środa, 9 sierpnia 2017

the snowman who falls in love with a stove

Sigyn
nordycka bogini zwycięstw • w niektórych podaniach uważana też za boginię wierności • małżonka boga ognia, kłamstw i oszustw • wierna towarzyszka swojego męża • niosąca wytchnienie w cierpieniu • matka Narfi'ego i Váli'ego
---
Signild Linnéa Lyesmith • 15 marca 1985 • stan cywilny: mężatka • mąż: Loki Lyesmith • pochodzenie: pół-Norweżka, pół-Amerykanka • zawód: chirurg urazowy • miejsce zamieszkania: 2262 Glenridge Ave, Saint Paul, Minnesota • wolne chwile spędzane w WoodburyTroja
odautorsko

36 komentarzy:

  1. [Moja najwspanialsza na świecie żona <3
    W końcu jesteś! <3]

    - Mąż

    OdpowiedzUsuń
  2. [Moja cudowna, patatajająca, słodka Sigyn, taaaak! <3]

    Mike

    OdpowiedzUsuń
  3. [Przeczytałam, chcę ciastko! I zazdroszczę dopracowania karty, muszę się chyba w końcu zebrać i coś zmalować ;)
    To co, wątek z pasierbicą? ♥]

    Helcia

    OdpowiedzUsuń
  4. [A ja mam nadzieję, że uda mi się jej nie zniszczyć, bo chciałaby żeby pozostała taka kochana i urocza :)
    Faktycznie, ciężko było znaleźć coś więcej oprócz krótkich wzmianek, ale jak wiadomo internet nie ma końca, więc się udało na szczęście.
    Dziękuję za wszystkie miłe słowa, no i zaproszę Sigyn do wątku, bo czemu by nie :3]

    Ostara

    OdpowiedzUsuń
  5. Po raz kolejny wracając do domu czuł się nieswojo. Bał się tej chwili, gdy będzie musiał spojrzeć w oczy żonie, aż za dobrze wiedząc co w nich zobaczy. Smutek, zmęczenie, niepewność i ból... Sigyn nigdy nie umiała kłamać. Nawet kiedy uśmiechała się na powitanie, kiedy obejmowała go czule, obsypywała pocałunkami i mówiła o tym jak tęskniła, kiedy wciąż powtarzała, jak bardzo go kocha... przez cały ten czas aż nazbyt wyraźnie widział jak wiele wysiłku wkłada w każdy gest, w każde słowo, jak z całych sił próbuje udawać, że wszystko jest w porządku. On zwykle wtedy też udawał. Że nie dostrzega tego, co tak bardzo próbowała przed nim ukryć, że z całych sił docenia jej wszystkie, nawet najdrobniejsze starania i wysiłki, by było dobrze. Nawet jeśli wiedział, że to nie było rozwiązanie. Wiedział, że coś ją dręczyło i domyślał się z jakiego powodu. Mógł uśmiechać się do niej, udawać, że wszystko jest w porządku i starać się być przykładnym mężem. Mógł przynosić jej kwiaty, zasypywać ją prezentami i komplementami, mógł na każdym kroku okazywać jej czułość i miłość... Ale nie potrafił spojrzeć jej w oczy i tak po prostu okłamać. Nie chciał tego robić.
    Ale z drugiej strony nie wyobrażał sobie też jak miałby powiedzieć jej całą prawdę. Zbyt dobrze wiedział jak ciężko zniosła wiadomość o tym, że po tylu wiekach spokoju znów dał się wciągnąć w interesy z Odynem. Pamiętał też jak wiele wysiłku kosztowało ją wspieranie go w decyzji by pomóc Shadowowi. Co powiedziałaby teraz? Gdyby powiedział jej prawdę o tym co robi, o nowych bogach, o nadciągającej wojnie, o wszystkich planach, które tak skrupulatnie realizował. Domyślał się, że pewnie nie odezwałaby się ani słowem. A on musiałby jakoś zmierzyć się z tą nieznośną ciszą i widokiem kolejnego rozczarowania w jej oczach.
    Wciąż powtarzał sobie, że lepiej i bezpieczniej dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, byłoby trzymać ją jak najdalej od tego wszystkiego... Kłamstwo powtarzane setki razy staje się prawdą. Wmawiał sobie, że postępuje słusznie, że ją chroni. Mimo to czuł się źle, wiedział, że ją rani. Znikał na całe dnie, czasem nie wracał nawet na noc i chociaż nie robił nic złego, a przynajmniej nic złego wobec Sigyn, widział jak bardzo ją to niszczy. Zbyt wiele razy w przeszłości ją ranił, zawodził jej zaufanie, pozwalał poniżać ją godząc się na coś, na co nie powinien nigdy się godzić. Nie miał prawa oczekiwać, żeby mu ufała. Wiele razy chciał nawet powiedzieć jej choć część prawdy, by jakoś uspokoić. Ostatnio jednak Sigyn przestała już nawet zadawać pytania o to gdzie był lub dlaczego nie wrócił na noc.
    Wczorajszą noc również spędził poza domem. Tym razem jednak nie zamierzał już unikać tematu, ani spojrzenia żony. Chciał jej powiedzieć o tym, że zgodził się pracować dla nowych bogów, że nie będzie robił nic złego, po prostu będzie ich kierowcą. Że czasem może i będzie musiał zniknąć na jakiś czas, jadąc na drugi kraniec Ameryki, ale to przecież tylko praca. Nic złego się nie stanie. Potem może stopniowo powie jej więcej. O nowych bogach, może nawet o mr.Worldzie...
    W domu panowała nieprzyjemna cisza. Sigyn musiała wyjść już na dyżur. Może to i lepiej, miał więcej czasu by przemyśleć sobie wszystko, co chciał jej powiedzieć. Przez całe popołudnie i wieczór ułożył w głowie chyba z setkę scenariuszy tego, co planował jej przekazać. Łącznie z przeprosinami za to, że znów ją zawiódł, że nie był mężczyzną na jakiego zasługiwała.
    Również niemal cała noc minęła mu na rozmyślaniach. Nie lubił sypiać bez niej. Dopiero kiedy czuł jej bliskość, gdy mógł ją do siebie przytulić, czuł się naprawdę jak w domu. Kiedy znikała na nocne dyżury czuł się nieswojo i obco, ale zwykle nie zastanawiał się nad tym. Wystarczyło, że zobaczył ją dumną i szczęśliwą, gdy wracała do domu. Uwielbiał, gdy pomimo zmęczenia z uśmiechem opowiadała o tym jak znów uratowała czyjeś życie. Cieszył się wówczas razem z nią i natychmiast zapominał o całym świecie, w końcu szczęście Sigyn było dla niego wszystkim. Zwłaszcza teraz, gdy coraz trudniej było dostrzec uśmiech na jej twarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kończył właśnie przygotowywać jej śniadanie, po raz kolejny zerkając na zegarek. Sigyn powinna już wrócić... Zwykle nie zostawała w pracy po godzinach, a przynajmniej nie robiła tego bez informacji. Tym razem nie jednak zostawiła żadnej wiadomości. Może po prostu coś ją zatrzymało, zdarza się... Mimo to czuł dziwny niepokój. Z irytacją odrzucił połączenie od jednego z tych „nowych gnojków”. Nie miał teraz na to wszystko czasu. Zwłaszcza, że może zaraz zadzwoni Sigyn informując, że wróci trochę później niż zwykle.
      Na wszelki wypadek napisał do niej smsa. Przez chwilę siedział przy stole w kuchni wpatrując się w ekran telefonu. Dopiero po chwili dostrzegł kątem oka pomięty kawałek papieru, leżący obok kosza.
      Podniósł go i rozprostował. Widok listu nieco go zaskoczył. Spodziewał się raczej jakiejś notatki. Podświadomość podpowiadała mu nawet, że może Sigyn też ma przed nim jakieś sekrety. I chociaż wiedział, że było to niedorzeczne, nie mógł pozbyć się niepokoju. Jednak treść listu sprawiła, że niepokój zmienił się w strach i rozpacz. Znów ją skrzywdził, swoją ukochaną, słodką Sigyn, swój największy skarb. ”Lub jeśli nie jestem już dla Ciebie odpowiednia, a swoje szczęście znalazłeś gdzieś indziej…” Wpatrywał się w te słowa z pewnym niedowierzaniem, które chwilę później przerodziło się we wściekłość na samego siebie. Więc Sigyn sądziła, że on... Oczywiście, niby dlaczego miałaby sądzić inaczej? Przecież dał jej wystarczająco wiele powodów by tak myślała! Po tym jak mu zaufała, jak otworzyła przed nim serce i podarowała mu szczęście, o jakim zawsze marzył, zachował się jak skończony kretyn i zamiast walczyć o swoją miłość, wolał pieprzyć tą cholerną olbrzymkę. A potem? Potem było już tylko gorzej... Nienawidził samego siebie za to wszystko co jej zrobił. Za wszystkie poniżenia jakie musiała znosić i za każde obrzydliwe słowo jakie jej powiedział by zmusić ją do odejścia.
      Zagryzł nerwowo wargi, po raz kolejny wpatrując się w treść listu. Wiem, że jestem niedostatecznie dobrą żoną. Żoną, kochanką, kobietą. Nie mógł znieść tych słów. Ani tego, że Sigyn naprawdę mogła tak o sobie myśleć. Gdyby mógł, najchętniej powiedziałby jej teraz, że dla niego zawsze była ideałem. Najpiękniejszą kobietą jaką znał, że mógł bez końca wpatrywać się w jej oczy, że nikt nie miał tak pięknego uśmiechu jak ona, że uwielbiał słuchać jej głosu, że kochał jej cudowną delikatność i to że była tak inna niż wszyscy. Że nie mógł marzyć o lepszej kochance, bo to właśnie ona dawała mu coś wyjątkowego, że za każdym razem gdy się kochali czuł całą jej miłość i czułość. Że nigdy nie zasłużył na tak cudowną żonę, która gotowa była trwać przy nim niezależnie od tego co się stanie i że nawet mając całą wieczność nie byłby w stanie odwdzięczyć się jej za ogrom jej miłości... I że to on nie jest dość dobry dla niej...
      Bez zastanowienia zadzwonił do niej. Musiał z nią porozmawiać. Teraz. Powiedzieć jej to wszystko i jeszcze więcej.
      Nie odbierała. Zadzwonił ponownie. Znów nie odebrała. Miał już zadzwonić po raz kolejny, gdy na drugi numer przyszła wiadomość. Na krótką chwilę zamarł na widok zdjęcia dołączonego do wiadomości. Sigyn. Jego najdroższa słodka Sigyn. Związana, zakneblowana i na dodatek ranna. Szybko jednak otrząsnął się z przerażenia widząc dumną wiadomość od tego małego gnojka.
      Z wściekłością wypadł z domu, w duchu powtarzając sobie, że nie daruje. Zabije tego gówniarza. Zabije ich wszystkich jeśli będzie trzeba. Albo gorzej... Ukarze ich tak, by sami żałowali, że w ogóle powstali.
      * * *

