by bez pośpiechu zdjąć z niej resztę ubrań. Kilka razy celowo niby przypadkiem pozwalał sobie powoli i z czułością dotykać jej, łagodnie gładzić jej skórę, zupełnie jakby przesuwał dłońmi po delikatnym i drogocennym materiale. I chociaż do tej pory Sigyn już wiele razy okazywała mu czułość, nie chcąc by obwiniał się za swoje słowa, wciąż czuł dziwną niepewność, wciąż zachowywał się wobec niej z pewnym dystansem, zupełnie jakby nie był godzien nawet na nią patrzeć, a co dopiero dotykać.

    pragnący bliskości Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  24. Uśmiechnął się czując jej dotyk na swoim ciele. Uwielbiał czuć na sobie jej drobne, delikatne dłonie, uwielbiał gdy go dotykała, obejmowała, trzymała za rękę lub z gdy gładziła go po włosach, uwielbiał jej bliskość i każdy jej gest. Uwielbiał, gdy po prostu była przy nim.
    Z uczuciem odwzajemnił jej pocałunek, rozkoszując się jej czułością jaką starała się mu okazać. Był jej wdzięczny, tak bardzo wdzięczny za to, że go kochała. Za to, że nie tylko była w stanie odwzajemnić jego uczucia, ale również sama go nimi obdarowywała. Czasem dawała mu tak wiele, że czuł się nieco zagubiony, nie rozumiejąc jak w ogóle ona może go tak bardzo kochać. Zbyt dobrze znal swój trudny charakter, zbyt dobrze wiedział jak ciężko jest go w ogóle tolerować i tym bardziej nie wiedział jakim cudem była w stanie okazywać mu tyle cierpliwości i zrozumienia. Jakim cudem potrafiła wybaczać mu błędy, które on uznawał za niewybaczalne.
    Spojrzał na nią. Oboje stali naprzeciw siebie całkiem nadzy. Uśmiechnął się do niej. Pomimo całego zmęczenia, brudu i krwi, wciąż była dla niego tak piękna. Najpiękniejsza na świecie. Uwielbiał każdy fragment jej ciała, które znał już na pamięć. Była tak drobna i delikatna. Pośród innych bogiń wydawała się mu się tak cudownie naturalna i piękna. Kochał jej słodką twarz, o łagodnych rysach, jej głębokie niebieskie oczy i usta, które uwielbiał całować, jej zgrabny nosek i wszystkie jej urocze minki. Kochał jej uśmiech i to jak czasem patrzyła na niego nieśmiało i z pewnym zawstydzeniem. Czasem celowo lubił ją prowokować, by zobaczyć te słodkie rumieńce na jej policzkach. Kochał burzę jej blond włosów i jej długą szyję, którą uwielbiał obsypywać pocałunkami. Kochał zgrabne ciało i szczupłą sylwetkę. Nawet jeśli czasem wydawała mu się tak krucha, że najchętniej nie wypuszczałby jej z ramion, byle tylko wiedzieć, że jest bezpieczna. Była tak cudownie smukła i zgrabna, kochał lekkość z jaką się poruszała i wdzięk, który towarzyszył jej w każdym geście. Kochał jej małe kształtne piersi, które idealnie mieściły się w dłoni, jej delikatną talię i kuszące biodra. Kochał jej długie nogi, zgrabną pupę i to jak Sigyn czasem słodko złościła się, gdy nie potrafił utrzymać rąk przy sobie. Była najpiękniejszą kobietą na świecie, najwspanialszą kochaną i najcudowniejszą matką...
    Z miłością wpatrywał się w jej piękne oczy, wiedząc jak bardzo lubiła, gdy to robił. Gdy stała przed nim całkiem naga, a on mimo wszystko patrzył wprost na nią, wprost w jej głębokie, niebieskie oczy. Jednak tym razem czuł dziwny ciężar w sercu, na wspomnienie tego jak jeszcze parę chwil temu widział w jej spojrzeniu strach. Jak przez krótką chwilę naprawdę się go bała... Dlatego starał się unikać jej wzroku, wciąż czując się zbyt winny zarówno tego co jej zrobił, jak i tego, że teraz po czymś tak okrutnym, ma czelność łaknąć jej bliskości.
    Widok jej cudownego uśmiechu sprawił mu olbrzymią radość. Tak bardzo chciał by jego najdroższa Sigyn częściej się uśmiechała. Wszedł wraz z nią pod prysznic. Woda oblewająca ich ciała była przyjemnie ciepła i kojąca. Dopiero teraz uświadomił sobie, że pomimo wszystko wciąż był dziwnie spięty, zupełnie jakby cały czas tłumił w sobie nieprzyjemne zdenerwowanie. A może to po prostu wszystkie negatywne emocje i okropne myśli, tworzyły iluzję tego uczucia? Postarał się odprężyć. Wsłuchać w otaczający ich szum, skupić się na obmywającej ich ciała wodzie i na bliskości Sigyn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z czułością przeczesał palcami jej mokre włosy, po czym ostrożnie zajął się zmyciem z jej twarzy zakrzepłej krwi. Chociaż po niedawnej ranie niemal nie było już śladu i tak starał się robić to łagodnie. Być może uleczył jej zranienie, ale na pewno nie obejdzie się bez siniaków. Nie chciał zadawać jej dodatkowego bólu. Przez chwilę przez myśl przemknęło mu, że nie wybaczy sobie, jeśli zobaczy sińce na jej przedramieniu, po tym jak brutalnie ją dzisiaj potraktował. Znów złożył na jej ustach pocałunek. Krótki, przepraszający.
      – Kocham cię Sigyn. – powiedział ciepło i z czułością, po chwili nieco ciszej dodał jeszcze – Dziękuję ci, że jesteś...
      Uśmiechnął się do niej. Przez chwilę na jego ustach można było dostrzec stare blizny po szwach, które zwykle stawały się wyraźniejsze, gdy się uśmiechał. Chciał powiedzieć jej coś więcej, ale w tej chwili te słowa wydawały mu się najodpowiedniejsze. Wciąż z tym samym ciepłym uśmiechem, delikatnie gładził jej ciało, pomagając jej zmyć z siebie cały ten brud i krew, wszystko to co przypominało im o dzisiejszym okropnym dniu.

      Zakochany i stęskniony Piecyk

      Usuń
  25. Gdy nazwała go Piecykiem uśmiechnął się z rozbawieniem. Odkąd Sigyn, pod wpływem tej uroczej bajki, pierwszy raz nazwała go w ten sposób niezmiennie go to rozczulało. To była smutna bajka, w pewien sposób też boleśnie prawdziwa. Zbyt prawdziwa. Ale i tak lubił jej słuchać, podobnie jak lubił, gdy Sigyn nazywała go swoim Piecykiem.
    – Ja też – odezwał się, gdy w końcu oderwała swoje usta od jego ust – Jesteś i zawsze będziesz dla mnie tą jedyną... – miał chęć dodać, że w przeszłości też zawsze nią była. Jednak w przeszłości popełnił zbyt wiele błędów, by mogła uwierzyć w jego słowa. Wolał więc skupić się na teraźniejszości i przyszłości. Chciał wierzyć, że będzie lepiej. W duchu obiecywał sobie, że następnym razem nie popełni już tych samych błędów. Jeśli tylko w jego życiu wydarzy się cokolwiek. Nieważne czy istotnego czy błahego, Sigyn dowie się o tym pierwsza. Następnym razem wszystko będzie inaczej...
    Przymknął oczy, rozkoszując się jej pełnymi miłości pocałunkami, którymi go obsypywała. Jego najdroższa, najwspanialsza żona. Wiedziała, że się zadręczał i z całych sił starała się przekonać go, że wciąż go kocha. A on wiedział, że ona również ma wyrzuty sumienia. Za to, że nazwała go potworem i to, jak przypadkiem skaleczyła go nożem. Nie chciał by się zadręczała. W końcu nie było w tym jej winy. To co powiedziała było po prostu stwierdzeniem faktu, bolesnym, ale jednak... A incydent z nożem był tylko nieszczęśliwym wypadkiem. Na dodatek z jego winy. Nie doszłoby do tego, gdyby nie skrzywdził swojej żony tak bardzo, że chciała zrobić sobie krzywdę... I chociaż z rozkoszą chłonął każdy z pocałunków, którymi tak czule go obdarowywała, nie potrafił zagłuszyć wyrzutów wobec siebie, ani pozbyć się myśli, że nie zasługuje na tyle ciepła z jej strony.
    Mimo wszystko było mu dobrze. Mógł trzymać ją w ramionach, mógł okazywać jej tyle drobnych czułości pod pretekstem zwykłego wspólnego prysznicu, mógł powtarzać jej jak bardzo ją kocha i rozkoszować się jej cudownymi pocałunkami. Na moment rozluźnił się nieco, przestał na chwilę zadręczać się w kółko poczuciem winy i rozpamiętywaniem wszystkiego co wydarzyło się w ciągu dzisiejszego dnia. Dopiero kiedy delikatnie pchnęła go na chłodną ścianę, a jej pocałunki i dotyk stały się nieco odważniejsze, znów poczuł wyrzuty sumienia. Odruchowo położył dłoń na jej dłoni, którą wodziła po jego brzuchu.
    Sam nie wiedział czy w tej chwili chciał ją zatrzymać czy prosić by nie przerywała.
    Uwielbiał gdy Sigyn wykazywała inicjatywę, gdy swoimi czułościami dawała mu znać, że go pragnie. Ale teraz... Sam nie wiedział co powinien o tym myśleć. Czy naprawdę chciała czegoś więcej, czy po prostu nadal starała się okazać mu czułość i pokazać, że wciąż z nim jest. Mimo wszystko.
    Z jednej strony z całego serca pragnął odwzajemnić jej czułości. Pragnął Jej... Chciał zabrać ją do sypiali, kochać się z nią, długo i namiętnie, zapominając o całym świecie i troskach. Czuć jak stają się jednym ciałem, a ich serca biją obok siebie w jednym rytmie. Tylko on i ona. Razem.
    Jednak z drugiej strony czuł, że po tym wszystkim co dzisiaj się stało chciał jedynie odrobiny czułości i bliskości. Tego, by się do niej przytulić, pocałować i cieszyć się, że wciąż są razem. Trwają przy sobie i są na tyle silni, by poradzić sobie z kolejnymi problemami. Nie chciał niczego więcej, a jeśli chodziło o zagłuszanie wyrzutów sumienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy w końcu przestała obsypywać go pocałunkami czuł pewien niedosyt, ale również ulgę, czując że gdyby to wszystko potrwało choć chwilę dłużej pewnie zapomniałby o wątpliwościach i dał się ponieść chwili.
      Uśmiechnął się do niej. Delikatnie pogładził ją po policzku i nieznacznie uniósł jej głowę, tak by móc ją pocałować. Tym razem już śmiało i przeciągle, z uczuciem. Odwzajemniając miłość i czułość jaką przed chwilą okazywała mu w tych pocałunkach.
      Dopiero po chwili odsunął się od niej nieco. Niechętnie zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica. Ledwie zdążyli się wytrzeć, gdy znów porwał ją na ręce. Tym razem nie zwracał już uwagi na swoje ramię. Czuł się dobrze, a przy niej nawet lepiej niż dobrze, zresztą do łóżka i tak mieli zaledwie parę kroków.
      Niechętnie wypuścił ją z objęć kładąc ją na łóżku. Nawet jeśli trwało to tylko krótką chwilę. Zaraz też znów znalazł się przy niej. Wsparł się na zdrowym ramieniu, drugą ręką przyciągając ją do siebie. Tym razem to on obsypywał ją pocałunkami. Z miłością i zachłannością, pragnąc podziękować jej za wszystko, za to, że po prostu jest.

      kochający Piecyk

      Usuń
  26. To był dzień jak każdy inny. Narfi od samego rana niemal nie opuszczał ośrodka pomocy. Tym bardziej, że wiele Indianek znajdujących tutaj schronienie bardzo potrzebowało rozmowy z szamanem. Opowiadały o swoich problemach i trudnych przeżyciach licząc na odrobinę zrozumienia i dobrą radę, która jakoś doda im siły. Tymczasem rzeczywistość było całkowicie inna. Jedynie inni szamani wiedzieli, że za życzliwością i wsparciem kryło się coś więcej. Znacznie więcej. Niektórzy nazywali to uzdrawianiem duszy i wierzyli, że jedynie czarownicy zdolni byli, by samą swoją obecnością, przynosić innym ulgę. Inni mówili, że to jedna z magicznych mocy, jaką duchy obdarowują szamana. Jednak niezależnie od nazwy, chodziło o to samo – o niesienie pomocy i ulgi w cierpieniu, leczenie ran, których nie był w stanie wyleczyć zwykły lekarz – ran zadanych duszy.
    Chociaż nie było to łatwe i często dość wyczerpujące, Narfi czuł satysfakcję za każdym razem, gdy mógł pomóc. Czasami z rozbawieniem myślał, że poniekąd poszedł w ślady matki. Choć matka zapewne bardziej cieszyłaby się, gdyby jej starszy syn został chirurgiem lub innym lekarzem, zamiast czarownikiem, który wypędza z ludzi choroby dotykiem i uzdrawia na poziomie duchowym. Narfi nigdy nie potrafił przekonać się do takiego podejścia. Skoro nie był zwyczajnym śmiertelnikiem i posiadał moce, pozwalające mu na cuda i uprawianie magii, dlaczego miałby to odrzucać? Poza tym Indianie nie byli jak pozostali śmiertelnicy. Oni wiedzieli. O duchach, magii i bogach. Nawet gdy o tym nie mówili, Narfi dostrzegał to w ich oczach i sposobie w jaki na niego patrzyli. Wierzyli. Dlaczego miałby oszukiwać, że jest tylko zwykłym człowiekiem? Lekarzem, a nie czarownikiem?
    Narfi pożegnał swoje podopieczne, jak i współpracowników z ośrodka. Dziś planował wrócić wcześniej do domu, wieczorem wybierał się na spotkanie AIM, więc tym bardziej potrzebował choćby chwili odpoczynku i zregenerowania sił. Siedział już w samochodzie, kiedy zadzwonił telefon. Uśmiechnął się widząc, że dzwoniła jego matka.
    – Cześć mamo – odezwał się ciepło. Cieszył się, że się odezwała. Od jakiegoś czasu martwił się o nią. Wiedział, że ma jakiś problem, o którym nie chciała rozmawiać. Domyślał się, że chodziło o ojca. Znał matkę na tyle, by wiedzieć nawet o drobnej sprzeczce między nią, a ojcem. Narfi był pewien, że tym razem to nie była zwykła kłótnia. A im dłużej trwał ten stan, tym bardziej martwił się o swoich rodziców.
    Ton jakim odezwała się do niego w słuchawce wzmógł tylko jego niepokój. Płakała. Wiedział, że płakała, słyszał to w jej głosie, chociaż bardzo starała się to ukryć. Na dodatek ta prośba o pomoc w zakupach... Pewnie w innych okolicznościach Narfi nie widziałby w tym nic nadzwyczajnego. Teraz wydawało się to zbyt banalne i nie pasujące do tonu jej głosu, który mówił raczej „Przyjedź do mnie, potrzebuję cię”.
    – Jasne mamo, zaraz po ciebie przyjadę – odparł bez zastanowienia.
    Zamiast w stronę domu Hel, ruszył wprost do Saint Paul. Nie jechał zbyt długo. W środku dnia, większość ulicy zarówno w Minneapolis, jak i Saint Paul było niemal pustych. Narfi zatrzymał się pod domem rodziców i wysiadł z samochodu. Nie musiał nawet długo czekać na matkę, która otworzyła mu drzwi niemal natychmiast. Gdy tylko ją zobaczył zaniepokoił się jeszcze bardziej. Sprawiała wrażenie opanowanej i uśmiechała się, jakby nic się nie stało. A to mogło oznaczać tylko jedno – stało się. I to coś, z czym nie umiała sobie poradzić.
    Narfi bez zastanowienia przytulił ją na powitanie.
    – Cieszę się, że zadzwoniłaś, tęskniłem za tobą – odezwał się, celowo nie pozwalając jej odezwać się pierwszej. Nie chciał by próbowała być dzielna, ani by udawała, że nic się nie stało. Dlatego Narfi zawsze wykonywał pierwszy krok, przekonywał ją, że to on potrzebuje jej bliskości tylko po to by pozwoliła się przytulić i pocieszyć, wierząc, że robi to nie dla siebie, a dla niego.

    Synek, który martwi się o mamę

    OdpowiedzUsuń
  27. Przytulił ją. Z całego serca pragnął w tej chwili jej bliskości. Chłonął każdy jej odwzajemniony pocałunek i każdy dotyk jakim go obdarzała. Z całych sił starał się nie zadręczać się teraz tym co dziś się stało. Zamiast tego skupiał całą swoją uwagę na Sigyn. Jego kochanej, słodkiej Sigyn, która wcale się od niego nie odsuwała, która tuliła się do niego i, równie szczerze co on, poszukiwała jego bliskości. Poczucia miłości...
    Uśmiechnął się do niej, kiedy przypomniała o obiecanej „bajce na dobranoc”. Cieszył się, że pamiętała. Tak bardzo uwielbiał jej słuchać. Zwłaszcza kiedy wspominała przeszłość. Ich wspólną przeszłość. O ile rzecz jasna były to te dobre wspomnienia, te w których oboje byli szczęśliwi. Kiedy nie było problemów, zdrad, cierpienia, Odyna i całego tego wyniszczającego ich okropieństwa. I jaskini...
    Samo wspomnienie tamtego dnia, gdy trafił na zapłakaną Sigyn, która tak bardzo przeżywał plotki o nich i ich rzekomym romansie, sprawiło, że miał chęć się roześmiać. Dziś z perspektywy czasu cała ta historia wydawała mu się niesamowicie zabawna, a nawet dość słodka. Jednak wtedy nie było mu do śmiechu. Zbyt dobrze pamiętał jak bardzo bolała go reakcja Sigyn. Bogowie lubili plotkować i co z tego? Zastanawiał się wówczas czy tak bardzo przejmuje się plotkami czy raczej chodziło o niego. Tak bardzo starał się wtedy by ją pocieszyć i jednocześnie nie dać jej po sobie poznać, że jest mu z tym źle. Dlatego nigdy nie pytał o ten dzień. Ich znajomość... przyjaźń... to nigdy nie było proste i jednoznaczne. Równie dobrze pamiętał jak sam nie był pewien swoich uczuć do Sigyn, jak chwilami wręcz uciekał od tego co naprawdę czuł.
    Teraz kiedy w końcu opowiedziała mu co wtedy czuła... uśmiechnął się do niej czule. Oczywiście, że wiedział jak bardzo jej zależało na tym by wszystko w małżeństwie, ich małżeństwie, było wyjątkowe. Był jej pierwszym i ostatnim mężczyzną. To było coś pięknego i cudownego... i do dziś nie potrafił wybaczyć sobie, że tak bardzo nie potrafił właściwie docenić jej daru. Często myślał, że gdyby mógł cofnąć czas zrobiłby wszystko, by i ona czuła się wyjątkowa, by w dniu ich ślubu też miała poczucie, że on również jest tylko jej... Miał chęć coś powiedzieć, ale tak bardzo nie chciał psuć jej historii.
    Jej kolejne słowa nieco go zasmuciły. Nie miał pojęcia, że wtedy myślała w ten sposób. Zawsze sądził, że chciała by byli tylko przyjaciółmi... ze względu na to kim był. Poza tym... Wiedziała przecież co myślał o tych wszystkich boginiach i tym co robiły.
    Na szczęście Sigyn zaczęła wówczas opowiadać o tamtym dniu. Sam również często myślał o tym co się wtedy stało. O tym co wtedy powiedziała, o tym jak pozwoliła mu spać u siebie w łóżku i jak pierwszy raz nie musiał przekonywać jej, że to nic złego, że chce ją po prostu przytulić. Pamiętał jaki miał wówczas mętlik w głowie i zastanawiał się do czego w ogóle zmierzała ta dziwna przyjaźń. Jedyne czego był wówczas pewny, to tego, że tylko u niej i przy niej czuł się jak w domu... i tego, że nie wyobraża sobie już życia bez niej.
    Ucałował jej dłoń, gdy tylko dotknęła jego twarzy. To co powiedziała... Nie mógłby usłyszeć niczego piękniejszego. No może prócz tego by powiedziała mu to wcześniej, dużo wcześniej. Najlepiej tego poranka, gdy tylko o tym pomyślała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Wiesz, że gdybyś mi wtedy to powiedziała. Albo gdybyś mnie wtedy pocałowała lub w jakikolwiek inny sposób dała mi znać co czujesz... byłbym wtedy twój? – zapytał z czułością, wpatrując się w swoją kochaną Sigyn, zerkającą na niego swoimi cudownymi oczami, wtuloną w niego. Jego żona. Jego cudowna żona. – Dałaś mi wszystko kochanie. Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Twoja miłość była największym skarbem... Widzisz Sigyn – przytulił ją mocniej i ucałował czubek jej głowy – ja wcale nie chciałem tego, co oferowały mi inne boginie. Wiem, że inaczej to wyglądało. To nie tak, że miałem jakieś wygórowane pragnienia. Tak bardzo zależało mi na życiu w Asgardzie i uznaniu bogów, bo po prostu chciałem być kimś. W Jotunheimie nigdy nie potrafiłem się odnaleźć, choć naprawdę próbowałem. Myślałem, że w Asgardzie będzie inaczej. Dopiero potem, za późno, uświadomiłem sobie, że wcale tego nie chcę. Ważne, że mam ciebie i twoją miłość. Nie potrzeba mi niczego więcej kochanie, bo nic mnie bardziej nie uszczęśliwia niż to, że mnie kochasz. Kocham cię Sigyn... Kochałem cię już wcześniej, jeszcze zanim byłaś tak odważna by pierwsza wyznać mi swoje uczucia, zanim postanowiłaś mnie pocałować. Kochałem cię, choć chyba nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. I potwornie bałem się odrzucenia. Widziałaś we mnie tylko przyjaciela i płakałaś, że posądzono cię o romans ze mną. Bałem się, że gdybym chciał czegoś więcej niż tylko twojej przyjaźni to straciłbym cię... A nie wyobrażałem sobie życia bez ciebie. Tylko u ciebie czułem się jakbym był w domu. Przy tobie byłem naprawdę sobą, nie musiałem udawać kogoś innego, bo akceptowałaś mnie takim jakim byłem. Nie interesowało cię nawet to, że jestem w połowie olbrzymem. – zaśmiał się, przypominając sobie jak bardzo zaskoczyła go reakcja Sigyn na to kim był. Zupełnie jakby to co jej powiedział było zupełnie normalne i naturalne. Z uśmiechem ucałował jej czoło i policzek, aż w końcu odnalazł jej usta, na których złożył delikatny i czuły pocałunek. – Kocham cię i dziękuję ci za wszystko, zwłaszcza za to, że po prostu jesteś – gdyby mógł najchętniej powtarzałby jej to w nieskończoność.