      Usuń
    2. Wpadł do siedziby nowych bogów jak burza. W tej chwili starał się skupić tylko na tym, by jak najszybciej znaleźć się przy Sigyn, upewnić się, że nic jej nie jest i żaden z tych gówniarzy nie był na tyle głupi by jakoś ją skrzywdzić.
      W holu czekała już na niego Telewizja, wyraźnie poddenerwowana.
      – Mówiłam im, że to zły pomysł – odezwała się. Wyminął ją, całkowicie ignorując. Wtej chwili nie miał ochoty wdawać się w jakiekolwiek dyskusje, ani słuchać tego co miała mu do powiedzenia. Słyszał jej przyśpieszone kroki, gdy starała się za nim nadążyć.
      – Powinni dostać nauczkę za swoje zachowanie. Lekceważą cię... – kontynuowała – uważam, że powinni znać swoje miejsce.
      Nie słuchał jej. Nie miał zamiaru słuchać tych bzdur. Sam najlepiej wiedział co powinien zrobić Nie musiała mu tego powtarzać jakaś idiotka, przejęta aktualnie tylko tym, by znowu wypaść na „tą dobrą i idealną”. Wszedł do pomieszczenia. Gdy tylko się zjawił, wśród obecnych zapanowała nagła cisza.
      Gniew i determinacja by jak najszybciej znaleźć się przy Sigyn pozwalały mu zachować skupienie. Teraz jednak sam jej widok całkowicie wyprowadził go z równowagi. Wystarczyło, że tylko na nią spojrzał, by znów poczuł jak serce wali mu jak oszalałe i jak wielkie ogarnia go przerażenie. Siedziała związana i zakneblowana, z rany na czole sączyła się krew. W tej chwili miał chęć rozwiązać ją, opatrzyć zranienie, a potem mocno przytulić i przeprosić ją za to wszystko. Ale nie mógł tego zrobić. Nie tutaj, nie teraz i nie jako mr.World. Z całych sił musiał zmusić się do tego by nie wypaść ze swojej roli, nawet jeśli było ciężko.
      Na krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały. Wiedziała... Nie miał pojęcia jak, ale rozpoznała go. Jakimś cudem zawsze to potrafiła. Mógł dowolnie zmienić postać, a Sigyn jako jedyna i tak zawsze wiedziała. Tak samo jak zawsze umiała poznać, gdy kłamał. Błagam cię kochanie, nie wydaj mnie! Spojrzał na nią z niemą prośbą, mając nadzieję, że zrozumie.
      Panującą w pomieszczeniu ciszę przerwało dopiero pojawienie się Telewizji.
      – Ojej, biedactwo... – odezwała się patrząc na Sigyn - Jak mogliście w ten sposób potraktować... – zaczęła zwracając się do dwójki nastolatków, jednak umilkła widząc wściekłe spojrzenie swego przełożonego.
      W tej chwili miał chęć jak najszybciej rozprawić się z tymi gnojkami. Nie mógł jednak zostawić Sigyn w tym stanie. Podszedł do niej, starając się z całych sił by zapanować nad emocjami. Bał się, że wystarczy jedno jej słowo lub choćby dotyk, by stracił kontrolę i wypadł ze swojej roli.
      – Wybacz mi zachowanie moich ludzi – odezwał się w końcu. Miał wrażenie, że jego głos brzmiał dziwnie obco i nienaturalnie, nie tak jak zwykle powinien brzmieć głos Worlda. Ostrożnie wyjął jej knebel z ust, a następnie sięgnął do więzów, które po chwili opadły na ziemię. Miał chęć uleczyć jej ranę, jednak wiedział, że nie powinien tego robić przy reszcie nowych bogów. Zamiast tego podał jej jedynie chusteczkę, by mogła zatamować krwawienie. Przez cały ten czas starał się za wszelką cenę unikać jej spojrzenia. Już sama jej obecność, i to na wyciągnięcie ręki, sprawiała, że trudno było mu się skupić na odgrywaniu swojej roli.
      – Naprawdę jest mi bardzo przykro z powodu tego nieporozumienia. – kontynuował siląc się na bezemocjonalny ton, mający ukryć wszystkie szalejące wewnątrz uczucia – Dopilnuję, by ci którzy to zrobili zostali ukarani.
      – Ale jak to? – odezwał się w końcu jeden z nastolatków.
      – Dość! – warknął World, odwracając się w stronę obu młodych bogów, którzy najwyraźniej spodziewali się pochwały – Czyj to był pomysł?!
      Odpowiedziało mu pełne napięcia milczenie. Widział jak dwójka „sprawców” całego zajścia wymienia między sobą nerwowe spojrzenia. W końcu jeden z nich zdecydował się odezwać.
      – Przecież sam pan chciał... Myśleliśmy, że będzie pan zadowolony, jeśli przywieziemy panu tutaj tę... no... – wyraźnie powstrzymał się od bardziej dosadnego stwierdzenia.

      Usuń
    3. – Nie obchodzi mnie co sobie myśleliście. Ani co strzeliło wam do tych pustych łbów – przerwał ostro World. Był wściekły. Wściekły jak nigdy przedtem. W innej sytuacji zapewne całe to pomieszczenie stałoby już w ogniu, a dwójka kretynów, którzy ośmielili się podnieść rękę na jego Sigyn, wiłaby się już w konwulsjach, gdy ich ciała trawiłyby płomienie. Zamiast tego, stał jedynie nieruchomo wpatrując się w nich. Domyślał się już, który z tej dwójki wpadł na ten pomysł.
      – Chodź tutaj. No już! – powiedział, zupełnie jakby wydawał komendę, wskazując na jednego z dzieciaków, a następnie gestem przywołując go do siebie. Gdy chłopak posłusznie, choć niechętnie podszedł bliżej, World gestem wskazał na Sigyn.
      – Przeproś ją – polecił.
      – Co takiego?
      – Przeproś – powtórzył World, tym razem zdecydowanie ostrzej.
      – Niech będzie... – mruknął z irytacją nastolatek, po czym spojrzał na Sigyn i uśmiechnął się lekceważąco – Bardzo przepraszam. Może być? – dodał zerkając na Worlda.
      – Mam cię nauczyć tego jak powinieneś odnosić się do bogini? – spytał World z lodowatą wściekłością.
      Nastolatek nie zdążył jednak nic odpowiedzieć. World złapał go za kark, zupełnie jak niegrzecznego szczeniaka, a następnie brutalnie rzucił na ziemię, tak by cholerny gówniarz znalazł się na kolanach, tuż przed Sigyn. Wciąż trzymając go za kark odezwał się ponownie.
      – Pamiętaj z kim rozmawiasz, gówniarzu. Masz przed sobą prawdziwą boginię, której należy się szacunek! Możesz uważać się za boga, ale nigdy, przenigdy nie dorównasz jej choćby w najmniejszym stopniu. Jesteś nic nieznaczącym psem, niegodnym tego by choćby z nią rozmawiać. I lepiej błagaj ją o wybaczenie, bo od tego zależy co z tobą zrobię...
      Wyprostował się, puszczając nastolatka, po czym spojrzał na drugiego z nich.
      – Ciebie również to dotyczy – powiedział World, wciąż tym samym wściekłym i nie znoszącym sprzeciwu tonem – Przeproś.
      Nastolatek nieco skołowany również podszedł. Przez chwilę wahał się, jakby zastanawiał się co powinien zrobić.
      – Na kolana! – warknął World – Błagaj ją o wybaczenie!
      Dopiero gdy obaj sprawcy klęczeli i zmusili się do dość nieskładnego i wciąż niechętnego wydukania przeprosin, do których zresztą nie byli zbytnio przyzwyczajeni, World ponownie spojrzał na Sigyn.
      Wiedział, że była zbyt przestraszona całą sytuacją i jedyne czego w tej chwili chciała, to znaleźć się jak najdalej stąd. Bezpiecznie... On też tego pragnął. Spojrzał na nią łagodnie, chciał nawet uśmiechnąć się by dodać jej nieco otuchy, ale nie był pewien czy da radę. Już sam jej wzrok, to jak patrzyła na niego niczym wystraszone zwierzątko w pułapce, rozdzierało jego serce.
      – Czy przyjmujesz ich przeprosiny? – spytał łagodniej i z szacunkiem, zupełnie jakby chciał pokazać wszystkim dookoła jak powinni zwracać się do bogini.
      Kiedy nieśmiało skinęła głową, znów zwrócił się do dwójki nastolatków.
      – Macie szczęście. Możecie wstać – oznajmił. Nie zamierzał jednak pozwolić im odejść. Wiedział, że jeszcze z nimi nie skończył. Najpierw jednak musiał zabrać stąd Sigyn, do domu.
      – Oshun – zwrócił się do murzynki – Odwieź żonę Lokiego bezpiecznie do domu...
      – Ja mogę to zrobić – wtrąciła się Telewizja – Dopilnuję by wszystko było tak jak chcesz!
      – Nie – odparł zdecydowanie – Ty wezwij do mnie mr. Towna i przekaż mu, że mam dla niego mały bałagan do sprzątnięcia – znacząco zerknął w stronę dwójki nastolatków, po czym znów zwrócił się do Oshun – Zajmij się nią i dopilnuj, by nie stało się jej nic złego... – powiedział starając się zachować spokój i nie myśleć o tym, że musi powierzyć komuś swój największy skarb. Tym bardziej, że prócz mr. Towna jedynie Oshun znała prawdę i rozumiała jak bezpieczeństwo Sigyn było dla niego ważne.

      Piecyk z poczuciem winy i wściekły mr World

      Usuń
  6. [Może żeby twój bałwanek nie czuł się poszkodowany to tym razem wątek z Sigyn, chyba ze jakiś konkretny pomysł chodził ci po głowie z Oshun :D Nike może być takim szeptem dla Sigyn mówiącym "dasz radę, wytrzymaj jeszcze pięć minut"... a nie, to na treningu :D Ale tak serio to mogłaby ją trochę próbować podbuntować :)]

    Nike

    OdpowiedzUsuń
  7. [No i w końcu jest moja piękna i kochana mamusia! <3 Syn się ogarnia i niebawem odpisze! :*]

    Narfi

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie potrafił skupić się na czymkolwiek. Wciąż uciekał myślami do chwili, kiedy wreszcie znajdzie się w domu. Z Sigyn. Musiał jej wszystko wyjaśnić, wytłumaczyć, przeprosić... i starać się naprawić to co się stało. Wciąż myślał tylko o tym jak bardzo ją zranił, jak po raz kolejny zmarnował z trudem odbudowane zaufanie. Po tylu latach spokoju. Wciąż wracał pamięcią do tego okropnego listu, który znalazł dziś rano, do wszystkich strasznych rzeczy jakie jego Sigyn pisała o sobie. Przez niego. Przez to, że znowu ją oszukiwał, że znów dawał jej powody, by myślała, że nie jest dla niego ważna. Nerwowo zerknął na zegarek. Sigyn powinna już być w domu... Przez chwilę nawet nie słuchał tego co mówił do niego mr. Town. Dopiero dłuższa chwila niezręcznej ciszy sprawiła, że nieco się ocknął.
    – Niech pan do niej jedzie – odezwał się w końcu Town uważnie obserwując swojego szefa – Zajmę się wszystkim na miejscu. Niech pan jedzie do swojej żony.
    Przez chwilę się zawahał. Nie marzył o niczym innym, prócz tego by wreszcie wrócić do Sigyn... Z drugiej strony wiedział też, że musi dopilnować, by tych dwóch gnojków już nigdy nie odważyło się na podobny pomysł. By bali się nawet spojrzeć na Sigyn. Po wyjściu Oshun, urządził tej dwójce prawdziwe piekło. Teraz za wszelką cenę chciał upewnić się, że Town posprząta bałagan jak należy. Tymczasem Town jedynie uśmiechnął się ze stoickim, wręcz nienaturalnym spokojem, który jakimś cudem dodał Lokiemu nieco otuchy. Lubił swojego agenta. Może i Town nie był zbyt bystry, ale chociaż rozumiał niektóre sprawy. Jak miłość. Loki pamiętał jak kiedyś opowiedział mu o swojej żonie, o tym jaka była wspaniała, o wszystkim za co ją kochał. Nie wiedział nawet jakim cudem cała rozmowa skończyła się na udzielaniu Townowi porad w jego problemach sercowych. Co prawda Town do dzisiaj miewał pewne problemy, kiedy w czasie rozmowy powinien zwracać się do niego jako do Worlda, a kiedy jako do Lokiego. Niemniej jakoś dawał sobie radę.
    – Gdyby coś było nie tak na pewno do pana zadzwonię – dodał Town, widząc chwilowe wahanie w oczach szefa – Sam pan mówił, że ona jest najważniejsza.
    Loki wymamrotał jedynie jakieś podziękowania i kilka banałów odnośnie bycia w kontakcie, po czym wsiadł do samochodu i ruszył w stronę domu. Niemal natychmiast przemienił się w swoją prawdziwą postać, nie marnując czasu na to by się przebrać. Zresztą nie było nawet sensu przejmować się takimi drobiazgami, w końcu Sigyn i tak już wszystko wiedziała. Miał wrażenie, że w krótkim czasie złamał chyba wszystkie możliwe przepisy drogowe, byle tylko znaleźć się jak najszybciej w domu.
    Kiedy wreszcie zatrzymał się pod domem z jednej strony odetchnął z ulgą, z drugiej był przerażony na myśl o tym w jakim stanie może zastać Sigyn. W duchu miał nadzieję, że będzie na niego wściekła... Wszystko byle tylko nie zastał jej zapłakanej. W nerwowym pośpiechu przemierzył kolejny pusty pokój, aż wreszcie zastał ją w kuchni. Stała z kieliszkiem wina, wpatrując się gdzieś w przestrzeń. Chociaż nawet na niego nie spojrzała, aż zbyt dobrze wiedział co dostrzegłby w jej oczach. Rozczarowanie. Jeden wielki, potworny zawód z powodu tego co zrobił. Na samą tą myśl czuł nieprzyjemny ból. Chciał ją przeprosić, przytulić, opatrzyć jej rany i przysiąc na wszystko, że już nigdy więcej nie pozwoli jej skrzywdzić. Chciał by wygarnęła u wszystko co ją bolało, by mógł zmierzyć się z tym co zrobił i by chociaż spróbować jej to wyjaśnić. Chciał wiedzieć wszystko co się stało, czy jakoś ją skrzywdzili, czy mógłby coś zrobić. Cokolwiek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Kochanie, przybyłem najszybciej jak mogłem! Wszystko w porządku? Księżycu mego życia, co oni ci zrobili… Nie wybaczę sobie tego… Powiedz mi, wszystko w porządku? Zaraz opatrzę tą ranę… – najchętniej powiedziałby i zrobił wszystko naraz. Nie zdążył jednak nawet jej dotknąć, gdy z całych sił wymierzyła mu policzek. Na chwilę umilkł, odruchowo cofnął rękę i spuścił wzrok, czując się jak skarcony psiak. Uśmiechnął się nerwowo. Zawsze to robił. Uśmiechał się w najgorszym możliwym momencie i doprowadzał tym samym każdego do szału. A im było gorzej, tym bardziej nie potrafił nad tym zapanować. Tak jak w tej chwili... Wiedział, że musiał doprowadzić Sigyn do ostateczności, skoro zdecydowała się na coś takiego.
      — Nie waż się mnie więcej dotknąć – jej słowa zabolały go bardziej niż to co zrobiła przed chwilą.
      – Kochanie... Wszystko ci wyjaśnię, tylko daj mi szansę – nie posłuchał jej. Złapał ją za ręce. Nie zamierzał się poddawać. – Chciałem ci wszystko powiedzieć, ale nie wiedziałem jak. Na początku myślałem, że tak będzie lepiej, że jeśli nie będziesz niczego wiedziała to będziesz bezpieczna. Nie przypuszczałem, że ci idioci wymyślą coś takiego. Ani że ty będziesz myślała, że mam przed tobą sekrety, bo jest ktoś trzeci... Nie ma i nie było żadnej innej, tylko ty. To co napisałaś w tym liście... Sigyn... najdroższa... Jesteś dla mnie wszystkim, całym moim światem. Kocham cię i gdybym tylko wiedział... – mówił wszystko jednym tchem, chcąc powiedzieć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Widział napływające jej do oczu łzy, z którymi starała się walczyć, widział jak nawet nie chciała na niego spojrzeć. Mimo to nie poddawał się – Tu chodziło tylko o mnie. Nie chciałem cię w to mieszać, ani cię oszukiwać. Naprawdę myślałem, że tak będzie lepiej...
      Zdawał sobie sprawę jak beznadziejnie to wszystko brzmiało, ale sam nie miał pojęcia co powinien powiedzieć. Przyznać się, że nie chciał mówić jej całej prawdy, bo czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego? Bo nie chciał po raz kolejny jej rozczarować? Faktycznie osiągnął zamierzony cel...

      - zmartwiony Piecyk

      Usuń
  9. Kiedy w końcu przerwała jego nerwowy potok słów, przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Miała rację, we wszystkim miała rację. Rzadko brakowało mu słów, ale teraz... Teraz miał wrażenie, że cokolwiek powie, będzie tylko gorzej. Poza tym nie miał wytłumaczenia na to co robił w przeszłości, na to jak bardzo ją krzywdził. Nawet jeśli od tamtego czasu minęło ponad tysiąc lat, sam nie wybaczył sobie tego co robił. Nie miał prawa oczekiwać, że Sigyn kiedykolwiek mu to wybaczy. Mógł tylko w milczeniu słuchać jej gorzkich słów, gdy przypominała mu to wszystko, nie przerywać i pozwolić by wyrzuciła z siebie to wszstko, by nie tłumiła wciąż w sobie bólu i łez. Słuchać i za wszelką cenę nie pozwolić jej się wyrwać i odejść...
    – Sigyn... – odezwał się w końcu. Cicho. Spokojnie. Najłagodniej jak tylko potrafił.
    Ostrożnie rozluźnił uścisk, puszczając jej ręce. Zamiast tego delikatnie ujął jej twarz w dłonie. Starał się otrzeć choć część jej łez, chociaż chyba na próżno.
    – Masz rację. Masz rację we wszystkim... Robiłem ci okropne rzeczy i wiem, że raniłem cię bardziej niż ktokolwiek inny. Wiem też, że nie zasługuję na to byś kiedykolwiek mi to wszystko wybaczyła, bo tego nie da się wybaczyć... – starał się mówić spokojnie, nie chciał nawet myśleć o tym wszystkim, nie chciał znów skupiać się na sobie, ani na swoich problemach. Liczyła się tylko ona, tylko jego Sigyn... Po raz kolejny starał się otrzeć łzy z jej twarzy, choć było ich zbyt wiele. Zamiast tego po prostu uniósł jej podbródek zmuszając, by na niego spojrzała.
    – Sigyn... Spójrz na mnie proszę... Możesz mi nie wierzyć, że żałuję tego z całego serca. I wiem, że to brzmi głupio i uznasz to za kolejne kłamstwo, ale proszę posłuchaj. Nie chciałem cię narażać, ani obciążać tą wiedzą. Bałem się o ciebie, o to, że ktoś mógłby cię skrzywdzić próbując wyciągnąć z ciebie informacje. Nie potrafisz kłamać kochanie... Myślałem, że jeśli nie będziesz wiedziała będziesz bezpieczna. Po wszystkim co działo się w przeszłości, jak cierpiałaś przeze mnie. Chciałem trzymać cię jak najdalej od tego wszystkiego. I możesz mi nie wierzyć, ale chciałem ci powiedzieć. Widziałem jak jest ci ciężko i planowałem jakoś powoli, stopniowo wszystko ci wyjaśnić...
    Delikatnie pogładził ją po mokrym od łez policzku. Ostrożnie dotknął rany na czole, sprawiając by ta się zagoiła. Wiedział, że to niewiele znaczy, że o wiele boleśniej zranił jej serce, ale czuł, że musi zrobić cokolwiek.
    – Jesteś moją żoną Sigyn, jesteś dla mnie wszystkim... I obiecuję, że powiem ci wszystko, żadnych kłamstw, żadnych tajemnic. Tylko proszę uwierz mi.