      Rozczulony historią Piecyk

      Usuń
  28. Patrzył jej w oczy, gdy pochylała się nad nim i mówiła to wszystko. Jeśli na tym świecie istniała osoba, która naprawdę go znała to była to tylko jego słodka Sigyn. Czasem, w takich chwilach jak ta, miał wrażenie, że znała go aż zbyt dobrze, może nawet lepiej niż on sam, zupełnie jakby naprawdę nie mieli przed sobą tajemnic... Szybko jednak porzucił tą myśl.
    – Dziękuję ci, że dałaś mi szansę – szepnął, gdy oderwała swoje usta od jego ust, przez krótką chwilę miał chęć odwrócić wzrok i uciec od jej spojrzenia, gdy mówiła o tajemnicach i szczerości. Uśmiechnął się z lekkim zdenerwowaniem, ale zdecydował się nie wycofywać z tego tematu. Musiał powiedzieć jej szczerze co myśli. Skoro sama o to prosiła...
    – Sigyn, nie chcę mieć przed Tobą tajemnic – wyszeptał. Patrzył jej w oczy, choć w tej chwili sprawiało mu to pewną trudność. Wciąż była tak blisko, że czuł jej oddech na swojej twarzy. Pogładził ją po policzku – Czasem nie mówię ci wszystkiego to prawda, ale to dlatego że... – zawahał się – Owszem boję się czasem, że mnie nie zrozumiesz lub że coś ci się nie spodoba, ale ufam ci kochanie. O wiele bardziej boję się, że cię rozczaruję. Wiele razy to robiłem i po prostu nie chcę znowu cię zawieść.
    Tym razem to on ją pocałował. Chciał jej jeszcze powiedzieć, że prawda nie zawsze jest dobra i w pewnych sytuacjach on sam wolałby wierzyć w jakieś ładne kłamstwo. Albo chociaż nie znać całej prawdy. Ne chciał jednak o tym rozmawiać. O pewnych sprawach wolał nie rozmawiać z nikim, nawet z Sigyn. Zbyt wiele przeszła i za wiele razy ją zranił, by obarczać ją pewnymi problemami, które przecież były tylko jego sprawą.
    Przez chwilę po prostu milczał.
    Na szczęście Sigyn najwyraźniej nie chciała wracać do tego tematu, a jedynie powiedzieć mu, że zawsze z nim będzie, zawsze będzie go kochać i że zawsze może jej wszystko powiedzieć. Gdy poczuł jej dotyk na swoich wargach odruchowo uśmiechnął się szerzej, co tylko wyraźniej podkreśliło blizny na jego ustach.
    Miał wiele blizn, o niektórych istnieniu próbował całkowicie zapomnieć, inne były po prostu przeszłością, historią jego życia zapisaną na ciele, ale te blizny, ślady po szwach, jako jedyne naprawdę kochał. Tamtego dnia kiedy to się stało nie przypuszczał nawet, że cała ta historia skończy się w ten sposób. Wtedy był po prostu upokorzony i wściekły. Wiedział, że powinien się cieszyć, że po prostu zaszyli mu usta, zamiast obciąć głowę, ale i tak czuł się okropnie. Zwłaszcza w towarzystwie potwornie rozbawionych bogów i ich docinków na temat jakże niezwykłej ciszy oraz tego, że pierwszy raz nie miał nic do powiedzenia. Wtedy myślał tylko o tym, by znaleźć się jak najdalej od całej tej wesołej zgrai i pozbyć tych przeklętych szwów. W tamtej chwili udał się do jedynego bezpiecznego miejsca jakie znał, do Sigyn. Wcale nie chciał jej wtedy martwić. Skrycie marzył nawet by wraz z innymi boginiami bawiła się na przyjęciu i podziwiała nowe skarby bogów. Cholerne skarby, przez które paradował teraz z zaszytymi ustami. Liczył, że zdoła pozbyć się szwów sam. Niestety Sigyn była w domu. Pamiętał jaka była przerażona jego widokiem. I wściekła... Najgorsze w całej tej sytuacji było to, że nie mógł jej nic powiedzieć, ani wytłumaczyć co właściwie się stało. Mógł tylko w milczeniu słuchać tego co mówiła, gdy zdejmowała mu szwy. A potem ten koszmarny dzień, zmienił się w jeden z najszczęśliwszych dni jego życia...
    Uśmiechnął się do Sigyn, słysząc jej słowa i pytanie czy pamiętał co powiedział. Jak mógłby zapomnieć? Pamiętał każdą minutę, a nawet każdą sekundę z tamtej chwili.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjdź za mnie – powiedział z miłością, patrząc jej głęboko w oczy i rozkoszując się samym brzmieniem tych słów, podobnie jak wspomnieniem tamtego dnia i tamtej chwili, kiedy wreszcie mógł się odezwać, kiedy wciąż było mu zbyt ciężko by mówić i tłumaczyć. Dlatego powiedział to, co było dla niego najważniejsze...
      Bez zastanowienia przyciągnął Sigyn do siebie, tak by nie nachylała się już nad nim. Chciał czuć ją całą, blisko siebie. Objął ją, przyciskając jeszcze mocniej do siebie. Chociaż leżała teraz na nim, nie chciał by dzieliła ich jakakolwiek przestrzeń. Czuł przyjemne ciepło bijące od jej nagiego ciała i jej gorący oddech wprost na swojej twarzy.
      – Nigdy nie zapomnę tamtego dnia Sigyn, ani jednej chwili i ani jednego słowa. – wyszeptał, byli tak blisko, że niemal przy każdym słowie ich usta się stykały – Nie zapomnę też tego, co mi wtedy powiedziałaś.

      Mężuś

      Usuń
  29. Zaśmiał się widząc jej nagłą chęć, by się z nim droczyć. Uwielbiał gdy to robiła, zawsze była przy tym taka urocza. Z uśmiechem patrzył jak słodko udawała, że wcale nie ma pojęcia o czym mówił. Zamiast tego przypominała mu raczej swoje żale i pretensje odnośnie tego w jakim stanie do niej przyszedł. Teraz wydawało mu się to zabawne i urocze, choć wtedy nie było mu do śmiechu.
    Pamiętał jak nie mógł powiedzieć nawet słowa. Mógł tylko słuchać kolejnych, pełnych goryczy słów. Od jakiegoś czasu łączyło ich coś więcej, uczucia, które w końcu odważyli się wyjawić. Z jednej strony zmieniło się między nimi niemal wszystko, z drugiej praktycznie nic. Wciąż zachowywali się podobnie, wciąż jej dom był dla niego domem, wciąż traktowali się jak najlepsi przyjaciele, którzy mogli ze sobą porozmawiać zawsze i o wszystkim. Zniknął jedynie dystans jaki do tej pory był między nimi. Gdy powiedziała, że nie traktował jej poważnie zabolało go to bardziej niż te przeklęte szwy. Patrzył wtedy na Sigyn, która w skupieniu zdejmowała mu szwy z ust i z wściekłością mówiła to wszystko. Nigdy nie spodziewał się usłyszeć od niej czegoś podobnego. Zwłaszcza tego, że nie była dla niego ważna, że traktował ją jak naiwną dziewczynkę, do której przychodzi jedynie po pomoc. Tak bardzo chciał wtedy zaprzeczyć, powiedzieć jej, że jest inaczej i że była dla niego najważniejszą osobą w życiu. Ale nie mógł. Jak na złość w chwili kiedy miał jej tak wiele do powiedzenia, nie był w stanie powiedzieć choćby słowa.
    Wtedy właśnie uświadomił sobie, że wcale nie potrzebuje długich monologów i wyznań. Wystarczy tylko kilka prostych słów. Kochał ją. Z całego serca. Była dla niego najważniejsza, jej dom był dla niego domem, a ona była dla niego rodziną, całym jego światem. Traktował ją poważnie. Na tyle poważnie by złamać dla niej zasady, zrobić wszystko byle tylko mieć ją u swego boku. Już na zawsze. Chciał dzielić z nią wszystkie chwile swojego życia – te dobre i złe, chciał już zawsze wracać do niej i jej domu, ich domu... Chciał wciąż mówić jej, że ją kocha i móc nazywać swoją żoną...
    Wyjdź za mnie. Gdy tylko Sigyn pozbyła się jego szwów, gdy tylko znów mógł coś powiedzieć... zebrał swoje wszystkie siły, by jak najwyraźniej powiedzieć te trzy krótkie słowa. Prośbę... Pamiętał jak bał się jej reakcji, tego co powie i że nie potraktuje go poważnie lub, co gorsza, że odrzuci jego prośbę. Bo jak mogłaby się związać na poważnie z kimś takim jak on? Nie miał nic, nawet swojego własnego domu, do którego mógłby zabrać żonę, nie był nawet bogiem, by mógł zapewnić jej szacunek. To o co ją prosił było szaleństwem.
    Dlatego kiedy kazała mu siedzieć cicho w duchu czuł już gorycz porażki. Zbłaźnił się po raz kolejny tego okropnego dnia. Nie patrzył już nawet na nią, chciał tylko uciec z tego miejsca i zapomnieć o wszystkim co dziś się wydarzyło. Ale wtedy Sigyn po raz kolejny całkowicie go zaskoczyła.
    Uśmiechnął się do niej słysząc jak wspomniała, o wtedy powiedziała.
    – Tak, właśnie to miałem na myśli. – mruknął z zadowoleniem. Chociaż to co dodała zaraz potem ucieszyło go jeszcze bardziej. Przez chwilę poczuł wzruszenie na myśl, że po tym wszystkim co do tej pory przeszli nadal mogłaby chcieć być jego żoną.
    Wtedy postanowiła przypomnieć mu również chwilę pocałunku.
    Pamiętał... Oczywiście, że pamiętał, zupełnie jakby to było ledwie wczoraj. Nigdy nie zapomni jak delikatnie go wówczas pocałowała, nie chcąc sprawić mu bólu. Nigdy nie zapomni tego jak uśmiechała się do niego umazana jego krwią i jak z rozbawieniem starał się wtedy zetrzeć jej z ust swoją krew.
    To był jeden z najpiękniejszych dni jego życia. Dzień kiedy zgodziła się zostać jego żoną. Wbrew całemu światu. Wtedy przez chwilę liczyli się tylko oni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Nie chciałbym nigdy żyć w świecie, w którym nie byłabyś moją żoną... – szepnął patrząc jej w oczy.
      Nawet gdy było bardzo źle nie potrafił wyobrazić sobie życia bez niej. Nawet kiedy chciał by odeszła i ułożyła sobie życie inaczej, by była szczęśliwa bez niego... nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Bez niej czuł się niekompletny. Sigyn miała rację, byli jednością, nawet jeśli tak bardzo bronił się przed tym, by dopuścić ją do niektórych sfer swojego życia, by chronić ją przed swoimi własnymi demonami. Zbyt wiele już razem przeżyli.
      Jednym płynnym ruchem obrócił się tak, że teraz to on pochylał się nad nią. Wciąż znajdowali się tak blisko siebie, wciąż obejmowali się tak ciasno, że ich ciała były niemal splecione w miłosnym uścisku. Uśmiechnął się do niej, przez chwilę w jego oczach zamigotał ogień. Pragnął jej. Swojej cudownej żony.
      Pocałował ją, przeciągle i namiętnie, z zachłannością i na nowo rozbudzoną tęsknotą za nią i jej bliskością. Na chwilę znikły wyrzuty sumienia i wspomnienia koszmarnego dnia i wszystkich okropnych słów jakie dziś padły. Teraz myślał tylko o tym co przed chwilą mu powiedziała, o tym, że zawsze chciałaby być jego żoną, o tym dniu, gdy powiedziała mu to po raz pierwszy. Myślał o tym jak bardzo ją kochał i nie chciał jej stracić. W końcu oderwał się od jej ust, tylko po to by chwilę później zacząć obsypywać równie zachłannymi pocałunkami jej szyję.
      – Jesteś moja Sigyn... – wyszeptał jej wprost do ucha, gdy na chwilę oderwał się od obsypywania jej pocałunkami – A ja jestem twój. Tylko twój. Na zawsze...
      Chciał by wiedziała, że dla niego liczyła się tylko ona. Nikt inny. I gdyby tylko mógł cofnąć czas, zrobiłby wszystko by być tylko jej. Tak jak teraz.
      Przez chwilę jeszcze obsypywał ją czułościami i namiętnymi pocałunkami, by w końcu pójść o krok dalej, pozwolić by ich ciała również stały się jednością. Tak bardzo uwielbiał być z nią blisko, na każdy możliwy sposób. Jeszcze bardziej uwielbiał, gdy w takich chwilach mógł sprawiać jej przyjemność. Kochał się z nią tak, jak najbardziej lubiła. Łagodnie i czule, tak by w każdej wspólnej chwili, każdej sekundzie, jego najdroższa Sigyn czuła się kochana. Każdy jego ruch był płynny i delikatny, każdy dotyk, gdy wodził dłonią wzdłuż jej ciała lub, niby przypadkiem, odnajdywał jej dłoń - jak najbardziej czuły, zupełnie jakby dotykał największego skarbu. Całował ją czule, czasem nieco zbyt zachłannie tak, że przez krótką chwilę brakowało im tchu. Szybko jednak odnajdywali go na nowo, a ich ciała zdawały się pracować w jednym rytmie, podobnie jak serca. Czuł jakby biły w dokładnie tym samym tempie, jedno obok drugiego, tak mocno, że wyczuwał to przez skórę.
      – Kocham cię... – powiedział. Pragnął jej to mówić całym sobą, całym swoim ciałem, każdym pocałunkiem. Pragnął ją uszczęśliwić i przekazać jej całą swoją miłość.

      Rozpalony Piecyk

      Usuń
  30. Narfi niechętnie wypuścił ją z ramion. Nie mógł przecież w nieskończoność stać w progu domu, przytulając się do matki, nawet jeśli w tej chwili bardzo tego chciał. Może za bardzo się o nią martwił?
    Odpowiedział ciepłym i pełnym miłości uśmiechem na jej uśmiech. Odprowadził ją jeszcze wzrokiem, po czym bez zbytniego pośpiechu wrócił do auta. Cierpliwie zaczekał na matkę przez chwilę zastanawiając się nad całą tą sytuacją. Znał matkę na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie będzie łatwo przekonać ją by powiedziała mu co właściwie się stało. Nie chciała obarczać go swoimi problemami, wciąż wierząc, że jako dobra matka powinna go chronić. Narfi zawsze doceniał jej starania. Nie mógł marzyć o lepszej matce, ani o bardziej kochającej rodzinie. Dlatego z całego serca pragnął chronić swoich najbliższych. Wszyscy, bez wyjątku, przeszli tak wiele, wycierpieli więcej niż inni byliby w stanie znieść. Ale mimo to przetrwali, nawet jeśli Narfi widział, że nie wszystkie rany z przeszłości zdołały się zagoić. Tym bardziej wówczas pragnął pomóc, w końcu był na tyle silny i całkowicie pogodzony z przeszłością, by zrobić coś więcej dla brata, ojca i matki, zwłaszcza dla matki.
    Uśmiechnął się tylko, gdy wsiadła do samochodu.
    Słuchał tego co mówiła. Wszystko zdawało się takie zwyczajne – zwykłe przyjęcie w pracy, rodzinne zakupy, potem może zjedzą wspólnie obiad i spędzą zwykły rodzinny wieczór... Narfi nie chciał naciskać na matkę. Wolał by sama zechciała się przed nim otworzyć i z nim porozmawiać, gdy będzie na to gotowa. A tymczasem mogą udawać, że są zwyczajną rodziną, nie różniącą się niczym od rodzin śmiertelników.
    Ruszył w stronę najbliższego centrum handlowego.
    Narfi roześmiał się słysząc kolejne słowa matki.
    – Wiesz, że ludzie prędzej uwierzyliby, że jesteś moją młodszą siostrą niż matką? – odparł z rozbawieniem, zerkając w jej stronę.
    Wciąż z uśmiechem, ale już bez widocznego rozbawienia dodał.
    – Zawsze znajdę dla ciebie czas. Kocham cię mamo i nie chciałbym już nigdy więcej, by cokolwiek nas ze sobą poróżniło. – Spojrzał na nią, do dziś czasem wracały nieprzyjemne wspomnienia o tym, że kiedykolwiek byli w stanie się od siebie odwrócić. Choć tamta chwila należała już do przeszłości, Narfi czasem wracał do niej myślami, zwłaszcza gdy martwił się o matkę. Nie chciał dopuścić do sytuacji, w której jakiekolwiek problemy znów mogłyby odsunąć ich od siebie. Nawet jeśli miał swoje życie i wielkie plany na przyszłość, w tym na założenie własnej rodziny, nie chciał oddalać się od swoich bliskich. – Mogłabyś odwiedzić mnie kiedyś w rezerwacie. Przydałby nam się jakiś wspólny wyjazd gdzieś dalej niż do Woodbury – uśmiechnął się do niej.
    Zatrzymał się na parkingu pod centrum handlowym.