    Bardzo smutny Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  10. Chciał zaprotestować, powiedzieć, że wcale jej nie okłamywał, że przez cały czas, od chwili kiedy ją poznał, okłamał ją tylko raz. Wtedy w jaskini, kiedy gotów był powiedzieć wszystko, nawet najbardziej nierealną głupotę, byle tylko jakoś przekonać ją do odejścia. Dopiero potem, po wielu latach dotarło do niego, że mógł po prostu pogodzić się z losem, bo i tak nie był w stanie niczego zmienić, a jedyne co osiągnął to zadawanie jej tak wiele, niepotrzebnego bólu. Rozumiał jednak, że nie chodziło jej tylko o kłamstwa. Chodziło o wszystkie chwile, gdy po prostu nie mówił prawdy. Gdy miał swoje tajemnice, o których jej nie mówił, a gdy już mówił, po prostu pomijał bardziej niewygodne fakty. Nie kłamał... ale to nie znaczy, że jej nie oszukiwał.
    To jasne, że nie mógł oczekiwać by mu zaufała.
    Pamiętał jak kiedyś powiedziała mu, że zawsze może z nią porozmawiać. O wszystkim... To było tego samego dnia, gdy powiedziała mu również, że go kocha, że zawsze będzie przy nim, jeśli będzie jej potrzebował. Dlaczego w takim razie wciąż miał przed nią tajemnice? Miał chęć powiedzieć jej, że to dlatego, że czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Że czasem cała prawda jest gorsza niż wszystko inne. Bo gdyby znała całą prawdę o wszystkich okropnościach w ich życiu, pewnie już dawno by ją stracił, pewnie wtedy nie mógłby liczyć nawet na odrobinę wyrozumiałości. Że wtedy pewnie nawet brzydziłaby się go dotknąć i że czasem lepiej po prostu nie wiedzieć...
    – To twoja ostatnia szansa. – Kolejna. Z bólem pomyślał kiedy poprzednim razem tak mówiła. Wtedy, gdy jak skończony idiota zamiast o nią walczyć, zostawił ją dla kochanki, a potem z całych sił błagał ją, by mu wybaczyła... I wtedy, gdy dał się publicznie upokorzyć. Gdy dał publicznie upokorzyć ją, jako jego żonę. I gdy przyznał się do kolejnego romansu tylko po to by nie upokarzać jej jeszcze bardziej prawdą. I teraz... Znowu.
    Nie powiedział nic, po prostu ją przytulił. Miał chęć obsypać ją pocałunkami i dziękować, ale tak zawsze kończyły się wszystkie przeprosiny. Zawsze gdy było źle przepraszał ją z całego serca, ona zawsze w końcu przyjmowała te przeprosiny, a on dziękował, całował ją, tulił do siebie i powtarzał jak bardzo ją kocha... Nie, teraz powinien zrobić, coś więcej, pokazać jej, że naprawdę mu zależy. Powinien powiedzieć jej całą prawdę, nie uciekać od tego...
    Najpierw jednak mocno przytulił ją do siebie. Czuł jak drżała z emocji i od płaczu, jak bardzo była zmęczona. Całą tą sytuacją, wszystkim co przeżywała przez niego przez ostatnie miesiące, gdy tak bardzo starała się za nich dwoje. Chciał ją uspokoić, pocieszyć. Jedną ręką łagodnie gładził jej włosy, drugą z całych sił tulił ją do siebie.
    – Już dobrze kochanie... Wiesz co ja myślałem w dniu naszego ślubu? – odezwał się w końcu, przez cały czas tuląc ją do siebie – Myślałem wtedy, że teraz nie potrzebuję już nic więcej. Że znalazłem swój największy skarb i jestem najszczęśliwszym mężczyzną we wszystkich dziewięciu światach, bo mogę nazywać ciebie moją żoną... – ucałował delikatnie czubek jej głowy – Ale też byłem wtedy przerażony. Tym, że nie będę umiał zadbać o ciebie, że nie ochronię cię przed całym tym złym światem, ani przed sobą samym. I nie było dnia, żebym o tym nie myślał. Zwłaszcza kiedy było źle i widziałem jak bardzo przeze mnie cierpisz. Nigdy sobie tego nie wybaczę Sigyn... tego jak bardzo cię raniłem i wciąż ranię... – czuł, że głos mimo woli zaczął mu drżeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mógł znieść myśli o tym jak wiele bólu zadał tej słodkiej i delikatnej istotce. Jego najdroższej Sigyn. Po raz kolejny przez myśl przemknęło mu, że może to wszystko był błąd. Że gdyby trzymał się od niej z daleka, gdyby tak uparcie nie wtrącał się w jej życie, może wszystko byłoby inaczej. Może znalazłaby swojego idealnego męża, miała gromadkę idealnych dzieci i była szczęśliwa. Uśmiechałaby się i czuła kochana, zamiast wciąż płakać i dzielnie znosić kolejne problemy, którym najwyraźniej nie było końca. Czym prędzej odrzucił od siebie tę myśl. Wiedział, że powinien nawet tak myśleć. Sigyn go kocha. Ponad wszystko, bardziej niż jakakolwiek inna kobieta byłaby w stanie kochać najbardziej idealnego mężczyznę.
      Ostrożnie wziął ją na ręce i ruszył w stronę salonu.
      – Powiem ci wszystko kochanie. Całą prawdę... Opowiem ci o nowych bogach i o mr. Worldzie, o tym czym się zajmuję i od jak dawna... Obiecuję, że nie będę niczego pomijał ani przed tobą ukrywał. Odpowiem ci nawet na najbardziej niewygodne pytania. Wszystko co tylko będziesz chciała.
      Usiadł na kanapie, biorąc ją na kolana. Zwykle uwielbiał, gdy siedziała mu na kolanach i wtulała się w niego. Obejmował ją wtedy, jeszcze bardziej tuląc do siebie, jakby chciał powiedzieć jej w ten sposób, że jest bezpieczna, że ochroni ją przed wszystkim i nie da nikomu skrzywdzić. Teraz nie myślał o tym. Czuł się jak potwór, który po raz kolejny zamiast chronić swoją ukochaną, sam ją krzywdzi. Teraz chciał tylko ją uspokoić i choć w drobnym stopniu naprawić to co zrobił.
      – Powiedz mi tylko co chcesz wiedzieć kochanie.

      Piecyk, który bardzo się stara

      Usuń
  11. [Wiem, pamiętam, już kawałek nawet mam, ale tak mnie zaabsorbowała Spadająca Gwiazda, że musiałam najpierw nią się zająć xD Jak tylko się ogarnę to Cię znajdę, wymyślimy coś fajnego ♥]

    Scintilla

    OdpowiedzUsuń
  12. Przez chwilę zastanawiał się co właściwie było początkiem. I początkiem czego? Zainteresowania nowymi bogami, układów z Odynem? A może kiedy właściwie zaczął być mr. Wordlem? Nie miał pojęcia od czego powinien właściwie zacząć. Może lepiej od tego co było najprostsze? Najłatwiejsze do wyjaśnienia?
    – Jeśli chcesz wiedzieć kiedy stałem się Worldem to było mniej więcej w połowie lat 50tych. Wtedy zacząłem budować jego tożsamość. Chyba że pytasz o moment, kiedy w ogóle zainteresowałem się nowymi bogami... pewnie było to jakoś w tym samym czasie, gdy przeżywałem fascynację prasą i koleją. Tylko wtedy jeszcze nie myślałem nad tym, żeby zostać ich przywódcą. – Pominął fakt, że wpadł na tej pomysł dopiero pod wpływem Odyna. Wiedział, że jeśli chce naprawić całą sytuację będzie musiał jej o tym powiedzieć, ale jeszcze nie teraz. Wolał nie zaczynać rozmowy od tematu Odyna. Najpierw wolał opowiedzieć jej tą „lepszą” część prawdy, a dopiero potem wspomnieć o tej nieco „gorszej”. Tak będzie łatwiej... Miał przynajmniej taką nadzieję.
    – Tak naprawdę, kiedy to wszystko się zaczęło, byłaś zbyt zajęta problemami naszego syna i walką o prawa Indian. Chociaż wtedy też poświęcałem na to nieco mniej czasu niż teraz. Widzisz... dopiero ostatnio zaczęło pojawiać się coraz więcej nowych bogów i coraz trudniej było mi pogodzić ze sobą to wszystko. Starałem się jakoś wynagrodzić ci to, że znikam... Nie sądziłem, że pomyślisz, że mam kogoś innego – znów mimowolnie wrócił do tego tematu – Nie zmarnowałbym ostatniej szansy, którą mi dałaś. Nigdy...
    Na chwilę zamilkł. Wiedział, że nie powinien wracać do tego tematu, tak samo jak wiedział, że pewnie zaraz znów usłyszy o Skadi i o tym, że już raz zmarnował swoją szansę. Miał mówić o nowych bogach, a nie w kółko rozmyślać o jednym. Nawet jeśli bolało go, że Sigyn naprawdę sądziła, że po tym wszystkim co razem przeszli, po tym jak pomimo wszystkich problemów wciąż trzymali się razem, mógłby kiedykolwiek ją zdradzić.
    – Nie robiłem nic złego – kontynuował w końcu – Zaczęło się od tego, że próbowałem zjednoczyć nowych bogów. Wciąż powstawali, byli samotni, chaotyczni i niezorganizowani. Nie mieli nawet pojęcia jak mogą wykorzystywać to kim są. Starzy bogowie albo ich lekceważyli albo darzyli wrogością. Ja po prostu im pomagałem. Pokazywałem im, że są inni tacy jak oni, że mogą współpracować i wspólnie coś stworzyć. Zbudowałem sobie taki własny Asgard. Tylko na moich zasadach. Po prostu współpracowaliśmy. Oni wcale nie są źli. Większość jest jak zagubione dzieci, marzące o tym by zmieniać świat na lepsze i uszczęśliwiać ludzi. A potem zacząłem pomagać starym bogom, tym zapomnianym. Sama wiesz jak niektórzy z nich potrafią być zdesperowani byle tylko przeżyć. Zaoferowałem im nową szansę, nowe życie. Pomagałem przystosować się do zmieniającego się świata, znaleźć coś, czego mogliby się trzymać by przetrwać. Po prostu dawałem im nadzieję. I nie wymagałem od nich nic w zamian. No może tylko odrobiny wdzięczności kiedyś, w przyszłości. To naprawdę nie było nic złego i myślę, że mogłoby ci się to wszystko spodobać. W końcu udawało mi się coś budować zamiast niszczyć. I pomogłem naprawdę wielu zapomnianym bogom. Tym mniej zapomnianym też. – Zawahał się. Nie chciał kłamać i wmawiać jej, że robił to bezinteresownie. Owszem może i robił coś dobrego, ale ze złych pobudek.
    – Tylko widzisz... nie skończyło się tylko na tym. Gdyby tak było już dawno powiedziałbym ci wszystko. Nic ci nie mówiłem, bo chciałem trzymać cię jak najdalej od wojny. Nie mogłem pozwolić, żebyś w jakikolwiek sposób została wmieszana w ten konflikt. Zwłaszcza, że znów chodzi o Odyna... – ostatnie zdanie powiedział zdecydowanie ciszej, nie do końca pewny czy nie porusza jego tematu zbyt szybko.

    szczery Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  13. Jej reakcja uświadomiła mu, że to jednak nie był zbyt dobry pomysł, by tak szybko poruszać temat Odyna. Mógł jakoś inaczej do tego podejść, choć nie bardzo wiedział jak. W końcu obiecał jej szczerość.
    Nerwowo zagryzł wargi obserwując reakcję Sigyn.
    – Tak dokładnie, Odyn wmawia starym bogom, że nowi są zagrożeniem. Twierdzi, że to oni chcą wojny i zniszczenia starych bogów i że lepiej by starzy bogowie zaatakowali pierwsi i zniszczyli nowych, zanim tamci zniszczą ich. – wyjaśnił ostrożnie, nie do końca pewien jak teraz powinien dawkować jej informacje, by jeszcze bardziej nie pogorszyć sprawy. Westchnął tylko.
    – Widzisz kochanie... Chodzi o to, że nowi bogowie wcale tego nie chcą. Widziałaś ich przecież... To banda głupich gówniarzy, którzy miewają kretyńskie pomysły i zachowują się jak dzikusy, ale... nie byliby w stanie nikomu zagrozić. Albo Telewizja. Sądzisz, że ta słodka idiotka byłaby zdolna do czegoś więcej? Może co najwyżej zirytować na śmierć... A inni? Uwierz mi spora część z nich jest o wiele bardziej zainteresowana uroczymi kociątkami niż jakąkolwiek wojną. Ale są aroganccy, irytujący i zbyt pewni swego. Wiedzą, że są o wiele bardziej potrzebni ludziom niż starzy bogowie. Sama wiesz, że ludzie nie potrzebują już bogów, chcą tylko czegoś co zajmie ich czas. Oni to robią. A starym bogom to przeszkadza. Odyn chce to wykorzystać, by skłonić tych, którzy tak myślą do działania. Dlatego planuje spotkanie w Domu na Skale. Tylko znasz Odyna... tu nie chodzi wcale o los starych bogów, ani o to, że nowi są zagrożeniem. Chodzi o wojnę. A czy może być coś lepszego od wojny bogów? Odyn chce krwi, bo czerpie z tego siłę. Pomyśl o tym Sigyn... jak wiele siły da mu rozlew krwi bogów. Starych, nowych, zapomnianych, wszystkich zebranych razem w jednej olbrzymiej krwawej bitwie. – Przerwał na chwilę wpatrując się w Sigyn. Nie miał pojęcia co powinien powiedzieć dalej. „Tylko widzisz kochanie, Odyn wiele nie osiągnie bez mojej pomocy i dlatego obiecałem, że pomogę mu wywołać wojnę, przekonam jakoś tych zagubionych, młodych idiotów do tego, że warto dać się pozabijać, a gdy przyjdzie co do czego poświęcę bitwę Odynowi? Ale nie martw się, bo i tak planuję go oszukać i w końcu jakoś się zemścić?” Czuł się fatalnie. Gdyby ją teraz okłamał... to wszystko mogłoby się skończyć. Mógłby przekonać ją, że wszystko jest w porządku, że nie pozwolił Odynowi na nowo mieszać się w ich życie. Tylko... Gdyby ją teraz okłamał straciłby ją na zawsze. Zraniłby ją po raz kolejny i nie wybaczyłby sobie tego do końca życia. Z drugiej strony nie miał pojęcia czy prawda nie była gorsza? Przynajmniej z punktu widzenia Sigyn. Wiedział, że jeśli powie jej prawdę uzna, że to co planuje jest złe, potworne i okropne. Zawsze tak bardzo przejmowała się, gdy robił coś, co było w jej mniemaniu „złe”. I chociaż on sam nie widział absolutnie żadnych powodów by odczuwać wyrzuty sumienia, to jednak mimo wszystko czuł się źle sprawiając przykrość Sigyn...
    Tak było też teraz. Do tej pory był wręcz dumny ze swojego planu. Ale na samą myśl, że ma o niej opowiedzieć Sigyn czuł się niezręcznie, zupełnie jakby naprawdę zamierzał zrobić coś złego.
    – Jeśli chodzi o moją rolę w tym wszystkim... – zaczął w końcu. Był cały spięty, wbił wzrok w podłogę starając się za wszelką cenę uniknąć spojrzenia Sigyn. Jak miał jej to powiedzieć? – Jako mr. World jestem przywódcą nowych bogów. Mógłbym ich zatrzymać, zdecydować o losie tej wojny, bitwy...

    zmęczony szczerością Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  14. Za każdym razem kiedy Narfi wspominał o swoich rodzicach czuła rozdrażnienie. Zbywała jego słowa, nie brała ich do siebie, czasami nawet tylko udawała, że słucha, w tym czasie zastanawiając się nad czymś zupełnie innym. Zazdrościła mu. Miał prawdziwą, kochającą rodzinę, która poświęcała mu czas i dbała o niego. A kogo miała ona? Matkę, której nawet nie pamięta oraz ojca, który pozwolił umieścić ją w Piekle i nie przyszedł do niej ani razu. Dzieliła ojca z Narfim, jednak ich wrażenia, wyobrażenia i wspomnienia znacznie się różniły.
    Można by pomyśleć, że po takim czasie powinno jej już przejść, jednak Hel była niesamowicie uparta. Nie miała najmniejszego zamiaru wybaczyć ojcu, bez względu na to jak bardzo będzie starał się zbliżyć. Może z czasem uda jej się przyzwyczaić do jego obecności, jednak chciała, żeby miał świadomość, że cokolwiek by zrobił, nigdy nie uzyska jej wybaczenia.
    Sprawa miała się inaczej z Sigyn, matką Narfiego. Choć miała krótki okres, w którym nienawidziła jej z całego serca, ta nienawiść zmieniła się w zwyczajną obojętność. Nie była zła, że ojciec miał kogoś innego, że założył nową rodzinę. Kochała swojego przyrodniego brata z całego serca, bez względu na to, kto był jego matką i jakie miał dzieciństwo, dlatego nie przeszkadzała jej świadomość, że Sigyn istnieje. Minęło jednak dużo czasu zanim przekonała się do perspektywy spotkania na tyle, by w końcu je zrealizować. I nie zrobiła tego dla siebie czy ojca. Chciała to zrobić dla Narfiego, bo widziała jak bardzo mu na tym zależy, czego kompletnie nie rozumiała. Ale może nie musiała.
    Większa część jej pobytu w Nowym Świecie wiązała się z pracą, poświęcała temu każdą chwilę, nie zostawiając sobie miejsca na próby przystosowania się do nowego życia. Skupiła się na ośrodku, który był jej punktem zaczepienia, możliwością realizowania swojej funkcji. Większość czasu spędzała z żywymi, jednak te krótkie chwile, w których mogła odprowadzić umierającą duszę wystarczały, by czuła się silna.
    W Minnesocie była w sprawach służbowych. Znajdowała się tam główna siedziba firmy farmaceutycznej, która dostarczała potrzebne środki do pomocy osobom starszym, a Hel wolała załatwiać sprawy osobiście, a nie za pomocą nadal niezrozumiałej dla niej technologii.
    Za sprawą Narfiego siedziała teraz w niewielkiej kawiarni w centrum miasta w oczekiwaniu na jego matkę, na kobietę, która związała się z jej ojcem. Nadal nie była przekonana do tego spotkania, nie rozumiała co miało mieć na celu. Wiedziała, że będzie dziwnie, niezręcznie, z wymuszonymi rozmowami i brakiem wspólnych tematów. Jedyne o czym mogły rozmawiać to Narfi, tylko tyle je łączyło. Poza ojcem, o którym Hel nie chciała słyszeć.