    Kochający synek

    OdpowiedzUsuń
  31. Uśmiechnął się, gdy złapała jego dłoń. Uwielbiał w takich chwilach trzymać ją za rękę, podobnie jak kochał spijać z jej ust każde jej westchnienie lub wyznanie. Tak jak teraz, gdy powtarzała mu, że go kocha i jest jego. Tylko jego... Mówiła mu to każdym swoim przepełnionym czułością dotykiem i pocałunkiem, każdym uśmiechem i cichym westchnieniem przyjemności. Czuł, że tęskniła za nim i jego bliskością, równie mocno, co on tęsknił za nią. Oboje byli spragnieni siebie nawzajem, podobnie oboje wzajemnie do siebie należeli. Całym sobą. Ciałem, sercem i duszą. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, że mógłby żyć bez niej. Bez jej miłości i czułości, bez wszystkich wspólnych radości i smutków, bez tego, że razem potrafili przetrwać wszystko...
    Był cały jej. Od chwili, gdy w końcu postanowił otworzyć się przed nią. Kiedy powiedział tych kilka ważnych słów... Wyjdź za mnie. Nawet jeśli potem układało się różnie i nie był mężem na jakiego zasługiwała... mężem jakim chciał dla niej być... W jego uczuciach nie zmieniło się nic od tamtego dnia. Wciąż kochał ją z całego serca, wciąż pragnął być tylko jej, należeć do niej całkowicie, tak jak ona należała do niego. Bez kłamstw, sekretów i oszustw...
    Chciał by ta chwila trwała wiecznie. Był szczęśliwy mogąc wreszcie być ze swoją żoną, czując jej bliskość, dotyk jej ciała. Wszystko w tej chwili było tak cudowne i idealne. To jak ściskała jego dłoń, jak w przerwach między pocałunkami szeptała mu najpiękniejsze słowa jakie mógł usłyszeć, jak z czułością mierzwiła mu włosy lub obejmowała go, byle tylko ich ciała nie oddaliły się od siebie nawet na centymetr. Kochał ją uszczęśliwiać, kochał widzieć ten spokojny i słodki uśmiech na jej twarzy, kochał każde jej ciche westchnięcie i sposób w jaki wypowiadała słowa kocham cię. Był szczęśliwy z powodu każdej, najdrobniejszej nawet, czułości, z powodu tego, że Sigyn po prostu z nim była. Gdyby tylko mógł, najchętniej zatrzymałby w tej chwili czas, byle tylko rozkoszować się każdą sekundą ich miłości. Nawet, gdy w końcu oboje osiągnęli upragnione spełnienie, nie chciał by to się kończyło. Jej niespokojny oddech i przyśpieszone bicie serca były dla niego najcudowniejszą muzyką. Tak samo jak jej błogi uśmiech i to jak patrzyła na niego z miłością, były w tej chwili najpiękniejszym widokiem jaki mógł sobie wyobrazić.
    Patrzył na nią z zachwytem i miłością. Jego żona. Jego najpiękniejsza, najcudowniejsza i najbardziej kochająca żona. Jego największy skarb... Uśmiechnął się czując, jak ujmuje jego twarz w dłonie, jak znów całuje go zachłannie, z całym bezmiarem czułości i miłości. Uwielbiał, gdy tak go całowała, gdy mówiła mu w ten sposób jak bardzo go kocha, jak bardzo cieszy się, że należał do niej. Odwzajemnił jej pocałunek z pasją, tak by wiedziała, że kocha ją i zawsze będzie kochał z całego serca.

    Szczęśliwy Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  32. Był szczęśliwy. Jeśli istniało na świecie coś co kochał bardziej niż wszystkie czułości, które sobie okazywali, była to Sigyn, która nie bała się wyrażać siebie i swoich pragnień. Uwielbiał, gdy wykazywała inicjatywę, gdy pierwsza okazywała mu swoje uczucia, zamiast jedynie je odwzajemniać, gdy nie powstrzymywała się przed tym, by wyrażać pasję i namiętność, tak jak w tej chwili.
    Pamiętał jak świeżo po ślubie wiele razy powtarzał jej, że teraz, gdy jest jego żoną ma do niego takie samo prawo jak on do niej, że on należy do niej, tak jak ona do niego. Powtarzał jej, że nie musi bać się okazywać mu uczucia i że ma takie samo prawo do tego, by mu odmawiać, jak i do tego by wychodzić z inicjatywą wtedy, kiedy to ona pragnie jego i jego bliskości. Cieszył się za każdym razem, kiedy zapominała o dobrym wychowaniu i tym co wypada lub nie wypada i po prostu okazywała mu uczucia, czułość... lub coś więcej. Teraz również się cieszył, tym bardziej, że ostatnio tak rzadko zdarzało jej się zachowywać w ten sposób.
    Nawet kiedy w końcu jakimś cudem oderwali się od siebie, był szczęśliwy. Uśmiechnął się do niej w odpowiedzi na jej słodki uśmiech... I wtedy cały czar tej chwili prysł. Znał to spojrzenie, gdy nagle uciekała mu myślami, gdy nie czuła się zbyt dobrze. Podobnie jak ten nerwowy uśmiech, kiedy próbowała zachować pozory. Jej słowa zabrzmiały dla niego dziwnie sztucznie, nawet jeśli wszystko co mówiła było prawdą.
    Uśmiechnął się z wyrozumiałością i ostrożnie odsunął się, kładąc się obok niej.
    – Masz racje kochanie. To były ciężkie dni, powinnaś... oboje powinniśmy odpocząć... – chciał ją przytulić i po raz ostatni pocałować, dać buziaka na dobranoc, jednak kiedy tylko spróbował ją objąć odwróciła się od niego. Odruchowo cofnął się nieznacznie. Od samego początku małżeństwa szanował jej przestrzeń i to, że mogła po prostu nie chcieć kolejnych czułości.
    – Dobranoc kochanie... – odpowiedział cicho
    Przez chwila patrzył na Sigyn i to jak odsuwa się od niego i opatula kołdrą. W tej jednej chwili wróciły wszystkie wyrzuty i smutki minionego dnia. Sam również odsunął się nieco dalej, choć w tej chwili najchętniej uciekłby na sam skraj łóżka. Jeszcze chwilę temu czuł się cudownie, a teraz... Teraz czuł się jak potwór. Po tym co powiedział Sigyn i potraktował ją jak kolejną zdzirę, której zależało tylko na jednym, po tym jak popchnął ją do takiej desperacji, że chciała skrzywdzić samą siebie... przez niego... Po tym wszystkim zrobił najgorsze co mógł zrobić. Zachował się jak pieprzony egoista. Wykorzystał to, że miała wyrzuty sumienia po tym głupi wypadku z nożem. Wykorzystał chwilę bliskości i pięknych wspomnień. I dlaczego? Dla chwili przyjemności? Przygryzł nerwowo wargi. Przecież jeszcze niedawno miał tyle rozsądku, by powstrzymać Sigyn, bo nie chciał by robiła coś wbrew sobie, bo czuła się winna i chciała go uszczęśliwić.
    Wiele raz przechodzili trudne chwile... Ale Sigyn była jego żoną, kochał ją ponad wszystko i szanował jej uczucia. Nigdy jej do niczego nie zmuszał, gdy widział, że tego nie chciała. Nie stawiał przed nią wymagań ani oczekiwań, bo nigdy nie uważał, że ma do tego prawo. Byli małżeństwem, byli partnerami – równymi sobie. Dlatego wiele razy zdarzało im się całkowicie rezygnować z bliskości, bo uczucia były ważniejsze. Gdy było źle wolał po prostu ją przytulić i pocieszyć, porozmawiać, potrzymać za rękę, dać się jej wypłakać, czasem próbował też ją rozbawić, odwrócić jej uwagę od problemów, zrobić cokolwiek by choć przez chwilę poczuła się lepiej i uśmiechnęła się. A teraz... Teraz zachował się jak potwór, który po prostu wykorzystał sytuację. Obrzydliwy, odrażający potwór, przez którego Sigyn teraz czuła się źle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miał pojęcia jak długo tak leżał, wpatrując się w skulona pod kołdrą Sigyn i czując narastające obrzydzenie do samego siebie i tego, że potraktował własną żonę jak zdzirę, najpierw słowami, a potem tym, że po prostu ją wykorzystał. Czuł, że dłużej tego nie wytrzyma... Ostrożnie i w jak największej ciszy wstał. Miał nadzieję, że już spała. Nie chciał jej budzić. Potrzebowała odpocząć po tym wszystkim. Starając się robić jak najmniej hałasu zabrał jeszcze z szafy pierwsze lepsze ubrania i wyszedł z sypialni. Dopiero będąc już na korytarzu pośpiesznie się ubrał i zszedł na dół. Nie chciał zostawać na górze, ani nocować w gościnnej sypialni. Zresztą i tak nie byłby teraz w stanie zasnąć. Dręczyło go zbyt wiele okropnych myśli, których nie potrafił wyrzucić z głowy, jak i zbyt wiele wyrzutów sumienia wobec tego co dzisiaj się stało. Porwanie, wszystkie oszustwa, cała ta kłótnia... to co jej powiedział i czym do tego doprowadził... i to jak egoistycznie się potem zachował.
      Przez chwilę stał w kuchni patrząc na „bałagan” jaki pozostał po tej koszmarnej kłótni. Niemal automatycznie odniósł apteczkę do łazienki, po czym wrócił do kuchni. Podniósł z podłogi nóż i w skupieniu, z największą dokładnością zmył z niego zaschnięte ślady krwi. Starał się myśleć tylko o tym, by pozbyć się wszelkich śladów tego okropnego dnia. Gdy skończył z nożem, zabrał się za zmywanie podłogi. Dopiero teraz uświadomił sobie, że naprawdę musiał dość mocno krwawić skoro wszędzie było tyle plam zakrzepłej krwi. Nie chciała zmywać się łatwo i przez dłuższą chwilę całą jego uwagę pochłaniało tylko to by jak najstaranniej wyczyścić podłogę. Sigyn nie powinna była tego oglądać. Gdyby rano zeszła do kuchni ten widok mógłby na nowo sprawić by zaczęła zadręczać się o te wypadek... A przecież to nie była jej wina. Sam ją sprowokował do tego by sięgnęła po nóż. Reszta była tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności. Ot wypadek przy szarpaninie. Przecież Sigyn nigdy nie zraniłaby go celowo...
      Choć podłoga była już czysta, na wszelki wypadek wyszorował wszystko kolejny raz. Kiedy nie mógł znaleźć już kolejnego pretekstu by się czymś zająć, został znów ze swoimi myślami. I wyrzutami sumienia, powtarzającymi mu w kółko, że jest potworem, który krzywdzi i wykorzystuje własną żonę. Powtarza jej, że ją kocha i próbuje udawać, że ją szanuje, a gdy przychodzi co do czego rani ją słowami jak najgorszą zdzirę i wykorzystuje jej poczucie winy byle tylko się zaspokoić. Powinna była wbić w ciebie ten nóż z całej siły, za to kim jesteś. Jesteś potworem, Loki... Czuł, że łzy napływają mu do oczu. Zamrugał kilkukrotnie, byle tylko się teraz nie załamać. Zamiast tego zrobił to, co zwykle robił w takich chwilach, by choć na chwilę zapomnieć. Sięgnął po alkohol. Zabrał z barku zaczętą butelkę whiskey i poszedł do salonu. Usadowił się na kanapie i wziął solidny łyk alkoholu. Chciał się upić. Teraz, zaraz, jak najszybciej. W takich chwilach jak ta doceniał fakt, że miał zbyt słabą głowę do mocnych alkoholi. Byle tylko było choć trochę lepiej. Nie wiedział ile to trwało. Opróżnił butelkę do końca, ale nie poczuł się lepiej. Kręciło mu się w głowie i było nieco niedobrze, ale koszmarne myśli nie zniknęły. Mieszały się tylko ze wspomnieniami. Z tym jak pierwszy raz usłyszał słowo potwór, od swojego ojca, który tłumaczył mu dlaczego nie powinien nigdy wchodzić na terytoria należące do Thursów. Z tym jak poznał Sigyn i jak opowiedział jej o sobie. Z tym jak pierwszy raz pokazał Sigyn kim naprawdę jest i obiecał, że nie zrobi jej krzywdy. Z tym jak obiecywał, że będzie ją chronił i nie pozwoli by cierpiała. I z tym jak potem pierwszy raz cierpiała, z jego winy. Z tym jak pierwszy raz widział jak przez niego płakała. Z tym jak ją zdradził i jak potem błagał ją o szansę... I wreszcie z tym co stało się w jaskini. Z wszystkimi okropnościami, którymi tak bezmyślnie i ślepo ją wtedy ranił...

      Usuń
    2. Jednocześnie czuł też przyjemne otępienie. Kręciło mu się w głowie, więc po prostu skulił się na kanapie i zamknął oczy. Starał się skupić myśli na czymkolwiek, ale nie potrafił. Nie wiedział nawet kiedy w końcu zasnął. Gdy wreszcie się obudził był już środek dnia. Czuł się okropnie. Nie dość, że bolała go głowa, to wspomnienia poprzedniego dnia zdawały się wracać do niego ze zdwojoną siłą. Z trudem zmusił się by zwlec się z kanapy i pójść do kuchni zrobić sobie kawę... czy cokolwiek, co w miarę postawi go na nogi. Miał nadzieję, że Sigyn jeszcze nie wstała, nie chciał by oglądała go w takim stanie.

      Przygnębiony Piecyk

      Usuń
  33. Gdy tylko wszedł do kuchni zauważył Sigyn. Stała wpatrując się w ścianę. Na pierwszy rzut oka wyglądała na zamyśloną, znał ją jednak zbyt dobrze, znał to spojrzenie... Widział je u swojej żony zawsze, gdy brakowało jej już sił. Jak w jaskini, kiedy w podobnym odrętwieniu stała i łapała krople jadu, niemal mechanicznie, wpatrując się gdzieś w przestrzeń. Patrząc na swoją słodką Sigyn, znów pomyślał jak obrzydliwym potworem musi być skoro po raz kolejny doprowadził swoją żonę do takiego stanu.
    Na jego widok nagle jakby się ocknęła i odezwała. Cicho i łagodnie. Zbyt łagodnie. Było w jej głosie coś koszmarnie nienaturalnego. W całej jej postawie i zachowaniu było coś nienaturalnego, czuł się jakby patrzył nie na swoją żonę, a na zupełnie obcą osobę, starającą się za wszelką cenę odgrywać swoją rolę. Zawsze tak robiła, gdy było bardzo źle. Jak mógł w ogóle doprowadzić ją do takiego stanu?
    Przez chwilę nie rozumiał jak w ogóle po tym wszystkim co jej zrobił i jak ją potraktował ona była w stanie się nim przejmować, myśleć o takich sprawach jak to, by zrobić mu śniadanie. Nie zasłużył na takie traktowanie. Nie zasłużył na nią...
    – Jest akurat – powiedział zabierając od niej talerz z jajecznicą – Dziękuję ci... – Postarał się uśmiechnąć, jakby to był zwyczajny dzień, chociaż pewnie i tak niewiele to dało. Ona znała go zbyt dobrze. Z tego powodu oboje unikali teraz patrzenia sobie w oczy. Wiedział, że Sigyn ma swoje problemy i zmartwienia, z którymi się boryka. Wiedział też, że wcale jej nie pomaga swoim zachowaniem i tym, że jak skończony idiota postanowił zapić swoje smutki, a teraz ona musiała oglądać go w tym stanie. Nie chciał jej dodatkowo martwić swoimi problemami. Zbyt dobrze wiedział jak to się skończy. Sigyn zacznie go usprawiedliwiać, brać winę na siebie, choć tak naprawdę nie zrobiła nic złego, po prostu... to on wyprowadził ją z równowagi swoim zachowaniem, oszustwami i ukrywaniem prawdy, a potem zaatakował ją tylko dlatego, że nie pochwalała jego pomysłów. Nie rozumiał czemu Sigyn nawet w takich sytuacjach wolała obwiniać siebie niż jego. Czemu tak bardzo chciała go chronić, chociaż to on powinien chronić ją...
    Usiadł przy stole, jednak zamiast zjeść śniadanie, wypił duszkiem szklankę wody, którą mu podała. Przez krótką chwilę poczuł ulgę, gdy zachłannie pił przyjemnie zimny płyn, zaraz jednak znów było mu gorzej. Zmusił się do jedzenia. Chociaż było mu niedobrze i nie miał ochoty na nic, wiedział, że po śniadaniu poczuje się trochę lepiej. W milczeniu obserwował żonę, która właśnie wstawiła wodę i przygotowywała mu kawę. Oboje milczeli. Nawet, gdy próbował jakoś przełamać tą koszmarną ciszę chwaląc jajecznicę lub dziękując za kawę, chwilę później i tak zapadało nieprzyjemne, pełne skrępowania milczenie.
    Choć sam w tej chwili czuł się fatalnie, o wiele bardziej martwił się o Sigyn. Była bardzo blada, miała podkrążone oczy, zupełnie jakby nie spała w nocy... i za wszelką cenę starała się unikać jego spojrzenia. Zachowując się zupełnie jakby zrobiła coś złego. W tej chwili tak bardzo przypominała mu małą, zagubioną dziewczynkę, że sprawiało mu to wręcz fizyczny ból. Chciał ją przeprosić, chciał zrobić wszystko byle tylko przestała cierpieć i zadręczać się tym co się wczoraj stało.
    Nie powiedział jednak ani słowa. W pewnym momencie po prostu zmusił się, by przerwać to błędne koło, tą potworną ciszę pełną smutku i wyrzutów. Czyny mówią więcej niż słowa... Podszedł do niej i po prostu ją przytulił. Delikatnie i z czułością, jakby chciał powiedzieć jej, że jest bezpieczna. Nie zastanawiał się nawet nad jej reakcją. Nawet gdyby miała go odepchnąć i powiedzieć mu, że nie chce by ją dotykał, i tak byłoby to lepsze od stanu w jakim oglądał ją teraz. Ale nie odepchnęła go. Łagodnie gładził ją po plecach, starając się jakoś ją uspokoić. Czuł jak bardzo była zdenerwowana i spięta i z całego serca pragnął by poczuła się chociaż trochę lepiej. Delikatnie pocałował czubek jej głowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Już dobrze kochanie... – powiedział cicho, chociaż wiedział, że wcale nie było dobrze – To były ciężkie dni, powinnaś odpocząć po wszystkim co przeszłaś – zaczął. Chciał jej powiedzieć, że już dość. Dość wyrzutów sumienia, obwiniania się... Sigyn nie była niczemu winna. To w końcu ją porwali przez niego, to ona musiała znosić stres i upokorzenie, a potem jeszcze musiała wysłuchiwać wszystkich tych okropieństw przez niego, na koniec to właśnie on doprowadził ją do stanu, w którym chciała się skrzywdzić. To on był winny, nie ona.

      Piecyk, któremu jest źle

      Usuń
  34. Czuł jak dotąd spięta i nieruchoma Sigyn zaczyna drżeć. Wiedział co się z nią działo i jakby w odpowiedzi na reakcję jej ciała przytulił ją mocniej. Nic już nie mówił, starał się tylko jakoś ją uspokoić, pozwolić jej by wyrzuciła z siebie wszystkie tłumione emocje, by wypłakała się w jego ramionach. Odkąd tylko ją poznał, zawsze chciał być dla niej oparciem, chciał chronić ją przed całym światem i wspierać we wszystkim. Nigdy nie chciał być dla niej tym kim był teraz – ciężarem i powodem ciągłych smutków. W tej chwili, tuląc płaczącą Sigyn, wolał sam cierpieć, byle tylko ona nie cierpiała. Byle nie płakała...
    Przygryzł nerwowo wargi czując jak Sigyn kurczowo zaciska swoje roztrzęsione dłonie na jego bluzce, jak całym jej ciałem wstrząsają dreszcze, jak ledwie łapie powietrze pomiędzy kolejnymi falami płaczu. Wiedział, że to wszystko jego wina, że to on doprowadził ją do takiego stanu. Czuł wściekłość i nienawiść wobec samego siebie, jak i przerażającą bezsilność wobec stanu w jakim znajdowała się jego żona. Z całych sił starał się choć trochę ją uspokoić, tulił ją delikatnie do siebie, z czułością głaskał po głowie i jak najłagodniej powtarzał, że wszystko będzie dobrze, choć nic nie wskazywało by miało być dobrze. Nie potrafił jej uspokoić ani pocieszyć. Kiedy w końcu przestała na chwilę szlochać i jedynie dłuższą chwilę ciężko łapała powietrze nie wiedział czy powinien czuć ulgę, że wreszcie przestała płakać. Przez chwilę panowała dziwna, nieprzyjemna cisza. Bał się odezwać słowem, by nie pogorszyć sytuacji, zamiast tego po prostu trzymał ją w ramionach.
    Gdy podniosła głowę oznajmiając, że wszystko przemyślała, poczuł dziwny niepokój. Mimowolnie uśmiechnął się z nerwów, nie potrafiąc zapanować nad napływającymi mu do głowy złymi przeczuciami. Delikatnie dotknął jej twarzy, ocierając jej z policzków łzy. Wtedy odezwała się ponownie. Już pierwsze jej słowa sprawiły, że ponownie nerwowo przygryzł wargi. Miał chęć natychmiast zaprotestować, powiedzieć, że wcale go nie skrzywdziła, że ta sprawa z nożem to tylko zwykły wypadek, że to co powiedziała owszem zabolało go, ale w gruncie rzeczy miała rację i że to co jej wtedy powiedział to bzdury. Cholerne bzdury, powiedziane całkowicie bezmyślnie, których jedynym celem było to, by ją zranić. Że jest idiotą i egoistą, który tak bardzo boi się własnych uczuć, że jest w stanie bezmyślnie ranić, byle tylko chronić samego siebie... Ale nie powiedział nic. Musimy się rozstać. Te trzy słowa Sigyn sprawiły, że na chwilę całkowicie stracił grunt pod nogami. W zaledwie ułamku sekundy miał wrażenie, że właśnie cały świat zaczął się walić. Chciał paść na kolana i błagać ją o ostatnią szansę, był gotów zrobić wszystko byle tylko mu wybaczyła i nie chciała od niego odchodzić... Tyle, że jej kolejne słowa uświadomiły mu, że wcale nie chodzi o nią i to jak bardzo ją skrzywdził. Chodzi o niego... I o to, że to Sigyn skrzywdziła jego...
    Nie rozumiał tego co do niego mówiła. „Jestem taką złą żoną, a ty… zasługujesz na szczęście. Ja… nie potrafię ci go dać.” Sigyn złą żoną? Sigyn nie potrafiąca go uszczęśliwić? Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Chociaż często przy niej brakowało mu odpowiednich słów, teraz po raz pierwszy naprawdę nie wiedział co powiedzieć. Nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Gdyby nie mówiła tego tak śmiertelnie poważnie, zalewając się przy tym łzami, pomyślałby, że to jakiś dziwaczny żart. Przez niemal wszystkie lata małżeństwa żył z poczuciem, że nigdy nie będzie w stanie odwdzięczyć się jej za całą jej miłość i wszystko co dla niego robiła. A teraz... Teraz usłyszał z ust Sigyn słowa, że to ona go krzywdzi, ona nie potrafi dać mu szczęścia, ona jest złą żoną. Nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł uwierzyć, że Sigyn naprawdę mogła tak myśleć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuł się jak we śnie, w koszmarze sennym, z którego nie potrafi się obudzić. Cała rzeczywistość wydawała mu się dziwacznie wypaczona. Dopiero gdy Sigyn uwolniła się z jego objęć oznajmiając, że idzie się spakować. I że to koniec... Dopiero wtedy poczuł jakby ktoś wylał na niego kubeł lodowatej wody. Nagle zrozumiał wszystko. To co powiedział jej wczoraj i co Sigyn sobie przemyślała. Sprawił, że uwierzyła w to, że ma ją za zwykłą nic nie wartą zdzirę. Nawet jeśli zapewniał ją z całego serca, że jest inaczej to... przecież czy nie udowodnił jej potem co się dla niego liczy? Czy nie upewnił jej co do tego, że naprawdę tak o niej myśli? Sprawił, że uwierzyła w te głupie, bezmyślne i potwornie raniące słowa. Nie wiedział jak to naprawić, ale wiedział jedno. Nie może pozwolić jej odejść.
      – Nigdzie nie pójdziesz! Sigyn!
      Gwałtownie rzucił się za nią. Zbyt gwałtownie. Byle tylko jak najszybciej ją złapać. Zatrzymać...
      W tej chwili był gotów powstrzymać ją siłą. Nie mogła odejść... Na dodatek dla niego. Nie pozwoli na to, nie zniesie tego, nie straci jej ponownie.
      – Słyszysz mnie Sigyn? Nie pozwolę ci na to! – trzymał ją mocno, na wypadek, gdyby próbowała mu się wyrwać – Sigyn... Sigyn spójrz na mnie...
      Wciąż uparcie spuszczała głowę, nie chcąc nawet na chwilę obdarzyć go jednym krótkim spojrzeniem. Ujął jej twarz w dłonie i zmusił by na niego spojrzała.
      – Nigdzie nie pójdziesz, rozumiesz? Nigdy nie będę szczęśliwy bez ciebie! Nie chcę żyć bez ciebie Sigyn... Nie pozwolę ci odejść, nawet jeśli miałby trzymać cię tu siłą! Posłuchaj mnie... – miał w głowie istny chaos i natłok myśli, chciał powiedzieć wszystko naraz w obawie, że nie zechce słuchać – Nigdy nie byłaś złą żoną Sigyn, nigdy mnie nie skrzywdziłaś... Byłaś i jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Wiesz kiedy było naprawdę źle? Wtedy gdy cię straciłem. Dlatego jeśli teraz znów odejdziesz... Wtedy naprawdę mnie zranisz. Bardziej niż kiedykolwiek! Sigyn, posłuchaj... Ty jesteś moim szczęściem, jesteś dla mnie wszystkim, bez ciebie nigdy nie będę szczęśliwy – powtórzył po raz kolejny, przez cały czas wpatrując się w nią, licząc że jakoś do niej przemówi, przekona ją do zmiany zdania.

      Piecyk, który nie pozwoli Bałwankowi odejść

      Usuń
  35. [Formalnie i oficjalnie się przywitam i podziękuję za wszystkie miłe słowa na temat Odyna. Jest mi bardzo miło, bo miałam spore obawy, że nie podołam i zepsuję tą postać. :)
    Z wątkiem niedługo się zgłoszę. A tymczasem miłej zabawy i powodzenia w prowadzeniu aż czterech postaci - jesteś szalona. ;)]

    Odyn

    OdpowiedzUsuń
  36. [O, bardzo chętnie! Tym bardziej że Flora przyjaźniła się z mężem Sigyn, myślę że tym łatwiej będzie nam je połączyć. Nie przeszkadza Ci wątek w 1000 roku? Osobiście postaram się wpasować, ale jakiekolwiek błędy będziesz musiała mi wybaczyć :D]

    MATKA ZIEMIA

    OdpowiedzUsuń
  37. Miał chęć roześmiać się ze zdenerwowania i zapytać Sigyn czy sama siebie słyszy, czy zdaje sobie w ogóle sprawę z tego co mówi. Z tych wszystkich bredni jakie właśnie teraz z siebie wyrzuca. Tylko, że... każde jej słowo potwornie bolało. Bolało mimo tego, że wiedział jak absurdalne są jej słowa, że wszystko co mówiła to jego własne bezmyślne słowa, które wczoraj powiedział w złości, a w które ona uwierzyła. Wiedział do czego zmierzała, po co mu to mówiła. W końcu kiedyś sam zrobił dokładnie to samo. Dawno temu, w tej przeklętej jaskini, kiedy zawiodło już wszystko – prośby, racjonalne argumenty, a nawet błagania, o to by odeszła. Pamiętał jak patrzył na swoją udręczoną, załamaną Sigyn, która wkładała całe swoje siły, byle oszczędzić mu fizycznego bólu. Pamiętał każdy szczegół jej zmęczonej twarzy, to jak w skupieniu obserwowała węża lub jak czasami mimo wszystko zmuszała się do uśmiechu. Powtarzała mu wtedy zwykle, że jest przy nim, że bardzo go kocha i nie opuści. Pamiętał też jak walczyła z sennością, jak ręce drżały jej z wyczerpania i jak bardzo on sam starał się zmusić swoje ciało do ignorowania bólu, byle tylko Sigyn mogła chociaż chwilę odpocząć. Pamiętał jak nie mógł znieść widoku jej poświęcenia i tego jak potworne nachodziły go wówczas myśli. Pamiętał jak bardzo chciał, by odeszła, zapomniała o nim i ułożyła sobie życie od nowa, bo wolał znosić nawet najkoszmarniejszy ból, niż oglądać jej cierpienie. Pamiętał jak w końcu nie mogąc przekonać jej do odejścia postanowił ją zranić, złamać jej serce, sprawić by do reszty go znienawidziła i porzuciła. Powiedział wtedy tyle strasznych rzeczy i obrzydliwych kłamstw, opowiedział jej o wszystkich swoich romansach, tych prawdziwych i nieprawdziwych, w tamtej chwili gotów był nawet przekonać ją, że czerpał przyjemność z pieprzenia się z koniem i poniżania przed Skadi. Ale to nie pomogło. Jedynie dodatkowo skrzywdził jedyną bliską osobę jaką miał... Teraz ona robiła to samo. Mówiła mu te wszystkie rzeczy, byle nie próbował jej zatrzymywać. Robiła dokładnie to samo... Tylko ona naprawdę wierzyła w swoje słowa, wierzyła w słuszność swoich postanowień i w obrzydlistwa, które sam jej wczoraj powiedział.
    Wiedział, że to nie prawda. Ale nawet mimo tej świadomości czuł się strasznie. Zwłaszcza, gdy padły najgorsze ze wszystkich słów.
    Tak naprawdę nigdy cię nie kochałam…
    Spotwarzał na Sigyn z niedowierzaniem. Nie wierzył, że była w stanie to powiedzieć... tak myśleć. Miał chęć wykrzyczeć jej, że to nieprawda, wyliczyć jej wszystkie te chwile, kiedy dawała mu dowody tego, że naprawdę go kocha, że jest to miłość ponad wszystko, nawet ponad życie. Uświadomił sobie jednak, że w tej chwili to nie miało sensu, to nic nie da. Była zdeterminowana i zaślepiona swoim postanowieniem. A więc tak czuła się wtedy w jaskini... Z przerażeniem dotarło do niego, co Sigyn musiała przeżywać wieki temu w jaskini, jak potwornie cierpiała z powodu tego co jej mówił i z powodu bezsilności, że nie ważne co powie i tak to nic nie da. Sam przecież ignorował wszystkie jej szczere i płynące z głębi serca słowa, niszczył wszystko, zadawał jej kolejne rany, bo wierzył, że tak będzie lepiej. Teraz... Teraz wszystko było odwrotnie. Teraz to on wiedział, że Sigyn nie posłucha, wmówi jemu i sobie, że to wszystko to złudzenie, a nie miłość, że nigdy tak naprawdę go nie kochała...
    Milczał przez chwilę. Odwrócił wzrok od Sigyn, czując że po jej ostatnich słowach nie będzie w stanie spojrzeć jej w oczy i zachować przy tym spokój. Nie mógł teraz tracić głowy. Wiedział, że musi coś zrobić. Musi ją zatrzymać za wszelką cenę. Skoro wiedział, że jej nie przekona, musiał zadziałać inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Masz mnie za idiotę Sigyn? – warknął ze złością, decydując się ponownie na nią spojrzeć – Naprawdę uważasz, że jestem tak głupi, że nie miałem o niczym pojęcia? Przeceniasz swoje zdolności manipulacyjne kochanie. – ostatnie słowo wypowiedział z celową drwiną. Nie chciał rozmawiać z nią w ten sposób, podobnie jak nie chciał po raz kolejny jej ranić, ale musiał ją zatrzymać. Za wszelką cenę... Miał nadzieję, że w ten sposób dotrze do niej i pokaże jej jak absurdalna i bez sensu była wizja, którą sobie ubzdurała.
      – Nie jestem naiwny Sigyn. Dobrze wiem, że nie da się kochać kogoś takiego jak ja. Nie oczekiwałem, że będziesz mnie kochać, wystarcza mi to, że po prostu jesteś blisko. Od początku podobało mi się twoje zainteresowanie i twoje sztuczki, bo przecież jak mówiłaś miałaś swoje sposoby, których nie miał inne boginie. Kręciło mnie to. – mówił beznamiętnie, choć starał się by w jego głosie dało się wyczuć wściekłość, mającą maskować to co naprawdę w tej chwili czuł. Desperację. I ból.
      – Tak kochanie, wiedziałem o co ci chodzi i wiesz co? Chciałem tego samego, pieprzyć się z tobą i spełniać wszystkie twoje cholerne zachcianki. A wiesz czemu? Bo byliśmy siebie warci. Podobała mi się wizja, że mogłabyś mieć mnie na własność. Każdej nocy, kiedy mi się oddawałaś, doskonale wiedziałem, że zdobywasz mnie, przywiązujesz do siebie, żebym nigdy nie pragnął innej... I było mi z tym cholernie dobrze. Ty miałaś swoje wymarzone zwycięstwo, a ja moją wymarzoną kochankę, idealny układ. – na chwilę zamilkł czując, że mimowolnie zaczyna się zbytnio zapędzać w całej tej scence, musiał przestać zanim powie coś gorszego czym znów ją zrani.
      Spojrzał na nią uważnie.
      – Jednego tylko nie rozumiem Sigyn. Włożyłaś tyle wysiłku w swoje zwycięstwo, ciągnęłaś tą maskaradę przez tyle lat, oszukiwałaś mnie i samą siebie. Robiłaś te wszystkie dziwne rzeczy w imię poświęcenia i przekraczania własnych granic. I po co? Żeby teraz tak po prostu się poddać? Dorośnij Sigyn! – szarpnął nią lekko by nie pozwolić jej się wycofać – Pora wziąć odpowiedzialność za swoje zachcianki. Chciałaś mieć mnie i brawo, wygrałaś. Przywiązałaś mnie do siebie, sprawiłaś, że należę do ciebie. Ba! Jakimś cudem udało ci się sprawić, że ja sam nie chcę nigdy żadnej innej, prócz ciebie. Myślisz, że możesz teraz tak po prostu odejść? O nie Sigyn... Skończ zachowywać się jak dziecko i pogódź z konsekwencjami własnych decyzji.

      Piecyk, który nie wie już co robić

      Usuń
  38. Widział, że miała już dość. Unikała jego wzroku, drżała z nerwów i z powodu kolejnej fali płaczu, którą próbowała w sobie zdusić. Patrzyła na niego z bólem i błaganiem o wybaczenie, ale nie chciał tego. Nie chciał jej przeprosin, ani tym bardziej nie chciał wypuścić jej z uścisku. W tej chwili chciał tylko zmusić ją by nie odchodziła. Był zbyt zaślepiony myślą, by nie dać jej odejść, jak i zbyt skupiony na tym, by zwalczać w sobie szalejące emocje i zachować zdrowy rozsądek, że w pierwszej chwili nie zauważył, że z Sigyn działo się coś jeszcze. Zorientował się zbyt późno, dopiero kiedy próbowała coś mu powiedzieć.
    Spojrzał na nią z niepokojem, gdy ciężko łapała powietrze i z trudem wydusiła z siebie jego imię. Zauważył, że mu odpływa. Jej głos nagle przycichł, a wzrok uciekł. Czuł jak jej spięte ciało nagle nienaturalnie zaczęło się rozluźniać. Złapał ją w ostatniej chwili. Nagle wszystko co działo się do tej pory przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyła się tylko Sigyn, którą trzymał w ramionach nie pozwalając jej upaść. Wziął ją na ręce, ostrożnie oparł jej bezwładną głowę na swoim ramieniu.
    – Sigyn, kochanie... proszę cię zostań ze mną... – mówił cicho, choć i tak czuł, że głos drży mu z nerwów.
    Pośpiesznie zaniósł Sigyn do sypialni i delikatnie położył na łóżku. Była potwornie blada i oddychała ciężko, ale poza tym wszystko było w porządku. Przez chwilę z ulgą pomyślał, że na całe szczęście, że był blisko i nie pozwolił jej upaść. Zaraz jednak wróciło poczucie winy i myśl, że gdyby przez ostatnie dni nie doprowadzał żony na skraj wytrzymałości, być może nie stałoby się nic złego. Zagryzł nerwowo wargi. Był beznadziejnym mężem...
    Potwornie martwił się o Sigyn, więc gdy po chwili otworzyła oczy, poczuł niesamowitą ulgę.
    – Już dobrze kochanie, już dobrze... – powiedział łagodnie i uspokajająco, choć w tej chwili nie był pewien czy uspokajał bardziej ją czy siebie. Patrzyła na niego półprzytomnie, widział że była potwornie zmęczona, wręcz wykończona. Delikatnie pogładził ją po głowie.
    – Odpocznij skarbie – otulił ją kocem i pomógł jej ułożyć się wygodniej na poduszce. Była tak słaba, że niemal natychmiast zasnęła. Przez dłuższą chwilę siedział przy niej, wsłuchując się w jej oddech, który powoli się uspokajał. Spała spokojnie...
    Nie miał pojęcia jak długo siedział przy niej. Cicho i nieruchomo, nie chcąc przypadkiem jej obudzić. Nie chciał też zostawiać jej samej, na wypadek, gdyby nagle się obudziła i potrzebowała jego pomocy lub po prostu poczuła się gorzej. Na szczęście nie działo się nic złego. Sigyn spała spokojnie i głęboko, wciąż była bardzo blada, ale wyglądała już znacznie lepiej. W końcu niechętnie zmusił się by wstać. Zamiast siedzieć bezczynnie i się zamartwiać powinien jakoś zająć się własną żoną. Cichutko wyszedł z pokoju i zszedł do kuchni. Gdy Sigyn się obudzi powinna zjeść coś ciepłego. Była osłabiona z powodu zmęczenia i stresu, powinna wypocząć i odzyskać siły.
    Zajął się przygotowaniem obiadu. Co jakiś czas zaglądał do Sigyn, by sprawdzić czy wszystko dobrze. Wciąż spała spokojnie. Miał nadzieję, że wszystko będzie dobrze... W duchu obiecywał sobie, że już dość kłótni, dość stresu, że gdy tylko Sigyn się obudzi wyjaśni jej spokojnie, że to co mówił było nieprawdą i że wie o tym, że ona naprawdę go kocha. Koniec obwiniania się, koniec wyrzutów i wiary w kłamstwa. I koniec z wojną i Odynem. Dla niej zrobi wszystko. Ta myśl motywowała go do działania, nawet jeśli on również fizycznie był wykończony. I wciąż nie czuł się najlepiej po nocnym piciu. Na szczęście ból głowy minął, dzięki czemu było mu łatwiej zająć się obiadem dla Sigyn. Będzie dobrze... Wyjaśnią sobie wszystko, Sigyn poczuje się lepiej, wszystko jakoś się ułoży... A potem on też odpocznie.
    Gdy skończył gotować, po raz kolejny zajrzał do Sigyn, by upewnić się czy wszystko w porządku.