    Hel

    OdpowiedzUsuń
  15. Ale mógłbyś ich też do tej bitwy popchnąć, prawda?
    Jej pytanie zmusiło go by wreszcie unieść wzrok i spojrzeć na nią. Jej chłód i nienaturalny spokój szczerze go przerażały. To nie była jego słodka, urocza Sigyn, która zawsze cierpliwie i łagodnie umiała sprawić by się przed nią otworzył. Sigyn, która teraz przed nim stała, która patrzyła mu w oczy i z tak nienaturalnym spokojem mówiła o tym wszystkim, czego on nie potrafił jej powiedzieć, wydawała mu się kimś całkiem obcym. Przytłaczała go i sprawiała, że czuł się jak w potrzasku. Miał chęć jakoś się wycofać, uciec od tej rozmowy, od jej przeszywającego spojrzenia i tego nienaturalnego spokoju. Wolał by była na niego wściekła, by krzyczała i żądała wyjaśnień... Tak byłoby mu łatwiej.
    Uśmiechnął się nerwowo, słuchając jej słów, tego jak doskonale go rozgryzła i zrozumiała wszystko co próbował jej powiedzieć. Nic nie powiedział, w końcu Sigyn powiedziała już wszystko... On jedynie potakująco skinął głową. Dopiero po chwili zmusił się do czegoś więcej.
    – Odyn przyszedł do mnie na początku lat dwudziestych. Twierdził, że minęło już tyle lat i powinniśmy w końcu zapomnieć o tym „nieporozumieniu”. Tak to nazwał... – powiedział z goryczą, na samo wspomnienie tamtej rozmowy – Kazałem mu wtedy iść do diabła, powiedziałem, że nigdy więcej nie chcę go widzieć. Nie przekonywał mnie, zaproponował tylko wspólny interes i zostawił mnie bym przemyślał jego propozycje. Liczył, że sam do niego przyjdę... I miał rację, zawsze tak było. Za każdym razem było tak samo. Choćby nie wiem co mi zrobił, potem zawsze jakoś się łamałem i sam do niego przychodziłem. Jakbym był jego cholerną własnością... Wtedy też to zrobiłem. Długo myślałem i uznałem, że mógłbym w końcu się zemścić. Raz na zawsze. Po tym co mi zrobił mógłbym go zniszczyć nie brudząc sobie przy tym rąk. Nie łamiąc naszej przysięgi. Zgodziłem się na współpracę. Na początku to były zwykłe interesy, drobne oszustwa finansowe i inne sztuczki. Zabrzmi to bardzo źle, ale naprawdę dobrze wtedy się bawiłem. W jakimś sensie wróciłem do czasów, gdy między mną, a Odynem nie układało się tak źle. Kiedy wyruszaliśmy na wspólne wyprawy, oszukiwaliśmy wszystkich dookoła i świetnie się przy tym bawiliśmy. – spojrzał na Sigyn przepraszająco. Nie musiała nic mówić, wiedział co myślała o Odynie... i o nim. Wiedział, że jeśli istniało cokolwiek czego Sigyn szczerze nienawidziła, to była to jego relacja z Odynem. On sam tego nienawidził. Zwłaszcza chwil, kiedy musiał wybierać między Odynem, a Sigyn. Lub kiedy jedno z nich zmuszało go do wyboru. Nienawidził tego jak bardzo dawał się krzywdzić Odynowi, jak mimo prób buntu zawsze w końcu się mu poddawał i jak za każdym razem, kiedy obiecywał sobie, że już nigdy więcej wracał do niego, jak skrzywdzony pies, do swego oprawcy. Jeszcze bardziej nienawidził tego jak niewiele potrzebował, by poczuć się przy Odynie dobrze...
    – A potem... – kontynuował – Potem Odyn wpadł na pomysł wojny bogów. Obaj mieliśmy sobie pomóc i zdobyć moc o jakiej nawet nam się nie śniło. Dla niego wojna, dla mnie chaos i największe oszustwo w historii. To był dobry plan i dobra okazja, bym mógł się na nim zemścić. Nie mogłem zmarnować takiej okazji... Rozumiesz to prawda? – zapytał niepewnie. Nie miał pojęcia czy rozumiała, a jeśli nawet to pewnie potępiała – Zaplanowaliśmy wszystko od początku do końca. Pojawienie się Worlda, skupienie nowych bogów. Nie śpieszyło nam się. Tym bardziej, że musieliśmy poczekać na Baldera... Shadowa. Bo widzisz kochanie. Ciężko byłoby pchnąć obie strony do wojny bez odpowiedniego symbolu. I odpowiedniej ofiary. – czuł, że wkracza na grząski grunt i temat, którego najbardziej chciał uniknąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? – zapytał uśmiechając się nerwowo – To, że Odyn skazał mnie na te tortury w jaskini, zniszczył całą moją rodzinę, zniszczył ciebie, naszych synów, a potem... Wiesz o co mnie potem poprosił? Żebym pomógł mu zabić Shadowa. Baldera... Bo przecież mam już w tym doświadczenie. – z trudem powstrzymał wybuch gorzkiego śmiechu, podobnie jak z równie wielkim wysiłkiem zmusił się by nie unikać wzroku żony, po chwili dodał już zdecydowanie spokojniej – Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie chciałem tego. Znaczy... na początku było mi wszystko jedno. Dopiero potem stwierdziłem, że wcale tego nie chcę. Może to dziwnie brzmi, ale gdyby Balder, którego znałem był taki jak Shadow, pewnie nawet nie przyszłoby mi do głowy by go zabić. Shadow jest... w porządku. Dlatego powiedziałem Odynowi, żeby robił z nim co chce, ja nie przyłożę do tego ręki. Zgodziłem się jedynie sprowokować obie strony do walki. Odyn miał w końcu posłuchać pokojowych deklaracji nowych bogów, zgodzić się na spotkanie... a ja miałem go zdradzić. Starzy bogowie mieli uwierzyć, że nie można wierzyć nowym bogom. Ale to dopiero śmierć Shadowa miała ostatecznie pchnąć ich do wojny. W końcu jak można zabić kogoś tak dobrego i niewinnego. Jak można skrzywdzić wspaniałego Baldera, po którym cały świat gotów jest płakać... – skrzywił się na to wspomnienie, podobnie jak i na wspomnienie Baldera, który wcale nie był takim ideałem, za którego wszyscy go uważali.
      – A potem... – dodał już z pewną rezygnacją, zmęczony całą tą historią – Potem, gdy obie strony postanowią rzucić się sobie do gardeł miałem poświęcić bitwę Odynowi. Złożyć mu ofiarę z wojny bogów...
      Zamilkł na chwilę, by odetchnąć z ulgą, że wreszcie wyrzucił z siebie to wszystko. Po chwili odezwał się znowu, tym razem już o wiele swobodniej i z wyraźnym zadowoleniem z siebie.
      – Oczywiście to był tylko plan Odyna. Nie zamierzałem go realizować. A przynajmniej nie w całości. Mówiłem ci przecież, że od początku zaangażowałem się w to wszystko tylko po to by móc wreszcie się odegrać. Odyn coraz bardziej słabnie, potrzebuje wojny i krwi, by nabrać sił. Sama wojna nie da mu zbyt wielu korzyści, póki nie będzie mu poświęcona. – w końcu poczuł się na tyle pewnie, by wstać i podejść do Sigyn i ujął ją delikatnie za ramiona – Chciałem by wierzył, że realizuję jego plan, krok po kroku... aż do ostatniego momentu, do samego początku bitwy. I wtedy zamiast jemu oddałbym bitwę tobie. Nie ważne, która ze stron by wygrała, zwycięstwo byłoby twoje. Cała moc, której Odyn tak bardzo pragnął przypadłaby tylko nam. Byłabyś potężniejsza niż kiedykolwiek przedtem. Oboje byśmy byli. A dla Odyna byłby to ostateczny cios, z którego najpewniej nie byłby w stanie już się podnieść. Nie musiałbym nic robić, mógłbym patrzeć na to jak sam siebie niszczy, jak powoli zabija go zapomnienie i brak świeżej krwi przelewanej w jego imieniu. Pomyśl o tym kochanie, mielibyśmy wszystko. Siłę, moc... i zemstę za wszystkie krzywdy jakie kiedykolwiek nam wyrządzono.

      Piecyk, dumny ze swojego planu

      Usuń
  16. – To nie są nasi przyjaciele... – wycedził ze złością – Ani tym bardziej twoi przyjaciele...
    Jej gwałtowna reakcja z jednej strony go zaskoczyła, z drugiej dziwnie zabolała. Po tym jak powiedział jej całą prawdę, jak zdradził wszystkie swoje plany, jak przyznał się, że gotów był poświęcić wszystkich dookoła dla niej... Ona wolała ich. Wolała całą tą zbieraninę, w większości obcych jej bogów. Bolało go to... Bolało i doprowadzało do szału. Odkąd tylko ją poznał zawsze była dla niego najważniejsza. Dla niej jedynej mógł się starać lub coś zmienić. Dla niej gotów był nawet rozpętać koniec świata... Do tej pory myślał, że i ona uważa tak samo, skoro dobrowolnie była gotowa towarzyszyć mu do samego końca. Teraz jednak miał wrażenie, że tak naprawdę nic dla niej nie znaczy... skoro bardziej obchodził ją los tych wszystkich bogów.
    – Kto z nich niby jest naszym przyjacielem? Kto kiedykolwiek nam pomógł? Twoja wspaniała Frigg? Jedyna osoba, która mogła coś zmienić. Jedno jej słowo mogło ocalić naszych synów. Czy ci pomogła? Nie! Kto jeszcze? Thor, który grzecznie zaciągnął mnie do jaskini? A może indiańskie Duchy? Nie martw się, nawet gdybym był tak głupi, by próbować, to ich nawet nie da się zabić. Zresztą... Nawet oni by nam nie pomogli. Nie pomogli nawet swoim własnym ludziom! Woleli patrzeć jak nasz syn poświęca się dla ich sprawy, podczas gdy oni pozostawali bierni. Masz racje to wspaniali przyjaciele...
    Przez chwilę zastanowił się czy kiedykolwiek istniał ktoś prócz Sigyn, kogo mógłby nazwać swoim przyjacielem. Owszem, kiedyś, całe wieki temu, był Honir. Ale to było już tak dawno, że czasem zastanawiał się czy wspomnienia z tamtych czasów w ogóle były realne. Może to też było kłamstwo? Był jeszcze Shadow... Niby nie był jego przyjacielem, ale w jakiś niezrozumiały sposób przywiązał się do tego prostodusznego wielkoluda. Nawet jeśli w innym życiu nienawidził go z całego serca, teraz miał wrażenie, że gdyby wszystko potoczyło się inaczej może nawet mogliby być przyjaciółmi. Ale nie byli. I nigdy nie będą.
    – My nie mamy przyjaciół Sigyn. Mamy tylko siebie. I tak, nie obchodzi mnie co stanie się z całą resztą. Niech sobie giną. Mógłbym ich wszystkich zabić, mógłbym spalić cały ten pieprzony świat! Dla nas! Dla ciebie... – ostatnie słowa wypowiedział z dziwną goryczą, z trudem powstrzymując się od pytania czy ona byłaby w stanie zrobić dla niego to samo.
    A może to wszystko miało całkiem inny sens? To co powiedziała o zwycięstwie, o przekraczaniu własnych granic... Może tak naprawdę nigdy nie był dla niej ważny? Może wtedy w jaskini, gdy zdecydowała się z nim zostać i nieść mu ulgę, wcale nie chodziło o to co do niego czuła? Może chodziło tylko o starania, o przezwyciężanie własnych słabości i przekraczanie granic. Nie chciał o tym myśleć, nie chciał nawet dopuszczać do siebie tak niedorzecznej myśli, ale nie potrafił się jej pozbyć...
    – Tym dla ciebie jestem? – zapytał nagle. Niedawna złość i rozgoryczenie całkowicie ustąpiły miejsca czemuś, czego nie potrafił nawet nazwać. Czuł dziwny emocjonalny chaos, podobny do tego, który ostatnim razem czuł wtedy w jaskini. Kiedy z całych sił jednocześnie pragnął być blisko Sigyn, wiedzieć, że nie jest w tym wszystkim sam... i zarazem chciał zmusić ją do odejścia. Mówił cicho, z nienaturalnym spokojem, chociaż czuł, że ledwie kontroluje własny głos, który lada chwila zaczniemy drżeć z nadmiaru tłumionych emocji. – Tym dla ciebie jestem, tak? Przekraczaniem twoich własnych granic? Dlatego wtedy ze mną zostałaś? Czerpiesz siły z własnego poświęcenia i starań?

    zraniony Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  17. [Czeeeść, dziękuję bardzo za powitanie. Szczerze mówiąc wszystkie Twoje karty są cudne i naprawdę nie wiem czemu pod żadną z nich się do tej pory nie pojawiłam; teraz nadrabiam! ; D Cytat pochodzi z książki „Skalpel”, którą serdecznie polecam! I dziękuję za uwagę, mam wrażenie że zawsze wkradnie się jakiś złośliwy błąd.
    No ale! Ostatecznie wylądowałam u Twojej Sigyn, która skradła moje serduszko (milion serc za tak pięknie rozbudowane zakładki + gdzie moje ciastko? ;D) i bardzo chciałabym je jakoś połączyć. Co prawda nie mam konkretnego pomysłu na ich relacje, więc przyda się burza mózgów c;]

    MATKA ZIEMIA

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie słuchał jej. Nie chciał słuchać jak po raz kolejny idealizuje kogoś, kto wcale na to nie zasłużył. W tej chwili czuł, jakby Sigyn była w stanie wybaczyć każdemu nawet najcięższy błąd. Każdemu tylko nie jemu... Nie ważne co robił, ani jak bardzo się dla niej starał, zawsze w kółko wracali do tego co było. Zawsze była Angrboda i Skadi, zawsze było to cholerne wesele i Sleipnir. Zawsze musiał czuć, że nieważne co zrobi i tak nie będzie dla niej dość dobry. Zupełnie jak w tej pieprzonej jaskini. Nie był w stanie zrobić absolutnie nic. Mógł tylko biernie patrzeć na wspaniałą, doskonałą Sigyn, która została z nim mimo wszystko, od której dobrej woli zależy to jak bardzo będzie cierpiał, która jest tak dobra i łaskawa, że nawet teraz kocha go mimo wszystko. A on? Mógł jedynie być jej wdzięczny i jeszcze bardziej gardzić samym sobą, bo która kobieta chciałaby trwać przy nim mimo wszystko...
    Nie wiedział już co naprawdę myślał. Czy rzeczywiście uważał, że nie jest dla niej ważny... czy po prostu nie miał już sił się starać, skoro nigdy i tak nie będzie dla niej dość dobry. Nie chciał też jej słuchać, miał dość ciągłego poczucia winy. Miał dość bycia ciężarem dla własnej idealnej żony. Jej słowa docierały do niego jakby z oddali, czuł się jak w jakimś koszmarnym śnie słuchając tego wszystkiego co przez całe życie robił nie tak, jak cały czas ją zawodził, podczas gdy ona zawsze przy nim była...
    Jak starałam się dla ciebie być, bo nikt, nikt nie chciał dać ci szansy…
    Dlaczego? Dlaczego do jasnej cholery?! Bo była tak cudowna i zawsze litowała się nad tymi biednymi i pokrzywdzonymi? Nie chciał tego. Nie chciał jej litości!
    Która bogini zostałaby z tobą mimo wszystko? Która bogini pozwoliłaby podeptać i zmiażdżyć swoją reputację dla ciebie?
    Oczywiście... Tylko Sigyn. Bo kto inny byłby tak dobry i łaskawy, by pokochać kogoś takiego jak on. Znów w jego głowie pojawiła się natrętna myśl, której nijak nie potrafił się pozbyć... „Sądzisz, że ktokolwiek mógłby kochać kogoś takiego?” Czy Sigyn właśnie sama to przyznała? Spojrzał na nią, chociaż widział ją jak przez mgłę. Sam nie wiedział, czy to wina tego co czuł, czy po prostu nie potrafił opanować łez napływających mu do oczu. Na wszelki wypadek odwrócił się od niej. Nie chciał okazywać słabości, nie chciał by znów musiała się nad nim litować. Tym bardziej, że i tak na nią nie zasługiwał... Czy gdyby był bogiem, gdyby był taki jak inni... Czy w ogóle zwróciłaby na niego uwagę?
    Dopiero jej kolejne słowa na chwilę oderwały go od tych myśli. To co powiedziała... Nie pasowało do całej reszty. Jak mogła mówić, że to ONA na niego nie zasługuje. Przecież... Od początku to z nim było wszystko nie tak. Począwszy od tego jak bardzo obrzydliwe i nie na miejscu było samo jego istnienie, poprzez wszystkie jego błędy, którymi tak bardzo rozczarowywał ją i cały świat, aż do tego, że nie ważne co zrobi i tak zawsze będzie źle. Dlaczego w takim razie mówiła, że to ona na niego nie zasługuje? Przecież przez cały ten czas, mimo wysiłków i starań nie zaoferował jej nic...
    Nagle przypomniał sobie o liście, o tym co napisała. Co pisała o sobie. I o tym co wtedy chciał jej powiedzieć. Odwrócił się do niej, chciał coś powiedzieć, zaprotestować, ale zanim zdążył choćby zebrać myśli usłyszał od niej to...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jesteś potworem, Loki…
      Zamarł. W pierwszej chwili miał wrażenie, że się przesłyszał, że wcale tego nie powiedziała. Nie ona, nie jego Sigyn, która nigdy nie pozwalała mu w ten sposób o sobie mówić, ani nawet myśleć. A teraz... Sama tak go nazwała. Zabolało go to bardziej niż kiedy Odyn publicznie nazwał go męską kurwą, bardziej niż kiedy musiał znosić poniżenia na weselu... bardziej niż wszystko dotąd.
      Był. Potworem. Sigyn nazwała go potworem...
      – Tak. Jestem potworem. – przyznał z wściekłością. Skoro tak go widziała, skoro tak o nim myślała, to proszę bardzo, będzie potworem. – Doskonale wiedziałaś, że jestem potworem. Czego oczekiwałaś? Że mnie zmienisz? A może wcale nie chciałaś nic zmieniać i od początku ci się to podobało?
      W mgnieniu okna przemierzył salon i znalazł się tuż przy niej. Złapał ją za przedramię gwałtownie przyciągając do siebie.
      – Powiedz... Kręciło cię to kim jestem? Tak jak wszystkie inne chciałaś mieć „swojego potwora”, zobaczyć jak to jest... A może chciałaś się przekonać czy to prawda co boginie rozpowiadają o potworach? – cedził słowa powoli i z jadem, nie zastanawiał się nawet nad tym co mówi, nad tym czy ją rani, nachylił szepcząc jej kolejne słowa prosto do ucha – Przyznaj się, zgrywałaś niedostępną, bo naprawdę tak się bałaś czy może od początku chciałaś „być inna” by mieć mnie tylko dla siebie? To musiało być wspaniałe zwycięstwo mieć swojego własnego potwora. Podobało ci się kiedy miałaś mnie na własność? I kiedy inne boginie tak bardzo ci zazdrościły? O to ci od początku chodziło? Bo przecież nie mogłabyś kochać potwora, prawda?

      Piecyk, który jest potworem

      Usuń
  19. Dopiero kiedy w końcu, wciąż zaślepiony wściekłością, spojrzał na nią uświadomił sobie co właściwie zrobił. Pierwszy raz Sigyn patrzyła na niego w ten sposób... Nawet wtedy, gdy zdecydował się jej pokazać jak wygląda w swojej ognistej formie, nie widział w jej oczach takiego strachu. Strachu i rozpaczy. Patrzyła na niego jak... jak na potwora. Dopiero teraz naprawdę się nim poczuł. Tylko prawdziwy potwór powiedziałby coś takiego, doprowadził tą cudowną, delikatną istotkę do stanu, w którym patrzyłaby na niego w ten sposób. Jak w ogóle mógł powiedzieć takie rzeczy kobiecie, którą kochał całym sercem? Dla której poświęciłby wszystko co mógł?
    Puścił jej rękę, przez chwilę miał wrażenie, że Sigyn zaraz wybuchnie płaczem.
    – Sigyn... Nie... ja wcale nie... – nie miał pojęcia co powiedzieć. Nie miał nawet pojęcia co w niego wstąpiło, że zrobił coś takiego.
    Dopiero jej kolejne słowa naprawdę go otrzeźwiły.
    – Sigyn, przestań! Nie mów tak! – natychmiast ruszył za nią do kuchni. Wiedział, że musi ją powstrzymywać. Cokolwiek chciała zrobić...
    Widok Sigyn z nożem szczerze go przeraził. Jeszcze bardziej to co powiedziała.
    W tej chwili nie liczyło się już nic. Żadne okrutne słowa, którymi siebie ranili, ani żadne żale i pretensje. Liczyła się tylko ona. I to, że naprawdę mogła chcieć zrobić sobie krzywdę. Przez niego, przez to jakim okazał się potworem i jak bardzo ją skrzywdził...
    W tej chwili nie myślał już o niczym, prócz tego by nie stała jej się krzywda. W jednej chwili znalazł się przy niej łapiąc ją za ręce i siłą odciągając jej dłoń z nożem od szyi.
    – Sigyn, dość! Błagam cię, przestań! – chciał powiedzieć jej, że ją kocha, zawsze kochał i to ona jest jego jedyną miłością. Chociaż wiedział jak bardzo absurdalnie brzmiałoby to po tym, co jeszcze przed chwilą do niej mówił, jak potraktował ją jakby była kolejną, nic nie wartą zdzirą, a nie miłością i sensem jego życia...
    Nie miał pojęcia skąd w Sigyn pojawiło się nagle tyle siły. Do tej pory zawsze uważał ją za kruchą i delikatną, zawsze starał się być dla niej jak najłagodniejszy, w obawie, że mógłby zrobić jej krzywdę... Teraz, szarpiąc się z nią, ledwie mógł ją utrzymać.
    – Odłóż ten nóż, proszę cię! Porozmawiaj ze mną! – pragnął jakoś wyrwać ją z tego stanu. Najpierw jednak musiał zmusić ją by przestała się szarpać. Był przerażony, że w tym stanie jeszcze, choćby przypadkiem, zrobi sobie jakąś krzywdę.
    Kiedy w końcu nóż z brzękiem upadł na podłogę, na chwilę poczuł dziwną ulgę. Również Sigyn momentalnie przestała się szarpać... Spojrzał na nią z lekkim niepokojem. Była dziwnie blada. Odruchowo zerknął na leżący na podłodze nóż, na którym dostrzegł ślady krwi. Ponownie spojrzał na Sigyn, tym razem z przerażeniem na samą myśl, że mogła jednak... Nie dostrzegł na jej ciele żadnego zranienia. Zauważył za to jak z niepokojem patrzyła na niego. Podążył za jej spojrzeniem i dopiero teraz dostrzegł rozcięty rękaw marynarki. Wciąż nieco zaskoczony zdjął marynarki. Górna część rękawa koszuli była cała przesiąknięta krwią. Nie czuł żadnego bólu... Nie poczuł nawet kiedy to się stało...