    Zmartwiony Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  39. Przez chwilę stał w progu patrząc na Sigyn, która w końcu się obudziła. Miał nadzieję, że wypoczęła i czuje się już lepiej... Chciał jej tyle powiedzieć, ale nie wiedział od czego zacząć by jej nie przytłoczyć i znowu nie wyprowadzić z równowagi. Nie chciał jej dalej krzywdzić.
    W milczeniu przygryzł nerwowo wargi, kiedy odwróciła się od niego i nakryła kocem, tak by go nie widzieć.
    – Jak się czujesz kochanie? – zapytał łagodnie, chociaż patrząc na Sigyn, czuł, że równie dobrze mógłby w tej chwili mówić do ściany. Nie chciała go widzieć, ani z nim rozmawiać... Pewnie gdyby w tej chwili chodziło tylko o niego zostawiłby ją samą, tak jak tego chciała. Tylko, że teraz chodziło o nią.
    Podszedł z drugiej strony łóżka i usiadł na brzegu. Spojrzał na ukrytą pod kocem Sigyn. Delikatnie pogładził jej dłoń, którą kurczowo zaciskała na kocu, zupełnie jakby obawiała się, że zechce odebrać jej tą jedyną kryjówkę. I rzeczywiście chciał, tyle że... nie siłą. Miał nadzieję, że sama zechce z nim porozmawiać.
    – Martwiłem się o ciebie. Nawet nie wiesz jak bardzo... – powiedział z wyraźną troską. Znów na chwilę zamilkł. Podczas tych wszystkich godzin zdołał ułożyć sobie kilka, jeśli nie kilkanaście scenariuszów tego co właściwie chce jej powiedzieć. Teraz jednak żaden z nich nie wydawał mu się odpowiedni. Tym bardziej, że nie zależało mu na tym by dobrze zabrzmieć, a na tym by Sigyn mu uwierzyła. Zrozumiała, że to co jej wczoraj mówił było jedną wielką pomyłką, kłamstwem, w które nie chciał by wierzyła.
    – Myślałem o tym wszystkim – zaczął w końcu – to co powiedziałem ci dzisiaj w kuchni. Wiesz, że ja tak nie myślę, prawda? Chciałem tylko za wszelką cenę cię zatrzymać. Mówiłem to w co tak uparcie chciałaś wierzyć, żebyś w końcu zorientowała się jak bardzo to wszystko nie ma sensu... I wiem, że to wszystko moja wina. Gdybym wczoraj nie powiedział ci tych strasznych rzeczy, nie wmówiłabyś sobie tego, że jesteś złą żoną... I wiem kochanie, że też się za to obwiniasz, my po prostu... Oboje powiedzieliśmy wczoraj coś, co nie jest prawdą. Wiem, że wcale nie uważasz mnie za potwora – ciężko było mu do tego wracać, ale wiedział, że musi – Tak samo jak wiem, że to co powiedziałaś dzisiaj... że nigdy mnie nie kochałaś, to też jest kłamstw. Wiem, że mnie kochałaś i nadal kochasz. Przez lata udowadniałaś mi to na każdym kroku i żadne słowa tego nie zmienią. I Ty też wiesz, że to co ci wczoraj mówiłem, to też kłamstwa. Tyle razy mi udowadniałaś, że zależy ci na mnie, a nie na czym innym. Przecież gdyby było inaczej, to miałaś tak wiele okazji by mieć mnie dla siebie. Wiem, że od początku mnie kochałaś... I nigdy nie byłaś jedną z wielu. Sigyn, proszę cię... nie wmawiajmy sobie kłamstw, porozmawiajmy... – poprosił cicho, z nadzieją, że może chociaż na chwilę zechce na niego spojrzeć i powie cokolwiek.

    Piecyk, któremu bardzo zależy

    OdpowiedzUsuń
  40. Poczuł pewną ulgę widząc, że Sigyn postanowiła wreszcie wyjrzeć ze swojej kryjówki i coś powiedzieć. Sam ten fakt już tak wiele dla niego znaczył. Podobnie jak pytanie, które mu zadała.
    Bez pośpiechu przysunął się nieco bliżej niej, nie chciał by znów mu „uciekła”, zwłaszcza teraz kiedy w końcu udało mu się jakoś do niej dotrzeć, a przynajmniej na tyle by przełamać tą męczącą ciszę między nimi.
    – Tak, jestem tego pewny Sigyn. Mimo tego... wszystkiego co ostatnio się działo – przyznał łagodnie, po raz kolejny delikatnie gładząc jej dłoń. Czuł, że jej palce nieco się rozluźniły, jakby nie bała się już tak bardzo o swoje schronienie, wciąż jednak pozostawała czujna.
    Uśmiechnął się nieznacznie. Skąd wiedział, że naprawdę go kochała? Przez chwilę nawet był zdziwiony, że go o to zapytała. Samo to pytanie wydawało się tak oczywiste jak to skąd wie, że jest dzień lub noc. Po prostu wiedział, widział dowody jej miłości na każdym kroku, czuł jej uczucia w niemal każdej wspólnej chwili, nie ważne czy byli wtedy radośni, czy smutni, śmiali się czy płakali, w każdej chwili spędzonej z Sigyn czuł jej miłość. Czasem wręcz go to przytłaczało, zwłaszcza kiedy uświadamiał sobie jak wiele on otrzymuje od niej, a jak niewiele jej daje. Przez chwilę, na samą tę myśl poczuł niemiłe ukłucie w sercu. Nie uwierzył Sigyn, gdy powiedziała mu, że nigdy go nie kochała, bo wiedział jak wielkim kłamstwem były te słowa. Na każdym kroku miał tak wiele dowodów jej miłości, że nie potrafiłby uwierzyć, że nigdy go nie kochała... Tymczasem Sigyn wierzyła we wszystkie okrutne słowa, które on jej powiedział. Nie miał pojęcia czy to wszystko przez przeszłość i kolejne zawody, które jej sprawiał... czy może po prostu, nawet pomimo starań, Sigyn wciąż nie czuła się kochana? Jakim cudem w takim razie zasłużył sobie na jej miłość?
    – Pamiętasz jak tylko się poznaliśmy? I jak zaskoczyłaś mnie tym, że interesowałaś się mną, a nie tym, czym jestem? Już wtedy czułem się przy tobie inaczej. Mogłem być z tobą szczery, a ty nigdy mnie nie oceniałaś, nie krytykowałaś mnie za wszystkie gafy jakie popełniałem, ani za to jaki byłem. Nie próbowałaś mnie zmieniać i zmuszać do udawania kogoś kim nie byłem. Wiesz ile to dla mnie wtedy znaczyło? Tak samo jak to, że pozwalałaś mi u siebie czasem pomieszkiwać. Pierwszy raz miałem miejsce, które uznawałbym za dom. I nie chciałaś ode mnie nic w zamian. Wszyscy dookoła dawali mi cokolwiek tylko w zamian za coś. Ty nigdy nie żądałaś przysług ani innej zapłaty. Nawet kiedy pozwalałaś mi nocować razem z tobą, wcale nie zależało ci na czymś więcej. Chociaż musiałaś chyba wiedzieć, że niczego bym ci nie odmówił. Byłem wtedy już tak tobą zauroczony, że gdybyś tylko chciała, mogłabyś sprawić, że spełniałbym wszystkie twoje zachcianki, byle cię nie stracić. – uśmiechnął się na samo wspomnienie tego, co wtedy myślał i czuł, na wspomnienie całego tego emocjonalnego bałaganu z jakim wtedy się zmagał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Może to wszystko tylko drobnostki, ale... dla mnie to było coś naprawdę ważnego... A potem był nasz pierwszy pocałunek. Pamiętasz co mi wtedy powiedziałaś? Że zawsze mogę z tobą porozmawiać, powiedzieć ci wszystko, a ty zawsze będziesz przy mnie i że mnie kochasz. Kiedy zaraz potem mnie pocałowałaś to było... zmieniłaś wtedy całe moje życie Sigyn. Od tamtej chwili wiedziałem, że mam kogoś kto szczerze mnie kocha. Czułem to zawsze kiedy byłem z tobą. Gdy rozmawialiśmy o rzeczach, o których nie rozmawiałem z nikim innym, kiedy śmialiśmy się razem i robiliśmy szalone rzeczy, albo kiedy opowiadałem ci o moich problemach, a ty zawsze starałaś się mnie zrozumieć i wesprzeć, nawet wtedy kiedy uważałaś, że robię coś złego. Pamiętam, że gdy wyruszałem wtedy na wyprawy wiedziałem, że mam dokąd wracać, że jest ktoś kto za mną tęskni i martwi się o mnie. Opatrywałaś moje rany i przejmowałaś się nawet wtedy, kiedy naprawdę nie było powodu do zmartwień. A potem kiedy nas rozdzielono... Czekałaś na mnie. Byłaś mi wierna i nie chciałaś ułożyć sobie życia z kimś innym, chociaż mogłaś to zrobić. W końcu to trwało tyle lat, a ja tak bardzo cię wtedy zawiodłem i skrzywdziłem. – zamilkł na chwilę. Nie lubił tych wspomnień, zwłaszcza tych, kiedy okazywał się tak bardzo złym mężem i sprawiał tak wielki zawód jedynej bliskiej osobie. Przygryzł nerwowo wargi. – Dałaś mi wtedy szansę, chociaż wcale na to nie zasługiwałem. Wierzyłaś we mnie Sigyn, chciałaś wierzyć... Zresztą tyle razy cię zawodziłem, tyle razy raniłem, a ty wciąż dawałaś mi szansy i wciąż wierzyłaś. Gdybyś mnie nie kochała nie dałabyś mi tak wielu szans. I to pomimo zła jakie ci wyrządzałem, zdradzałem cię, dawałem się upokarzać i tym samym upokarzałem ciebie, oszukiwałem, ukrywałem przed tobą prawdę. – na chwilę odwrócił wzrok, w tej chwili najbardziej chciał wracać do pięknych wspomnień, do tych wszystkich cudownych chwil z początków ich małżeństwa, albo do czasów, gdy w końcu zostali rodzicami. Tyle że... kiedy jest dobrze łatwo mówić o szczęściu i miłości, wszystko jest wtedy łatwe. Wiedział, że musi sięgnąć do tych najgorszych wspomnień. Jeśli było coś, co lepiej przypomni Sigyn o tym skąd wie, że ona go kochała to właśnie te najtrudniejsze chwile...
      Na chwilę zacisnął lekko palce na jej dłoni. Milczał przez chwilę. Kiedy znów się odezwał mówił już ciszej.
      – Pamiętasz budowę murów Asgardu, prawda? Tego chyba nie da się zapomnieć... Kiedy wróciłem do ciebie po tym jak... sama wiesz... – nie chciał tego mówić na głos, prawdę mówiąc nie chciał w ogóle z nią o tym rozmawiać. Czasem bywały chwile, kiedy bardzo chciał to wszystko z siebie wyrzucić, powiedzieć jej co wtedy naprawdę myślał i czuł. Ale zwykle ta chęć mijała bardzo szybko. Bał się jej reakcji, podobnie jak bał się samego siebie i tego, że nie będzie w stanie zapanować nad emocjami i powie więcej niż by chciał. A z całego serca nie chciał opowiadać żonie tego jak to jej mąż dał się zerżnąć koniowi... Nawet wtedy w jaskini nie powiedział jej prawdy na ten temat, a wręcz starał się wspominać o całej sytuacji jak najmniej. Teraz jednak zmusił się by wrócić do tego wspomnienia – Sama wiesz... Kiedy przyprowadziłem tego źrebaka i gdy cały Asgard się ze mnie śmiał. I potem kiedy zapytałaś mnie czy to prawda... to co mówili inni bogowie... o mnie i o tym koniu i źrebaku... – czuł, że zaczyna plątać się w tym co chce powiedzieć, spojrzał znów na Sigyn, szukając w jej widoku sił by poruszyć dalej ten temat. Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę, że czeka go jeszcze jedno, o wiele gorsze wspomnienie. Pogładził delikatnie jej włosy, mając nadzieję, że nie będzie miała nic przeciwko. Spróbował nawet uśmiechnąć się do niej, ale wyszło mu to zbyt nerwowo.

      Usuń
    2. – Pamiętasz prawda? Jak powiedziałem ci, że nie chcę o tym rozmawiać. A ty wcale nie pytałaś. Nie śmiałaś się ze mnie, nie zostawiłaś mnie po tym. Nawet dumnie znosiłaś te wszystkie głupie uśmiechy i nieśmieszne żarty. Wiesz co wtedy było dla mnie ważne? To, że po tym wszystkim wciąż byłaś w stanie mnie przytulić, zrozumieć... i nie brzydziłaś się mnie. Naprawdę sądzisz, że jakakolwiek kochająca żona byłaby w stanie przez coś takiego przejść? I jeszcze wspierać męża, który... pozwalał traktować się jak męska kurwa? – ostatnie słowa mimowolnie wypowiedział w ojczystym języku, w końcu wiele razy bogowie publicznie go tak nazywali.
      – Wiem jak było ci ciężko mnie kochać. I że jeszcze trudniej było ci być moją żoną Sigyn... I gdybyś nie kochała mnie z całego serca to czy naprawdę dalibyśmy radę to przetrwać? Czy ty dałabyś radę? Ale wiesz kochanie... to wszystko to nic. I wiesz co? Jeśli chcesz, mogę nawet spróbować uwierzyć, że to wszystko nic nie znaczy. Bo to nic nie znaczy wobec tego co zrobiłaś dla mnie potem... – cofnął rękę. Przez chwilę siedział w milczeniu, spuścił wzrok wpatrując się we własne dłonie... I w dwie ledwie widoczne blizny, jasne, cieniutkie pręgi na obu nadgarstkach, obie dokładnie na tej samej wysokości. Zwykle ignorował ich istnienie, udawał przed samym sobą, że ich nie ma. Ani na nadgarstkach, ani na kostkach, ani na szyi. I całkiem dobrze szło mu to oszukiwanie samego siebie. Podobnie jak uparte omijanie tego tematu w rozmowach. Nawet jeśli nie potrafił wyrzucić go ze swoich myśli. Czasem do tego stopnia, że nie potrafił nawet normalnie patrzeć na Sigyn bez wracania myślami do jaskini, bez katowania się wspomnieniami i wyrzutami sumienia, że w tej strasznej chwili odwrócił się od swojej żony. Tak samo jak nie potrafił już chyba w normalny sposób patrzeć na swojego starszego syna, bez ciągłego wspominania chwili, gdy oglądał śmierć syna, a następnie poczuł lodowaty dotyk wnętrzności własnego dziecka... Czasem przeżywał to na nowo, czasem śnił o jaskini i odtwarzał w głowie cały ten koszmar, a czasem miał wrażenie, że to wszystko dookoła jest snem, całe życie w Ameryce to jedna wielka iluzja i tak naprawdę wciąż pozostaje w jaskini, przykuty do skały, a Sigyn w milczeniu zbiera jad, chcąc ulżyć mu w cierpieniu.
      Nie podniósł wzroku, wciąż wpatrywał się w blizny na rękach. Zmusił się by kontynuować to co zaczął, ale miał wrażenie, że każde słowo z trudem przechodzi mu przez gardło.
      – Potem w jaskini Sigyn... Po tym co zrobili mi i naszym dzieciom... Nie musiałaś tam być Sigyn... Mogłaś odejść w każdej chwili. Pochować Narfiego... Przejść żałobę po naszych synach i... zapomnieć o mnie... Mogłaś po prostu mnie tam zostawić i zapomnieć. Żyć dalej. Nie musiałaś znosić tej tortury Sigyn... Ale ty zostałaś. Zostałaś nawet kiedy chciałem żebyś odeszła i celowo naopowiadałem ci kłamstw... Raniłem cię słowami, jak wczoraj... A ty zostałaś. Czasem wciąż nie wiem dlaczego... Nawet miłość ma swoje granice Sigyn... Wmawiałem sobie, że chcesz mnie w ten sposób ukarać... Że to ma być kolejna tortura... Mam przez wieczność patrzeć na ciebie i twoje poświęcenie... i zadręczać się tym, że przeze mnie skrzywdzili naszych synów i ciebie... Ale ty mnie nie karałaś Sigyn. Bo inaczej czemu, za każdym razem gdy nie zdążyłaś w porę wrócić po opróżnieniu misy i widziałaś jak cierpię od jadu... czemu zawsze wtedy starałaś się mi ulżyć? Pamiętam jak twój dotyk przynosił mi ulgę w bólu i jak mówiłaś, że jesteś ze mną... i mnie kochasz... Powiedz mi Sigyn, czemu to robiłaś? I jeśli to nie była miłość to co to było? Uwierz mi, tyle lat pragnąłem znaleźć racjonalny powód, dla którego ze mną zostałaś. I nie znalazłem... Prócz tego, że zrobiłaś to bo mnie kochałaś... w jakiś niepojęty sposób, ponad rozsądek i własne życie... Jeśli tak było to, tym bardziej nie ty powinnaś mnie przepraszać, ale ja. Bo nie zasłużyłem sobie na to po tym co zrobiłem...

      Piecyk, któremu jest źle

      Usuń
  41. W pierwszej chwili nie zareagował, gdy poczuł delikatny dotyk jej dłoni na swoim policzku. Nie chciał teraz patrzeć jej w oczy, nie czuł się na siłach by to zrobić. Jego myśli w tej chwili wciąż krążyły wokół wydarzeń, o których istnieniu wolałby całkowicie zapomnieć. Mimo wszystko poddał się Sigyn i nie walczył z nią, gdy zmusiła go żeby wreszcie oderwał wzrok od blizn i spojrzał na nią, wprost w jej piękne niebieskie oczy. Początkowo obawiał się tego spojrzenia, ale odnalazł w nim dziwny spokój i miłość.
    Kiedy się odezwała poczuł się nieco dziwnie. Wiedział, że miała rację w każdym swoim słowie, ale... nie chciał tego nazywać w ten sposób. Zwykle unikał nazywania rzeczy po imieniu, w taki prosty i oczywisty sposób. Wolał obudowywać je masą niejednoznacznych słów, rozmywać gdzieś istotę problemu... czuł się wtedy o wiele lepiej, łatwiej było mu udawać, że tak naprawdę nic go to nie obchodzi. Zawsze to robił. Obnosił się ze swoją dumą i tym jak bardzo jest mu obojętne to co się działo, co o nim mówiono, jak się do niego odnoszono. Czasem zmuszał się do uśmiechu i śmiania z samego siebie, a czasem po prostu odgryzał się z jadem, starając się zaatakować w najczulszy punkt. Tym bardziej dziwnie czuł się słuchając słów Sigyn, które tak trafnie opisywały... wszystko.
    Ona jedna widziała go bez masek i bez jego bezpiecznej bariery z kłamstw. Patrzył na nią gdy o tym mówiła. Widział jej zdenerwowanie. Jak nerwowo przygryzała wargę i nie potrafiła powstrzymać równie nerwowego śmiechu, uciekła mu wzrokiem... a z drugiej strony starała się być blisko. Tym razem to on z otuchą mocniej ścisnął jej dłoń.
    – Wiem Sigyn, wiem... – powiedział łagodnie i ciepło, gdy mówiła o tym, że dla niej nigdy nie był tym innym ani obcym. Czuł to już od pierwszego dnia ich znajomości.
    Dopiero jej kolejne słowa były dla niego mniej oczywiste... i zarazem też mniej zrozumiałe.
    Czemu tak bardzo próbowała go usprawiedliwiać? Przecież robił masę złych rzeczy, z premedytacją. Czemu mimo to chciała go tłumaczyć? Chwilę później sama udzieliła mu odpowiedzi na to pytanie... A to wszystko dlatego, że… że kocham cię. W jej ustach wszystko brzmiało tak prosto i jednoznacznie, było tak bardzo oczywiste.
    Uśmiechnął się, gdy w końcu przyznała się do pomyłki, jaką było jej zwątpienie. Więcej nie potrzebował do szczęścia. Jej jeden krótki pocałunek dodał mu więcej sił niż sam był w stanie z siebie wykrzesać. Patrzył jej w oczy, gdy mówiła mu o swoich obawach i znów nie wiedział co powinien powiedzieć najpierw, znów miał jej zbyt wiele do przekazania. Oparł się czołem o jej czoło. Nie lubił rozmawiać o emocjach, które starał się ukrywać nawet przed nią, ale jej obecność i bliskość dodawała mu otuchy. Delikatnie pogładził ją po policzku, po czym przesunął dłoń na jej szyję. W tej chwili najchętniej przytuliłby się do niej, ale chciał patrzeć jej w oczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Kochanie... nigdy nie przestanę uważać, że to co nas łączy jest wyjątkowe. Ty i twoja miłość to najlepsze co mnie w życiu spotkało... Dlatego błagam cię Sigyn, uwierz mi, że to co powiedziałem wtedy, wczoraj... to kłamstwo. Znasz mnie kochanie, wiesz przecież, że wcale tak nie myślę. I wiesz, że czasem mówię głupoty, kiedy jestem zdenerwowany. Ty i to co nas łączy... jesteś najważniejszą osobą w moim życiu, najbardziej wyjątkową. Dałaś mi tak wiele, że czasem wydaje mi się, że tego jest aż zbyt wiele. Dlatego próbuję szukać racjonalnych powodów czemu to robisz. Nie chcesz, żebym mówił o sobie źle, ale Sigyn... To wcale nie prawda, że chciałem wyrządzić nikomu zła. Chciałem. I wyrządzałem. Robiłem to świadomie i bardzo często czerpałem z tego przyjemność. Wiesz, że wcale nie żałuję tego, że zabiłem Baldura i nie pozwoliłem mu powrócić? Ani tego, że przyczyniłem się do śmierci Hoda, ani do innych złych rzeczy jakie spotykały bogów. Tak naprawdę nigdy nie chciałem krzywdzić jedynie ciebie i naszej rodziny, cała reszta mnie nie obchodziła. Ale krzywdziłem cię Sigyn... krzywdziłem cię wiele razy, przeze mnie skrzywdzili też naszych synów... To nie ty powinnaś mnie chronić tylko ja. Powinienem był robić wszystko by oszczędzić ci cierpień i krzywd, które sam ci wyrządzałem. Przepraszam cię Sigyn... Przepraszam cie za wszystkie moje zdrady, za upokorzenia, które musiałaś znosić, za wszystkie moje kłamstwa i za to, że nie czujesz się przy mnie kochana... i dlatego wierzysz w te wszystkie straszne rzeczy, które wczoraj mówiłem. Gdybym był dla ciebie lepszym mężem... To nie uwierzyłabyś w te brednie. Tak jak ja nie uwierzyłem w to co mówiłaś, bo ty... ty zawsze byłaś i jesteś najwspanialszą żoną jaką mógłbym sobie wymarzyć. Poza tym... Poza tym jak miałabyś nie wierzyć w moje słowa,skoro po tym co ci powiedziałem, jeszcze wykorzystałem ciebie i twoje poczucie winy dla własnej przyjemności... Przepraszam cie Sigyn, tak bardzo cię przepraszam...
      Przerwał na chwilę, czując niewyobrażalny ciężar. Odsunął się nieznacznie od Sigyn tylko dlatego, żeby po protu się do niej przytulić. Tak było mu łatwiej... Czuł ją blisko, mógł również uciec na chwilę od przenikliwego spojrzenia jej głębokich, niebieskich oczu, ukryć twarz w burzy jej blond włosów.
      – Z tego wszystkiego co mówiłem ci dzisiaj... – zaczął po chwili – Prawdą było tylko to, że nigdy nie będę szczęśliwy bez ciebie... Jeśli kiedyś odejdziesz... jeśli znowu cię stracę... to będzie dla mnie najgorsze Sigyn... Wolałbym już znowu znosić ten koszmar w jaskini, ale być z Tobą niż, gdybyś miała mnie zostawić. Dlatego... Proszę cię, nie zostawiaj mnie... – powiedział cicho.

      Piecyk, który nie chce żyć bez Bałwanka

      Usuń
  42. [W końcu Twoja siostrzyczka przybyła! Olać facetów, chodź zrobimy sobie babski wieczór i będziemy pić kakao z piankami! <33]

    Frigg

    OdpowiedzUsuń
  43. Nie chciał się od niej odsuwać, ani tracić swojego jedynego bezpiecznego schronienia jakim była dla niego Sigyn. Ale wiedział, że nie może jej teraz uciekać. Sam przecież z całego serca pragnął z nią o tym porozmawiać, wyjaśnić wszystkie nieporozumienia. Teraz, kiedy w końcu powiedział jej wszystko co chciał powiedzieć, nie mógł uciekać od dalszej szczerej rozmowy, twarzą w twarz, od patrzenia jej w oczy... Mimo to czuł się źle, był zmęczony przytłaczającymi go emocjami i poczuciem winy za to wszystko, za c o przed chwilą tak bardzo ją przepraszał.
    Sigyn jak zwykle wiedziała co powinna zrobić, by do niego dotrzeć. Gdyby w tej chwili nie czuł się tak fatalnie pewnie uśmiechnąłby się, widząc jak za wszelką cenę stara się nie pozwolić mu, choćby na chwilę uciec od niej wzrokiem. Mógł tylko patrzeć na nią i słuchać wszystkiego co mówiła. Jej głos był spokojny i łagodny, ale nie w sposób wymuszony. Niemal od razu poczuł ulgę słuchając tego co mówiła. Zwłaszcza, gdy powiedziała, że ona również naprawdę chciała się z nim wczoraj kochać, że oboje myśleli wczoraj dokładnie tak samo.
    Na chwilę nawet sam również się do niej uśmiechnął słysząc, że wbrew temu co sobie wmawiał, było jej wczoraj dobrze i nawet chętnie potworzyłaby to wszystko tu i teraz. Zaraz jednak na nowo spoważniał, gdy powiedziała mu o tym, czemu właściwie odwróciła się od niego.
    – Nie, nic się nie stało... – odpowiedział pośpiesznie. Delikatnie położył dłoń na jednej z jej dłoni i przesunął ją na tyle by móc ucałować wnętrze jej dłoni – Po prostu pomyślałem, że... Widziałem, że bardzo przeżywałaś ten wypadek w kuchni i pomyślałem, że starasz się jakoś mi to wynagrodzić. Nie chciałem, żebyś robiła dla mnie coś czego nie chcesz... – uśmiechnął się do niej przepraszająco.
    – Jeszcze raz cię przepraszam za to co ci powiedziałem i to jak bardzo cię tym zraniłem. Przepraszam kochanie... – po chwili wahania pocałował ją delikatnie i nieco nieśmiało, spojrzał na nią tym razem już bez wahania i unikania jej wzroku.
    – I przepraszam, że wczoraj zostawiłem cię samą. Bardzo chciałem cię przytulić, ale myślałem, że wolałabyś zostać teraz sama. – w ostatniej chwili ugryzł się w język i nie powiedział, że może wtedy nie byłoby całej dzisiejszej rozmowy. Nie... dość gdybania i obwiniania się.
    – Cieszę się, że mi to powiedziałaś – odezwał się w końcu po chwili milczenia – Posłuchaj Sigyn... Nie mam do ciebie żalu o nic co wydarzyło się wczoraj i dzisiaj, dlatego proszę cię nie obwiniaj się więcej. I wybacz mi to co ci mówiłem. Posłuchaj... nie chcę byś wierzyła, że cokolwiek z tych okropnych słów było prawdą... – teraz to on delikatnie ujął jej twarz w dłonie – Jesteś dla mnie wyjątkowa, jesteś moim największym skarbem i najlepszym co mnie w życiu spotkało. Kochałem cię niemal od początku naszej znajomości, wciąż kocham cię tak samo mocno i będę cię kochał. I nigdy cię nie porzucę, zawsze będę z tobą i zrobię dla ciebie wszystko, żebyś tylko była szczęśliwa. Jesteś najcudowniejszą żoną, najwspanialszą kochanką, najukochańszą matką naszych dzieci, jesteś całym moim życiem Sigyn. Taka jest prawda kochanie, chciałbym żebyś myślała o sobie w ten sposób, zamiast zaczadzać się kłamstwami. – Pocałował ją delikatnie i z czułością. Gdy w końcu oderwał swoje usta od jej ust, uśmiechnął się łagodnie – I dość zadręczania się, dobrze?

    Piecyk, który chce by było dobrze

    OdpowiedzUsuń
  44. Jej milczenie nieco go zaniepokoiło. Nie miał pojęcia czy była w stanie mu wybaczyć, wyrzucić z pamięci te okropne słowa. Miał złe przeczucia, że nie... i choćby starał się z całych sił, to wciąż będzie wisiało nad nimi, a Sigyn prędzej czy później znów do tego wróci. Nie chciał by o tym myślała, by znów czuła się nic nie warta z powodu kilku okropnych kłamstw.
    Wtedy jednak Sigyn przytuliła się do niego, a on poczuł dziwną ulgę. Nie musiała nic mówić. Wiedział, że chciała teraz tego samego co on. Żeby wreszcie było już lepiej i spokojniej. Przytulił ją do siebie z czułością, w tej chwili było mu po prostu dobrze. Czuł się jakby pozbył się nagle wielkiego ciężaru, czuł bliskość Sigyn i jej spokój. Miał nadzieję, że wreszcie będzie dobrze i od tej chwili wszystko zacznie układać się tylko lepiej. Gdy odetchnęła głęboko, miał wrażenie, że czuł w jej westchnieniu ulgę. Przytulił ją mocniej, przez chwilę bawił się jej potarganymi włosami, delikatnie przeczesując je palcami. Po raz pierwszy nie skupiał myśli na niczym konkretnym, na obwinianiu się, ani zadręczaniu. Był tylko błogi spokój.
    Dopiero, gdy wspomniała o odpoczynku ocknął się z tego miłego stanu. Owszem był zmęczony, ale nie na tyle by myśleć o odpoczywaniu. Zresztą, wciąż jeszcze były ważniejsze sprawy.
    – Obiecuję ci, że nie wypuszczę cię dzisiaj z łóżka – odparł cicho, z lekkim rozbawieniem. Odsunął się nieznacznie, na tyle by móc na nią spojrzeć.
    – Powinnaś coś zjeść kochanie, na pewno od razu poczujesz się lepiej – dodał z troską. Nawet jeśli czuła się już lepiej, wciąż wyglądała na bardzo słabą i zmęczoną. Wiedział, że spokój i odpoczynek będą dla niej teraz najlepszym lekarstwem, ale powinna też odzyskać siły, zjeść coś ciepłego.
    – Zrobię ci coś do picia, co powiesz na gorącą herbatę? I przyniosę Ci obiad. Skończyłem gotować tuż przed tym jak wstałaś, więc jest jeszcze ciepły. Zostań tu i odpoczywaj... – pocałował ją w czoło i niechętnie wyplątał się z jej objęć, by wstać z łóżka.

    Przejęty Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  45. Miał już iść do kuchni, kiedy złapała go za rękę. Usiadł ponownie na łóżku i powoli przysunął się bliżej niej, słuchając jej chaotycznej prośby i starając się zrozumieć, o co naprawdę chodziło.
    Nie był pewien, dlaczego nie chce powiedzieć mu wprost co się dzieje. Jeśli nie czuła się dobrze to przecież na pewno by się nią zajął, pomógł. Kiedy w końcu wydusiła z siebie co tak naprawdę wydarzyło się dziś rano nie był już pewien czy po prostu nie chciała go martwić czy też chodziło o coś więcej... Teraz nagle wszystko zdawało się układać w całość. Wszystko wyglądało zupełnie jak wtedy, gdy Sigyn byłą na początku ciąży z Narfim. Złe samopoczucie, poranne mdłości, to jak bardzo przeżywała wszystko co się działo... Pamiętał jak wtedy też potwornie się pokłócili. Czy raczej on potwornie ją zawiódł i rozczarował. Upokorzył swoim zachowaniem, a potem zamiast wszystko naprawić pogorszył tylko sytuacje. Wtedy, tak samo jak dziś, Sigyn również się posypała, również zemdlała. To było do niej tak nie podobne. W końcu była silna, o wiele silniejsza niż można było sądzić patrząc na tą delikatną i słodką istotkę...
    Patrzył na Sigyn w milczeniu nie mogąc opędzić się od tej myśli, że znów wszystko się powtarza, że nie chciała nic mu mówić, bo... znów była w ciąży. Na samą myśl, że Sigyn mogła znów spodziewać się dziecka, serce zabiło mu szybciej z radości. W tej chwili nie wyobrażał sobie większego szczęścia niż gdyby znów mieli zostać rodzicami. Tak cudownie wspominał czasy, gdy czekali na narodziny Narfiego i to jak w końcu przyszedł na świat. Wszystko wtedy tak cudownie się zmieniło. Po raz pierwszy, od czasu krótkich chwil szczęścia na początku małżeństwa, znów byli naprawdę szczęśliwi i nie potrzebowali już niczego więcej. Potem, kiedy myśleli, że mają już wszystko czego pragnęli, pojawił się jeszcze Vali. To były cudowne chwile, za którymi tak bardzo tęsknił. I nie chodziło tylko o szczęście, jakie dawało mu bycie ojcem. Równie mocno uwielbiał Sigyn, która tak bardzo przejmowała się czy będzie dobrą matką. Sigyn, która tak pięknie wyglądała w ciąży. I widok Sigyn z ich wspólnym dzieckiem w ramionach, który był chyba najsłodszym widokiem, jaki kiedykolwiek oglądał. Jeśli znów była w ciąży to byłaby to najwspanialsza wiadomość jakiej mógł się spodziewać, ale...
    Chwilę później poczuł bolesne ukłucie w sercu na myśl o ostatniej ciąży Siygyn... i innych, które kończyły się w tak bolesny sposób. Zbyt dobrze pamiętał te wszystkie chwile, gdy cieszyli się z kolejnego dziecka, gdy z całego serca żyli myślą o powiększeniu rodziny i nadchodzącym szczęściu, a potem... Potem tracili dziecko, a niedawna radość zdawała się tylko mocniej ranić. Pamiętał każdą z tych chwil aż nadto wyraźnie. Pamiętał całą piątkę dzieci, które mogli mieć, ich imiona i wszystkie niedoszłe plany jakie snuli wówczas z Sigyn. Pamiętał zbyt dobrze jak jego najdroższa żona potwornie cierpiała i obwiniała się, choć tak naprawdę to on był wszystkiemu winny. Przecież mógł się spodziewać, że z racji swojego pochodzenia nie powinien liczyć na kolejne cuda, jakimi niewątpliwie byli Vali i Narfi. Sam nawet kiedyś tłumaczył Sigyn, gdy martwiła się, że nie może mieć dzieci, że to najpewniej jego wina, że być może nigdy nie uda im się powiększyć rodziny, bo jes tym kim jest. W końcu nie bez powodu związki olbrzymów z boginiami były zakazane... Pamiętał całe piekło jakie przeżywali po każdej z tych strat. Starał się wówczas być silny, próbował pocieszać Sigyn i wspierać ją, choć sam wtedy nie miał sił, a przed całkowitym załamaniem powstrzymywała go tylko jedna myśl... Że nie może teraz opuścić Sigyn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miał pojęcia czy byłby w stanie po raz kolejny znieść utratę dziecka. Nie miał pojęcia czy w tej chwili bardziej cieszył się na myśl, że być może tym razem wreszcie się uda, czy też bał się, że nie poradzą sobie z ponowną stratą, że Sigyn sobie nie poradzi. Już teraz było jej wystarczająco ciężko. Widział jak wszystkie kłopoty ją przytłaczają, jak od czasu ostatniej bolesnej straty dziecka, zdawała się wciąż dziwnie przygaszona i smutna. Sam jeszcze dokładał jej kłopotów całą historią z Odynem...
      Spojrzał na Sigyn z troską. Musiał ją o to zapytać, musiał wiedzieć.
      Zadała mu pytanie, na które w pierwszej chwili nie wiedział co odpowiedzieć.
      – Tak, dobrze... – odparł niemal mechanicznie – Znaczy... Zrobię ci jakąś ziołową herbatę i... może zjesz chociaż trochę zupy, dobrze? Nie powinnaś czuć się po niej źle, a chociaż zjesz coś ciepłego... – zmusił się do uśmiechu, chociaż nie miał w tej chwili chęci rozmawiać o jedzeniu, o wiele bardziej jego myśli zajmowało coś zupełnie innego.
      Nie ruszył się z miejsca, choć miał przecież iść do kuchni.
      – Sigyn... – zaczął ostrożnie, nie chciał zarzucać jej pytaniami, tym bardziej, że widział jak bardzo nie chciała mówić mu o porannych mdłościach, ale... musiał ją o to zapytać – Kochanie, posłuchaj... to co się dzisiaj stało, to omdlenie, twoje samopoczucie i te problemy z żołądkiem. Tak samo było z Narfim, pamiętasz? – na chwilę zawahał się czy powinien zapytać wprost czy poczekać aż sama mu powie, zdecydował jednak zapytać, wziął ją delikatnie za rękę i uśmiechnął się łagodnie, chcąc dać jej znać, że nie musi się obawiać i może mu szczerze powiedzieć całą prawdę – Czy ty... Czy ty jesteś w ciąży skarbie? – zapytał w końcu z troską i pewnym przejęciem.

      Piecyk i jego sprzeczne uczucia

      Usuń
  46. Uśmiechnął się słysząc te wszystkie wyjaśnienia. Chciał jakoś ją uspokoić i dać jej znać, że nic takiego się nie stało. Oboje mieli już dość nerwów na ten dzień. Tym bardziej nie chciał by Sigyn niepotrzebnie się martwiła. W końcu miała rację. Ostatnio przez dłuższy czas nie byli ze sobą, gdyby to rzeczywiście była ciąża powinni dowiedzieć się o tym już wcześniej. A ostatnie dni... Sam czuł się wykończony tym co się działo, więc tym bardziej Sigyn musiała czuć się fatalnie. Była osłabiona i zmęczona ciągłymi nerwami, potrzebowała spokoju i odpoczynku. Oboje tego potrzebowali.
    – Sigyn, kochanie, wiem jak to działa – odpowiedział łagodnie. Widział jak samo poruszenie tego tematu było dla niej niekomfortowe. Doskonale zdawał sobie sprawę dlaczego tak było. I chociaż w głębi serca żałował, że nie zostaną znowu rodzicami, to... to może tak było lepiej? Jeśli znów miałoby pójść coś nie tak? Nie chciał by Sigyn znów cierpiała, podobnie jak nie chciał mierzyć się z kolejną stratą. Rany po poprzedniej stracie, wciąż jeszcze były zbyt świeże, by przeżywać to wszystko na nowo.
    Przysunął się bliżej żony i wziął ją za ręce, zmuszając by przestała kurczowo zaciskać je na pościeli.
    – Już dobrze kochanie, nic się nie stało. Masz rację, to tylko przemęczenie i stres. Po prostu wolałem cię spytać , tak na wszelki wypadek... – uśmiechnął się do niej i z czułością ucałował obie jej dłonie – Nie przejmuj się już tym. Odpoczniesz parę dni i wszystko wróci do normy, zobaczysz. Dopilnuję tego, żeby było dobrze, obiecuję. – powiedział szczerze, mając nadzieję, że może chociaż częściowo wynagrodzi jej swoje błędy.
    – Odpoczywaj, a ja przyniosę ci coś do jedzenia – niechętnie wstając z łóżka. Ucałował ją jeszcze w czoło, zanim dość niechętnie opuścił sypialnię.
    Najchętniej nie zostawiałby Sigyn samej nawet na minutę. Zszedł do kuchni. Zgodnie z obietnicą przygotował ziołową herbatę i nałożył jej zupę. Po chwili namysłu nałożył też porcję dla siebie. Zjedzą wspólną, dość oryginalną kolację. W końcu sam dzisiaj prawie nic nie jadł, najpierw nie czuł się najlepiej po alkoholu i ledwo wmusił w siebie śniadanie, a potem był zbyt zdenerwowany i przejęty Sigyn, by myśleć o sobie. W końcu to ona była najważniejsza. Miał nadzieję, że naprawdę będzie lepiej, że spokój i odpoczynek pomogą i wszystko będzie dobrze... i że kiedyś, kiedy będzie już dobrze może w końcu uda im się ponownie zostać rodzicami. Kiedyś, kiedy nie będzie już tych wszystkich nierozwiązanych problemów, Odyna, wojny, ani całej reszty. W końcu teraz wszystko było zbyt trudne i skomplikowane, to nawet lepiej, że tym razem to wszystko był tylko przypadek.
    Zabrał tacę z jedzeniem i herbatą i wrócił do Sigyn.
    – Wszystko tak jak chciałaś... O ile życzyłaś sobie wspólną kolację w łóżku? – uśmiechnął się do niej.

    odrobinę rozczarowany Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  47. Usiadł obok niej na łóżku i oparł się wygodnie. Pomimo wcześniejszych zmartwień, miał w tej chwili zaskakująco dobry humor. Sam nie był pewien czy to widok uśmiechniętej Sigyn i wspólna kolacja czy po prostu radość z tego, że wreszcie zostawili za sobą wszystkie kłopoty z ostatnich dni. Może jedno i drugie.
    Dopiero kiedy zaczął jeść uświadomił sobie jak bardzo był głodny. Szybko też pożałował, że nałożył sobie tak niewiele. Nie miał jednak ani chęci, ani zbytnio siły by teraz się tym przejmować, w tej chwili marzył o odpoczynku, tym razem wspólnie z Sigyn. W końcu musiał dopilnować, by grzecznie spędziła resztę wieczoru i noc w łóżku.
    Uśmiechnął się do niej widząc jak kończy jeść. Na jej twarzy wreszcie pojawiły się rumieńce, najpewniej z powodu gorąca, które dodawały jej teraz niesamowitego uroku. Jeszcze większą radość sprawił mu widok Sigyn i jej słodkiego, nieco prowokującego uśmiechu, który tak uwielbiał. Podobnie to jak uwielbiał sposób w jaki na niego teraz patrzyła. Chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliła mu dojść do słowa. Nie spodziewał się tego co stało się chwilę później. Owszem, spodziewał się pocałunku, ale krótkiego i spokojnego, może jakiegoś miłego słowa, jak po zwyczajnej kolacji. Sigyn jednak zaskoczyła nagłą gwałtownością. Jej pocałunek był długi i głęboki. Gdy oplotła ramionami jego szyję, wciąż przeciągle go całując, przez chwilę miał wrażenie, że całkowicie odpływa zatracając się zupełnie w tej niespodziewanej i cudownej pieszczocie. Chciał ją objąć i przyciągnąć do siebie, byle tylko ta chwila trwała choć trochę dłużej. Jednak i tym razem zaskoczyła go zanim zdążył cokolwiek zrobić. Poczuł jak usiadła na nim, jak objęła go udami i jeszcze przez chwilę całowała go czule. Objął ją z nagłą gwałtownością, jakby obawiał się, że znów go czymś zaskoczy. Nie chciał by przestawała... Zaraz jednak odsunęła się nieznacznie, na tyle że czuł jej ciepły oddech na swoich wargach.
    – Dla takich napiwków powinienem częściej robić ci kolację do łóżka – odparł z rozbawieniem, słysząc jej komplement.
    Musnął delikatnie jej usta, by za moment ucałować kącik jej ust i przyjemnie ciepły policzek. Przez chwilę bez pośpiechu i z równą delikatnością całował jej szyję, stopniowo schodząc coraz niżej. Jedną dłoń przesunął nieco wyżej, wplatając palce w jej włosy, drugą wsunął pod jej sweterek, napawając się teraz przejmie ciepłym dotykiem jej skóry. W przeciwieństwie do Sigyn, obdarowywał ją pieszczotami bardzo spokojnie i powoli, zupełnie jakby celowo chciał się z nią nieco podrażnić.
    – Przypominam ci, że miałaś grzecznie odpoczywać... – mruknął przekornie pomiędzy kolejnymi pocałunkami. Tak naprawdę nie miał zamiaru wypuszczać jej teraz z objęć choćby na chwilkę, zresztą sam obiecał jej, że nie wypuści jej dzisiaj z łóżka.

    zadowolony Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  48. Uśmiechnął się sam do siebie, nie przerywając pieszczoty. Czuł jak zacisnęła mocniej dłoń na jego bluzce i cicho westchnęła, wiedział, że było jej dobrze. Nie chciał tego przerywać, dlatego bardzo niechętnie pozwolił, by oderwała go od obsypywania jej kolejnymi pocałunkami. Na chwilę ich spojrzenia się spotkały. Z przyjemnością wpatrywał się w jej piękne niebieskie oczy, w których teraz widział ten cudowny błysk radości. Miał chęć wpić się w jej usta, długo i namiętnie, jak ona przed chwilą, ale nie chciał jej przerywać. Zbyt lubił, gdy mówiła mu te wszystkie słodkie słowa. Zaraz zresztą sama go pocałowała. Krótko, o wiele zbyt krótko...
    Roześmiał się, gdy przyznała, że nie może zaprzeczyć iż w tej chwili grzecznie odpoczywa.
    – Mhm, jesteś bardzo grzeczna... – mruknął z zadowoleniem, czując dotyk jej dłoni, którą powoli przesuwała po jego klatce piersiowej.
    Ponownie spojrzał jej w oczy. Dłoń, którą niedawno bawił się jej włosami przesunął teraz na jej szyję, a potem nieco wyżej aż do podbródka, a wreszcie również ust. Delikatnie przejechał kciukiem po jej dolnej wardze.
    – …i tak bardzo piękna – wyszeptał patrząc na nią z zachwytem i całując ją delikatnie i krótko, znów o wiele zbyt krótko – Jesteś najpiękniejsza kobietą na świecie Sigyn. – I jesteś moja, tylko moja, dodał w myślach, napawając się jej bliskością i jej ciepłym oddechem. Wciąż delikatnie gładził opuszkami palców jej plecy, rozkoszując się gorącem bijącym od jej skóry i wrażeniem, jakby momentami wyczuwał delikatny dreszcz przebiegający przez jej ciało.
    – Ale z tego co pamiętam to ja miałem nie wypuścić cię z łóżka, a nie ty mnie – dodał po chwili, znów podnosząc na nią wzrok. Nie czekając na jej odpowiedź złożył na jej delikatnych ustach kolejny pocałunek, tym razem jednak długi i namiętny, taki jakiego tak bardzo brakowało mu po tych wszystkich krótkich i delikatnych pocałunkach, które tylko dodatkowo rozpalały w nim pragnienie.

    zauroczony swoją żoną Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  49. Rozkoszował się pocałunkiem i pasją, jaką Sigyn wkładała w jego odwzajemnianie. Czuł jak jej dłonie zdecydowanie sięgają do jego paska, a następnie wsuwają się pod jego bluzkę. Przez chwilę jego ciało przeszył przyjemny dreszcz pod wpływem jej dotyku. Uwielbiał, gdy Sigyn tak zdecydowanie wiedziała czego chce i gdy nie wahała się, w równie zdecydowany sposób, okazywać mu uczuć.
    Uśmiechnął się tylko, gdy ściągnęła z niego bluzkę. Nie pozostawał jej dłużny. Z równą niecierpliwością zdjął z niej jej sweterek, zupełnie jakby pragnął jak najszybciej pozbyć się wszystkich dzielących ich barier. Choć początkowo zamierzał przeciągać każdą chwilę, by napawać się nią jak najdłużej, teraz czuł raczej pragnienie i dziwny niedosyt. Z całego serca pragnął Sigyn tu i teraz, pragnął jej bliskości i z zachłannością chłonął każdą jej pieszczotę. Każdy dotyk jej gorącego ciała, rozpalał go jeszcze bardziej.
    – Zdecydowanie tak lepiej – odparł, wpatrując się w żonę z zachwytem i pożądaniem. Nie spodziewał się, że ten dzień skończy się w ten sposób, ale był niezwykle zadowolony. Sigyn po raz pierwszy od tak dawna wydawała się naprawdę zadowolona. Jej figlarne spojrzenia i słodkie uśmiechy, którymi go obdarowywała cieszyły go równie mocno jak wszystkie cudowne czułości. Był szczęśliwy widząc radość swojej żony, a także czując, że Sigyn pragnie go w tej chwili równie mocno, co on ją.
    Gdy lekko pchnęła go do tyłu i poczuł pod plecami chłód ściany przez chwilę przebiegł go lekki dreszcz. Chwilę później Sigyn znów była przy niej. Czuł ciepło bijące od jej ciała, nawet pomimo pewnego dystansu jaki dzielił ich ciała. Przymknął oczy rozkoszując się czułością i przyjemnością, za każdym razem, gdy jej delikatne usta dotykały jego skóry, a dłonie pieściły jego ciało. W tej chwili czuł, że należy do niej, całym sobą. Przygryzł wargę i wydał z siebie pełen przyjemności pomruk czując pocałunki Sigyn coraz niżej. Przez moment przypomniało mu się, to co powiedział jej niedawno, o tym, że gdyby go nie kochała i gdyby zależało jej tylko na przyjemności, to przecież miała tak wiele okazji, by go usidlić. Nie potrafił się jej oprzeć. Była jedyną kobietą w jego życiu przy której czuł coś takiego. Tak było właśnie w tej chwili. Każdy jej pocałunek wydawał mu się niezwykły, magiczny, zupełnie jakby z każdym pocałunkiem pozwalał jej się zaczarować. Podobnie każdy jej dotyk był jak delikatne muśnięcie ognia, przynosił przyjemne ciepło i tylko bardziej rozpalał w nim wewnętrzny żar. Czuł się w tej chwili cudownie. Z przyjemnością poddawał się Sigyn i każdej jej pieszczocie, czując jak niemal z każdą sekundą coraz bardziej należał do niej. Tylko do niej.
    Powoli przesunął dłońmi wzdłuż jej ciała, aż do bioder. Najchętniej zdarłby z niej w tel chwili resztę ubrań, by już nic nie oddzielało ich od siebie. Sigyn wciąż jednak na nim siedziała, mógł jedynie czekać na jej dalszy ruch, zwłaszcza że wcale nie miał ochoty jej przerywać. Wręcz przeciwnie, uwielbiał gdy robiła to co teraz... Doprowadzała go do szaleństwa, ale było to najcudowniejsze szaleństwo jakie znał.

    Piecyk, któremu jest bardzo dobrze

    OdpowiedzUsuń
  50. Całkowicie poddawał się tej chwili, napawał się każdą sekundą czułości. Kiedy Sigyn znów wpiła się w jego wargi, odwzajemnił jej pocałunek z zachłannością i całym swoim pragnieniem. Przez chwilę, nawet nie zwrócił uwagi, że przestała go dotykać, całkowicie pochłonięty smakiem jej słodkich ust. Nie miał pojęcia co planowała tym razem. Dzisiejszego wieczoru zaskakiwała go raz po raz. Od tak dawna nie widział jej tak pewnej siebie, tak odważnej w wyrażaniu tego czego pragnie i chętnej do przejmowania inicjatywy. Uwielbiał gdy taka była, jednak dopiero teraz uświadomił sobie jak bardzo tęsknił za chwilami takimi jak ta. Każde figlarne spojrzenie, każdy uśmiech, radość z jaką zaskakiwała go swoimi pomysłami i rzecz jasna pasja z jaką w tej chwili pokazywała mu jak bardzo go pragnie... Tak bardzo mu tego brakowało. Tym bardziej cieszył się tą chwilą podwójnie.
    Kiedy na chwilę się odsunęła, odrzucając na bok zbędny biustonosz, odpowiedział jej podobnym, pełnym zadowolenia i radości uśmiechem. Znacząco zerknął na jej delikatne i kształtne piersi, które tak uwielbiał, zaraz jednak przeniósł wzrok na jej twarz. Nigdy nie rozumiał czemu tak bardzo nie lubiła swoich piersi i z tej jednej kwestii nie przepadała nawet za jego pieszczotami. Teraz jednak zignorował to i gdy poczuł jak znów wróciła do składania słodkich pocałunków na jego szyi, nie potrafił się powstrzymać by choć przez chwilę nie poczuć delikatnego dotyku jej jędrnych piersi. Choć rozpalało go pragnienie, z całych sił starał się pieścić ją spokojnie i łagodnie, byle tylko nie poczuła się niekomfortowo. Nie trwało to jednak długo, gdyż Sigyn postanowiła pozbyć się w końcu reszty jego ubrań. Ochoczo jej w tym pomógł, sam również pragnąć w końcu ściągnąć z siebie wszystko, co oddzielało go od żony. Chwilę później spodnie również wylądowały gdzieś na podłodze, a Sigyn wróciła do przerwanej wcześniej pieszczoty. Czuł jej pocałunki coraz niżej, z każdym kolejnym czując narastające pożądanie.
    Przez krótką chwilę zauważył jej wahanie, spojrzała na niego zupełnie jakby nad czymś się zastanawiała. Nie był pewien co mogło znaczyć jej spojrzenie. W tej chwili wszystkie jego myśli skupione były jedynie wokół tego co działo się tu i teraz. Nie myślał o tym co działo się wcześniej, dzisiaj, wczoraj... Nie chciał nawet o tym myśleć. Chciał w pełni rozkoszować się tą niespodziewaną, pełną namiętności chwilą przyjemności, razem ze swoją cudowną żoną. Żoną, która zaskoczyła go po raz kolejny dzisiejszego dnia.
    Przez jego ciało przebiegł pełen dreszcz podniecenia, gdy tylko poczuł kolejną pieszczotę. Uśmiechnął się przez chwilę zanim z jego ust wyrwało się pełne rozkoszy westchnienie. Od dawna nie sprawiali sobie przyjemności w ten sposób. Tym bardziej miał wrażenie, że odczuwa wszystko o wiele bardziej intensywnie. Dawno nie czuł się tak cudownie jak teraz, nie sądził nawet, że po tak ciężkim dniu był w stanie czuć się tak wspaniale. Przygryzł wargę, po raz kolejny napawając się pieszczotą. Jedną dłoń zacisnął kurczowo na pościeli, drugą jakoś udało mu się odnaleźć Sigyn. Uścisnął lekko jej przedramię. Chciał coś powiedzieć, ale gdy tylko otworzył usta, nie zdołał wydusić z siebie ani słowa, a jedynie kolejny pełne rozkoszy jęk.

    bardzo szczęśliwy Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  51. Sprawiała mu niesamowitą przyjemność, chociaż pozostawiała mu ten pewien niedosyt, który tylko bardziej go rozpalał i sprawiał, że z każdą chwilą pragnął Sigyn coraz mocniej. Drażniła się z nim, w ten cudownie słodki sposób, który tak uwielbiał, a który doprowadzał go do prawdziwego szaleństwa na jej punkcie. Za każdym razem kiedy doprowadzała go na skraj rozkoszy, wycofywała się. Tak jak i teraz, gdy przerwała swoją pieszczotę i wróciła do kilku słodkich pocałunków.
    Gdy ujęła jego dłonie, prowadząc je po swoim ciele, wiedział, że czeka go kolejna niespodzianka z jej strony. Uśmiechnął się na samą myśl o tym co Sigyn planowała dla nich na ten wieczór. Z radością wziął udział w całej zabawie, pozwalając by kierowała nim, gdy wreszcie wspólnie pozbyli się ostatnich części garderoby. Zdążył zaledwie nieznacznie przesunąć się na środek łóżka, by było im wygodniej, gdy Sigyn dopilnowała by nie przestawał jej dotykać choćby na krótką chwilę. Oboje byli tak spragnieni swojej bliskości, wzajemnego dotyku i każdej wspólnej czułości. Ostatnie dni były koszmarem, jednak ten koszmar wydawał się w tej chwili przyjemnie odległy i nierealny. Teraz liczyli się tylko oni. Razem. Tak jak powinno być.
    Powoli i z przyjemnością sunął dłońmi wzdłuż jej ciała, poddając się i dając kierować Sigyn, która wciąż zaskakiwała go na nowo. Jej słodki i zaskakująco niewinny uśmiech dodawał jej w tej chwili jeszcze więcej uroku. Jego dłonie zatrzymały się w końcu na jej biodrach. Akurat w chwili, gdy jego słodka żona, równie powoli i bez zbędnego pośpiechu, pozwoliła by ich ciała nareszcie połączyły się w jedno. Westchnął cicho z zadowoleniem, niemal w tym samym momencie co ona. Po długich i nieśpiesznych pieszczotach, czuł jeszcze większą przyjemność i satysfakcję, gdy wreszcie mogli być ze sobą.
    Przymknął na chwilę oczy, gdy pochyliła się nad nim i wyszeptała te cudowne słowa. Czuł jej gorący oddech na swojej szyi, a każde z dwóch najpiękniejszych na świecie słów, zdawało się przyjemnie palić jego skórę, niczym ogień.
    – Ja też cię kocham... – wyszeptał do niej, chciał ją dogonić, odnaleźć jej usta i ucałować je z czułością, jednak i tym razem mu uciekła, słodko drażniąc się z nim. Uśmiechnął się do niej, wpatrując roziskrzonym i pełnym pożądania wzrokiem w jej twarz i w jej drobną sylwetkę, która powoli i delikatnie poruszała się przed nim niczym niewielki płomień, w bardzo łagodnym, zmysłowym tańcu.
    Zdecydowanie trzymał jej biodra, pragnąc by była jeszcze bliżej, chciał czuć jej bliskość jeszcze intensywniej. Posłusznie i z niesamowitą przyjemnością dawał się jej prowadzić, dostosowywał się do jej łagodnego, powolnego rytmu, który podobnie jak poprzednie pieszczoty sprawiał, że z każdą chwilą czuł jeszcze większe pragnienie. Sigyn znów drażniła się z nim, co jakiś czas zbliżając się na tyle, że niemal mógł ją pocałować, by chwilę później znów mu uciec obdarowując jedynie kolejnym słodkim uśmiechem.

    Piecyk, który uwielbia niespodzianki

    OdpowiedzUsuń
  52. Dał się jej całkowicie porwać, bez reszty pogrążył się w przyjemności, zatracił w ich wspólnej rozkoszy. Ich ciała poruszały się we wspólnym rytmie coraz szybciej, gubiąc gdzieś niedawny kontrolowany i powolny spokój. Teraz liczyła się tylko ich miłość, wzajemna słodka namiętność i przyjemność z bycia ze sobą. Ich westchnięcia i pomruki rozkoszy mieszały się ze sobą. W końcu przestała się z nim drażnić, a ich usta złączyły się w pełnym pasji i pragnienia pocałunku. Spijał z ust jej słodkie westchnięcie, gdy wreszcie ich miłość osiągnęła tak długo oczekiwany szczyt. Przyjemność przenikała całe jego ciało, nie pamiętał kiedy ostatnio czuł się tak wspaniale, jak teraz. Choć za każdym razem, gdy kochał się z Sigyn, czuł się wyjątkowo i z całego serca cieszył się z miłości, przyjemności i poczucia, że należą tylko do siebie, to... teraz było inaczej. To było coś więcej niż wspaniała wspólna chwila... Dzisiejszego wieczoru miał wrażenie, że zaczęli odzyskiwać coś, co stracili dawno temu. Dzisiejszego wieczoru znów widział w Sigyn zdecydowanie i ten słodki, figlarny błysk w oczach. Tęsknił za tym widokiem, za swoją szczęśliwą, pewną siebie żoną.
    Uśmiechnął się z radości pomiędzy kolejnymi długimi pocałunkami, wpatrując się z miłością w jej piękne, głębokie oczy. Z całego serca kochał ten wyraz jej oczu i błogi spokój jaki malował się na jej twarzy. Ten wieczór był całkowicie idealny. Wszystko było takie jak powinno być. Na dodatek widok szczęścia Sigyn był niczym spełnienie marzeń, zwłaszcza po tych wszystkich smutkach, które wreszcie pozostawili za sobą.
    Przytulił ją z czułością, odwzajemniając z pasją wszystkie pocałunki i całując ją ponownie, gdy tylko na chwilę ich usta oderwały się od siebie. Nie potrafił nawet na chwilę się z nią rozstać, najchętniej zasypałby ją kolejnymi czułościami. W końcu jednak ich pocałunki stały się bardziej spokojne, łagodniejsze, krótsze. Ich rozpalone ciała jakby na nowo przypomniały sobie o zmęczeniu. Dopiero czując pot na jej plecach i jej zmęczony oddech, gdy na chwilę przerywali pocałunki, przypomniał sobie o tym jak ciężki miała dzień. Choć najchętniej nie wypuszczały jej z ramion, zdawał sobie sprawę, że powinna odpocząć, oboje powinni odpocząć. Delikatnie otulił ją kołdrą, by za chwilę ponownie przytulić do siebie. Poczuł jak wtuliła się w niego i było z tym cudownie.
    – Byłaś dzisiaj cudowna kochanie, absolutnie cudowna... – wyszeptał po chwili, nie mogąc się powstrzymać i całując ponownie czubek jej głowy. Przez chwilę wpatrywał się w Sigyn, która wyglądała tak pięknie i słodko. Czasami nie mógł uwierzyć we własne szczęście i w to, że kobieta taka jak ona, ideał i spełnienie wszystkich snów, była w stanie go kochać, być z nim przez tyle lat i znosić tyle trudności. W tej chwili, patrząc na żonę, która leżała obok niego, wtulona w jego ciało, czuł się jakby był najszczęśliwszym mężczyzną na świecie, albo i we wszechświecie i wszystkich boskich światach jakie istniały.
    – Nawet nie wiesz jakim jestem szczęściarzem kochanie – odezwał się ponownie, nieco ciszej, z czułością – Mam najpiękniejszą, najbardziej pociągającą i najwspanialszą kobietę na świecie, która na dodatek jest moja i tylko moja.
    Przytulił ją mocniej, niczym największy skarb, jakby chciał tym gestem podziękować jej za to, że po prostu jest.

    jeszcze szczęśliwszy Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  53. Uśmiechnął się do niej, gdy Sigyn podniosła się na tyle, by ich twarze znajdowały się naprzeciw siebie. W tej chwili był tak zadowolony i przejęty myślami myślami o własnym szczęściu, które właśnie z czułością obejmował, że całkowicie zaskoczyło go pytanie Sigyn i dziwnie cichy ton jej głosu. Spojrzał na nią, zupełnie jakby w pierwszej chwili nie rozumiał o co właściwie go pyta, odpowiedź wydawała mu się tak oczywista...
    – Dlatego że cię kocham – odparł odruchowo, dopiero teraz uświadamiając sobie o co tak naprawdę go pytała. Nieco zbyt rozmarzony uśmiech zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca powadze. Spojrzał jej w oczy, zupełnie jakby pragnął z nich wyczytać o czym Sigyn tak naprawdę myślała w tej chwili.
    – Posłuchaj kochanie – zaczął łagodnie i z odpowiednią powagą, chcąc by wiedziała, by czuła, że jej pytanie jest dla niego bardzo ważne – wcale nie zależało mi na wpływach, poważaniu czy urodzie. Wiem, że wtedy kiedy się poznaliśmy zachowywałem się jakby było inaczej, ale... to była tylko poza, wiesz przecież.
    Zawahał się przez moment. Wspomnienie początków znajomości z Sigyn nagle wydawało mu się dość trudne. Pamiętał jak wtedy się zachowywał. Jak nie stronił od romansów. Wykorzystywał zainteresowanie jakie wzbudzał, by osiągać własne cele. Często nawet nie chodziło o przyjemność czy zaspokojenie fizycznych potrzeb, częściej nawet chodziło o wpływy, władzę, korzyści i poczucie wyższości jakie dawała mu wówczas świadomość przyprawiania rogów nawet komuś tak poważanemu jak Thor. Na tle wszystkiego co wtedy robił i jak się zachowywał, cała jego znajomość i relacja z Sigyn wydawała się wręcz niezrozumiała.
    – Te wszystkie boginie... one nie miały tak naprawdę nic do zaoferowania. Co z tego, że mogły mieć większe wpływy, czy uchodzić wśród bogów za piękne? – celowo zwrócił uwagę na ostatnie słowa i to, że była to opinia jedynie innych bogów, nie jego – Byłaś od nich lepsza pod każdym względem. I wcale nie chodziło o to, że po prostu byłaś inna. Owszem, zaimponowało mi to w jaki sposób patrzysz na świat, na mnie..., że masz swoje zasady i nie rozkładasz nóg przed kim popadnie, albo to że wyznawałaś wartości, które były mi całkowicie obce, a mimo to i tak starałaś się mnie zrozumieć i nie oceniać. To wszystko było ważne, bo żadna inna nie była tak niezwykła jak ty. Pomyśl, większość z pozostałych bogiń mogła poszczycić się co najwyżej urodą lub swoimi wpływami, które często i tak zależały od tego komu akurat się oddawały – nie krył nawet swojego niesmaku wobec tych innych.
    Mimo wszystko nie czuł się najlepiej rozmawiając na ten temat. Wiedział, że Sigyn często myślała o wszystkich jego dawnych kochankach, i o domniemanych kochankach... Że porównywała się z nimi. Nie lubił o tym rozmawiać. Nie lubił w ogóle poruszać tego tematu. Często żałował, że nie należał do Sigyn w taki sposób, w jaki ona należała do niego. Nawet jeśli teraz, od wieków, robił wszystko, by było tak jak powinno być... by Sigyn wiedziała, że jest jej i tylko jej., że jest jej wierny i oddany z całego serca i nie ma, oraz nigdy nie będzie, miejsca w jego życiu na nikogo prócz niej... Wciąż nie mógł wymazać swojej przeszłości.
    – Liczyłaś się dla mnie tylko Ty, bo byłaś dla mnie kimś więcej. Co prawda na początku bardzo mi się spodobałaś, bo jesteś piękna. Oszalałem na twoim punkcie, bo jesteś cudownie naturalna i subtelna. Pociągało mnie to o wiele bardziej niż uroda innych bogiń, które przy tobie wydawały się jeszcze bardziej wyzywające i pretensjonalne... Bardzo wtedy chciałem, żebyś była moją kochaną – przyznał z uśmiechem i pewnym zakłopotaniem. Czuł się dziwnie niezręcznie na myśl, że kiedykolwiek mógł patrzeć na swoją ukochaną w tak płytki sposób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Potem kiedy cię poznałem okazało się, że jesteś nie tylko piękna, ale masz w sobie coś czego nie miał nikt inny. Pokochałem cię właśnie za to kim jesteś. Kocham to jak patrzysz na świat, jaka jesteś dobra i wyrozumiała, kocham twoją siłę i upór, i to jak bardzo jesteś dzielna. Wniosłaś do mojego życia tak wiele, nauczyłaś mnie patrzeć na tyle spraw w zupełnie inny sposób, jaki pewnie nigdy nie przyszedłby mi do głowy. Dopiero przyjaźń z tobą uświadomiła mi jak błędnie i nieraz głupio postrzegałem świat. Rozumiesz mnie jak nikt inny, mogę z tobą porozmawiać o wszystkim, dzielić z tobą każdą ważną chwilę i wszystkie problemy. Pokazałaś mi uczucia, o jakich nie miałem pojęcia. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką kochanie i miłością mego życia. Jesteś najbardziej wyjątkową kobietą na świecie – pogładził ją delikatnie po policzku wpatrując się w jej głębokie, niebieskie oczy – Kocham cię Sigyn. Kocham to jak cudowną jesteś osobą, kocham wszystkie twoje zalety i słodkie wady, kocham każdą chwilę, gdy jestem z tobą. Nigdy nie mógłbym kochać nikogo innego.

      kochający całym serduszkiem Piecyk

      Usuń
  54. Wisakedjak w milczeniu wpatrywał się w wodospad i czerwone refleksy odbitych od wody promieni słońca. Od jakiegoś czasu coraz częściej zastanawiał się nad tym co działo się obecnie w Ameryce, pośród starych i nowych bogów. Myślał o nie tak dawnym spotkaniu z Wednesdayem, o jego młodym towarzyszu, śniącym o ptakach gromu i o tym, do czego zmierzał Bizon. Ale, ku własnemu zaskoczeniu, myślał również o przeszłości i dawnych przyjaźniach, które w większości przeminęły już całe wieki temu. Nie było nad czym rozmyślać, ani czego żałować, wszyscy dokonali świadomych, jednoznacznych wyborów. Wszyscy prócz Powracającego Księżyca, która od początku była rozdarta między członkami swojej własnej rodziny. Wisakedjak nie chciał jej krzywdy, tak jak, o dziwo, nie chciał również krzywdy Białego Kojota. Patrząc prawdzie w oczy nie byłby nawet sobą, gdyby bezkrytycznie zgadzał się z Bizonem. Od jakiegoś czasu rozmyślał nad alternatywami i tym, co mógłby zrobić by zaprowadzić pokój w sposób, który wydawał mu się właściwszy. Tym bardziej, że coś wisiało w powietrzu. Wyczuwał to zupełnie jakby czuł zbliżającą się burzę. Chwilowy spokój był jedynie zapowiedzią czegoś złego i, co gorsza, niespodziewanego. Jack zdawał sobie sprawę, że coś mu umyka, coś się zmienia, nie miał jedynak pojęcia co.
    Dzisiejszego dnia te myśli były silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Jack zgniótł pustą puszkę po budweiserze, wciąż wpatrując się w jeden punkt wodospadu, gdy wreszcie wszystko stało się jasne. Poczuł bardzo wyraźnie obecność Powracającego Księżyca. Bezbłędnie odnalazła właściwą drogę i przekroczyła zasłonę, która myliła zmysły ludzi i bogów, którzy nie potrafili odnaleźć jego domu, nawet stojąc naprzeciwko niego. Zupełnie jak Wednesday, który przy swojej ostatniej wizycie zmarnował blisko dwa miesiące krążąc w kółko wokół wzgórza, którego nie był w stanie dostrzec. Na tym właśnie polegała cała sztuczka. Szukający musiał wiedzieć kogo i dlaczego poszukuje. A poszukiwany musiał chcieć być odnaleziony.
    Powracający Księżyc była zawsze mile widziana. Miała czyste i szczere intencje, zupełnie inaczej niż jej biali pobratymcy. Była jedną z nielicznych istot, dla których dom Wisakedjaka zawsze stał otworem. Nigdy nie musiała prosić, ani błądzić w poszukiwaniu ukrytego wzgórza, często wręcz znajdując do niego drogę, której nie było na żadnej mapie, znanej nie tylko ludziom, ale i bogom. Zasługiwała na to. Jack czasami przyłapywał się na tym, że myślał o niej niemal jak o córce. Pamiętał jak lata temu Powracający Księżyc pogubiła się we własnych decyzjach, jak popełniła błędy, których bardzo później żałowała. Opowiedział jej wówczas o sobie i swojej młodości, całą historię o tym jak sam zgubił swoją drogą i popełnił błąd, który doprowadził do olbrzymiej katastrofy. Potem powiedział o tym jak wszystko naprawił i czego się wówczas nauczył. Nawet przez chwilę jej nie potępiał, była w końcu jeszcze tak młodziutka, że wydawała mu się niemal dzieckiem, które wciąż jeszcze ma przed sobą tak wiele do nauczenia się. Ale jak na tak młodą istotę, Powracający Księżyc była bardzo silna i dzielna. Dlatego właśnie Wisakedjaka ogarnął olbrzymi niepokój, gdy tylko poczuł towarzyszący jej potworny ból i rozpacz. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek widział ją w takim stanie, poza straszliwymi wspomnieniami, którymi kiedyś się z nim podzieliła.
    Wisakedjak wrócił do domu tylnym wejściem i udał się wprost ku drzwiom frontowym, by wpuścić ją do środka, choć jeszcze nie zdążyła zapukać do drzwi. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na nią, by jego niepokój wzmógł się jeszcze bardziej. Nie musiał nawet zgłębiać jej myśli, by domyślić się, co się z nią działo. Targające nią uczucia i chaotyczne, rozpaczliwe myśli, były dla niego tak wyraźne, że żaden wymuszony uśmiech, ani wysiłek by powstrzymać łzy, nie mógł odwrócić uwagi od tego co się działo. W tej chwili Jack musiał raczej wkładać wysiłek, by ignorować całą jej rozpacz, i myśli które wręcz krzyczały do niego, by móc z nią normalnie porozmawiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez słowa wpuścił ją do środka. Przez chwilę obserwując ją i otaczającą ją dziwną aurę, w której dostrzegł nienarodzoną jeszcze duszę. Z każdą chwilą i każdym nowym spostrzeżeniem, Jack dochodził do wniosku, że musiało wydarzyć się zdecydowanie więcej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Pomyślał nawet czy Bizon miał w tym swój udział czy sam również dał się zaskoczyć.
      – Rozgość się, przyda ci się odpoczynek po podróży. Zjawiłaś się w samą porę na obiad. – Zamknął drzwi i odezwał się w końcu. Nie pytał o to co się stało, w końcu na wszystko przyjdzie stosowna pora.
      – Jesteś bezpieczna, nikt cię tu nie znajdzie – dodał, jakby w odpowiedzi na jej myśli, które przytłaczały go pragnieniem bezpiecznego azylu i pewności, że wreszcie udało jej się uciec w miejsce, w którym jej mąż nie będzie mógł jej znaleźć. Jack nie pytał dlaczego tak bardzo chciała uciec od Białego Kojota. Nie próbował też wsłuchiwać się w jej myśli. Wolał by najpierw nieco się uspokoiła i sama zechciała podzielić się z nim wszystkim co się stało. W końcu nigdy jeszcze nie odmówił jej pomocy, nie musiała nawet o nią prosić.

      Wisakedjak



      [Dawno nie pisałem, więc mam nadzieję, że nie namotałem za bardzo. ;)]

      Usuń
  55. Na krótką chwilę zapadła cisza. Widział jak Sigyn wpatruje się w przestrzeń z dziwną powagą i skupieniem. Nie była to jednak cisza, która byłaby niezręczna czy męcząca. I choć nie miał pojęcia o czym w tej chwili myślała, podświadomie czuł, że wciąż wszystko było dobrze. Kiedy wreszcie przerwała tą chwilę milczenia uśmiechnął się nieznacznie. Po raz kolejny zaskoczyła go i sprawiła, że nie wiedział co powiedzieć. Nigdy nie mówił tego na głos, ale bardzo często zastanawiał się czemu tak właściwie Sigyn w ogóle go kochała. Mimo to ani raz jej o to nie spytał. Może po prostu bał się odpowiedzi? Nawet teraz, gdy mówiła to wszystko, obawiał się każdego kolejnego słowa. Gdy uniosła głowę by na niego spojrzeć, miał chęć odwrócić wzrok. Nie zrobił tego jednak. W skupieniu słuchał jej słów i chociaż bardzo się starał, nie potrafił zrozumieć jak właściwie mogła go kochać bez żadnego powodu. W tej chwili nie wiedział nawet czy powinien cieszyć się z powodu tak cudownej, całkowicie szczerej miłości, czy raczej czuć źle, że w żaden sposób nie zasłużył na jej uczucia. Wiedział, że nie wymagała od niego w zamian, ale... w głębi serca wciąż czuł, że powinien w jakiś sposób odwdzięczyć się jej za tą miłość.
    Miłość, która tak po prostu jest. Bez żadnego powodu, bez ciągłego doszukiwania się jakiejś racjonalnej przyczyny. Najpiękniejszą miłość jaką mógł sobie wymarzyć...
    Przytulił ją, delikatnie gładząc jej włosy. Z czułością ucałował czubek jej głowy. W tej chwili najchętniej tuliłby ją do siebie z całych sił, zwłaszcza gdy usłyszał od niej te cudowne słowa: wiem, że na całym świecie nie potrafiłabym kochać nikogo innego poza tobą. To były najcudowniejsze słowa jakie usłyszał z jej ust, zaraz po tym jak pierwszy raz powiedziała, że go kocha i gdy zgodziła się go poślubić. Z zadowoleniem przymknął oczy rozkoszując się bliskością Sigyn, przyjemnym ciepłem jakie wciąż biło od jej ciała, jej słodkim zapachem i łagodnym oddechem jaki czuł na swojej skórze... i tym, że ta cudowna kobieta kocha go w tak niezwykły sposób.
    – Zawsze będę cię kochać skarbie, zawsze. – powiedział cicho, wciąż delikatnie tuląc ją do siebie.
    Dopiero teraz, ciesząc się błogim spokojem, wraz z równie spokojną Sigyn obok siebie, poczuł jak bardzo był zmęczony wszystkim co się ostatnio działo. W ciągu tych paru dni oboje przeszli o wiele za dużo. Potrzebowali odpoczynku. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że może powinni rzucić wszystko i wyjechać wspólnie nie na weekend, a na tydzień lub dwa na wieś, pobyć tylko ze sobą, odpocząć i spędzić znów wspólnie czas.
    Nie miał pojęcia kiedy właściwie zasnął. Gdy w końcu się obudził, Sigyn wciąż spała. Przez chwilę leżał wtulony w nią, patrząc jak słodko i spokojnie śpi. Z całego serca kochał ten widok. Wstał bardzo ostrożnie, nie chcąc przypadkiem jej obudzić. Nie mógł jednak się powstrzymać by nie pocałować jej delikatnie. Miał wrażenie, że uśmiechnęła się przez sen, choć możliwe, że tylko mu się wydawało. Dzisiejszy pranek był na tyle cudowny, że wszystko wydawało mu się tak inne niż zwykle. Świat był bardziej kolorowy, spokojniejszy i piękniejszy. Czuł się dziwnie szczęśliwy, do tego stopnia, że każdy drobiazg sprawiał mu dziwną radość.
    Cichutko ubrał się, przy okazji zbierając rozrzucone na podłodze ubrania. Nie mógł powstrzymać uśmiechu na wspomnienie wczorajszego wieczoru, a zwłaszcza jego niespodziewanego zakończenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W wyśmienitym humorze zszedł na dół. Zanim jednak wziął się za przygotowywanie śniadania postanowił jeszcze wybrać się szybko do kwiaciarni, po bukiet najpiękniejszych czerwonych róż, jakie tylko uda mu się dostać. Całą drogę po kwiaty i z powrotem do domu przebył w niemal rekordowym tempie, w obawie by nie stracić ani jednej cennej chwili. Nie chciał by Sigyn obudziła się, gdy jego nie będzie w domu. Chciał raczej zrobić jej miłą niespodziankę. Na szczęście, gdy wrócił wciąż jeszcze słodko spała.
      Już nieco spokojniej i bez zbędnego pośpiechu zajął się przygotowywaniem śniadania. Z uśmiechem zajął się kuchnią do tego stopnia, że w pierwszej chwili nie zauważył nawet swojej żony, która zjawiła się w progu kuchni. Na jej widok uśmiechnął się jeszcze bardziej, choć jeszcze chwilę wcześniej mógłby przysiąc, że ten poranek był już całkowicie idealny.
      – Dzień dobry kochanie – powiedział podchodząc do niej. Objął ją w pasie, przyciągając nieco do siebie, po czym z czułością ucałował ją w policzek. Przez chwilę po prostu tulił ją do siebie, nie chcąc wypuścić z objęć.
      – Mam nadzieję, że dobrze dzisiaj spałaś? – wymruczał wprost do jej ucha, po czym musnął delikatnie wargami jej szyję

      Piecyk w cudownym humorze


      p.s. Kwiatki dostaniesz w kolejnym odpisie, bo tak ;)

      Usuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.