    Zaskoczony Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  20. Miał wrażenie, że w ciągu jednej chwili cały świat wywrócił się do góry nogami. Jeszcze przed chwilą oboje ranili się słowami, przed chwilą z przerażeniem patrzył jak doprowadził swoją żonę na skraj wytrzymałości i do stanu, który absolutnie go przeraził, a teraz... Wszystko nagle się zmieniło. Słyszał głos Sigyn. Przejęty, pełen troski. Mówiła do niego zupełnie jak wtedy, gdy w przeszłości opatrywała mu rany. Nie zaprotestował, gdy kazała mu usiąść, ani gdy zdjęła z niego koszulę by obejrzeć ranę. Całkowicie biernie poddawał się wszystkiemu. Miał wrażenie, że obserwuje wszystko gdzieś z boku, że znajduje się w jakimś dziwnym śnie. Gdy wybiegła w pośpiechu z kuchni przez chwilę wpatrywał się w rozcięte ramię. Wciąż nie czuł bólu. Gdyby nie widok krwi, która obficie spływała mu po ręku chyba nawet nie uwierzyłby, że cokolwiek się stało. Obejrzał ranę. Cięcie było dość głębokie i było dużo krwi, ale... to nic takiego. Pewnie lada chwila samo się zagoi. Sigyn niepotrzebnie tak się tym martwiła...
    Jej cichy głos i polecenie by się nie ruszał nieco go zaskoczył. Nie miał pojęcia kiedy wróciła. Patrzył na nią jak pochylała się nad jego ramieniem, słuchał jak mówi do niego. Chyba nawet uśmiechnął się słuchając jej tłumaczeń odnośnie tego co musi zrobić. Gdy zaczęła dezynfekować ranę poczuł pieczenie i ból. Dopiero to wyrwało go z tego dziwnego odrętwienia. Słowa Sigyn nie były już tylko odległym echem, wszystkie bodźce stopniowo zaczęły do niego docierać. Patrzył jak zaczyna zszywać ranę...
    – Sigyn... Sigyn, kochanie... – wyszeptał, miał wrażenie, że słowa ledwie przechodzą mu przez zaciśnięte gardło.
    Patrzył na Sigyn, na to jak walczy z napływającymi do oczu łzami, jak w kółko powtarza „Przepraszam” nie reagując na nic. Złapał ją za rękę. Tylko tak mógł zwrócić jej uwagę, oderwać ją od pracowitego zszywania mu rany.
    – Sigyn, spójrz na mnie... – poprosił, wciąż kurczowo trzymał jej rękę, zdecydowany nie puścić jej, póki choć na chwilę nie przestanie przepraszać i nie poświęci mu chociaż chwili. By wysłuchać.
    – To nic. Nic się nie stało kochanie – powiedział łagodnie, uśmiechnął się do niej, nawet jeśli w tej chwili nie miał na to sił. Ale liczyła się tylko ona, tylko to by nie zadręczała się z jego powodu. Miał chęć powiedzieć, że należało mu się za to co jej powiedział, jak obrzydliwie ją potraktował. Wiedział jednak, że nie chciałaby tego słuchać. Nigdy nie chciała słuchać, gdy mówił w ten sposób. – Już dobrze mój Księżycu, już dobrze...
    Powoli, choć stanowczo uniósł jej rękę, po czym ucałował wewnętrzną stronę jej dłoni. Całkowicie ignorował fakt, że jej przeszkadza, nie pozwala zaszyć rany, chciał po prostu poczuć jej dotyk na swojej twarzy. Obsypywał jej rękę delikatnymi pocałunkami z całych sił starając powstrzymać się napływające mu do oczu łzy.
    – Sigyn. To co powiedziałem... Ty wiesz, że wcale tak nie myślę? Nigdy tak nie myślałem... Kocham cię i zawsze kochałem. Czasem celowo udawałem, że czuję się gorzej niż naprawdę tylko dlatego, żebyś dłużej ze mną została... Kiedy mnie do siebie zapraszałaś i pozwalałaś zostać dłużej czułem się jakbym naprawdę miał dom. W pałacu Odyna zawsze czułem się jak w klatce. A u ciebie... z tobą... – znów przerwał, przez chwilę znów całował jej rękę, tym razem długo i przeciągle. W tej chwili tak bardzo chciał ją przytulić, mieć ją blisko siebie... i ukryć te cholerne łzy, których nie mógł opanować. Zamrugał kilkakrotnie. Mając nadzieję, że Sigyn nic nie zauważyła, w końcu odezwał się ponownie – Kiedy mi powiedziałaś, że jeszcze nikogo nie miałaś... Wciąż planowałem jak mógłbym ukraść ci twój pierwszy pocałunek. – uśmiechnął się do tego wspomnienia, podobnie jak na myśl o wszystkich tych sytuacjach, kiedy był już tak blisko i tak niewiele brakowało... Sam wówczas dziwił się sobie, że nie wykorzystał sytuacji i po prostu jej nie pocałował, choć tak bardzo tego chciał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Wiem, że nigdy nie myślałaś o mnie tak jak inne. Że wcale nie obchodziło cię kim jestem. Ty jedna nawet nie byłaś ciekawa tego jak wyglądam jako ognisty olbrzym... I wiem, że nie zależało ci na tym by się przekonać jak to jest z kimś takim jak ja, bo przecież... miałaś ku temu tak wiele okazji. Już wtedy kiedy pierwszy raz mnie pocałowałaś byłem twój. Duszą i ciałem. Mogłaś zrobić ze mną wszystko... Gdybyś tylko chciała oddałbym ci się całkowicie. Dlatego wiem, że nigdy nie zależało ci na romansie, że zawsze szczerze mnie kochałaś... Bo nigdy nie przekroczyłaś pewnych granic, nawet jeśli ci na to pozwalałem, a nawet zachęcałem. Traktowałaś mnie inaczej, poważnie. Przy tobie czułem się kimś ważnym... – w końcu spojrzał na nią. Wciąż kurczowo zaciskał dłoń na jej ręce. Musiała go wysłuchać – Ty też nigdy nie byłaś dla mnie jak inne. One chciały tylko jednego. Gardziłem nimi. Zdradzały swoich mężów tylko po to, by zobaczyć jak to jest z kimś takim jak ja. A potem wracały do swoich „ukochanych” odgrywać wzorowe żony. Ty zawsze byłaś inna. Tylko z tobą mogłem porozmawiać, tylko przy tobie mogłem być szczery. Nie musiałem udawać kogoś kim nie jestem. Przy tobie czułem się jakbym miał swój dom i swoje miejsce. A kiedy pozwalałaś mi u siebie nocować wcale nie myślałem o tym by cię wykorzystać, po prostu było mi przy tobie dobrze. Nawet kiedy czasem przekraczałem granice podczas czułości, to wcale nie dlatego że myślałem tylko o jednym. Po prostu chciałem okazywać ci uczucia i zawsze było mi źle, gdy bałaś się, że zrobię coś czego nie chcesz... Nigdy bym cię nie skrzywdził. Nawet w czasie naszej nocy poślubnej byłem przerażony, że mógłbym zrobić coś czym sprawię ci ból. Naprawdę nie byłaś jak inne... To co powiedziałem... Masz rację jestem potworem. Zachowałem się jak potwór. Wciąż zachowuję się jak potwór. To ja powinienem cię przepraszać, a nie Ty mnie.

      Załamany Piecyk

      Usuń
  21. Bał się, że nie będzie chciała w ogóle go wysłuchać. W końcu nawet na to nie zasługiwał, nie po tym co jej powiedział. Kiedy pogładziła go po policzku, objęła i przytuliła miał chęć się odsunąć, powiedzieć jej, że nie powinna go w ogóle dotykać po tym co zrobił. Ale nie zaprotestował. Tylko wtulił się w nią. Zdrową ręką objął ją, kurczowo zaciskając palce na materiale jej bluzki. Zamknął oczy wsłuchując się w bicie jej serca, najcudowniejszy dźwięk jaki znał. Poczuł jak delikatnie go pocałowała. Przez chwilę było mu dobrze, zupełnie jakby nagle zniknęły wszystkie smutki i problemy. Jej bliskość i czułość zawsze była dla niego lekiem na wszystko. Gdyby ten dzień i ta koszmarna rozmowa skończyły się w ten sposób odetchnąłby z ulgą.
    Zamiast tego słowa Sigyn nieco go skołowały. Chociaż bardzo chciał, nie potrafił zapomnieć słów Sigyn, gdy jeszcze chwilę temu nazwała go potworem. Wciąż słyszał jej głos, gdy to mówiła, wciąż widział to jak wtedy na niego patrzyła... A teraz sama zabraniała mu tak mówić, znów nie pozwalała mu nawet tak o sobie myśleć. Nie miał pojęcia, której Sigyn ma słuchać. Zresztą... przecież był w połowie olbrzymem. W połowie potworem. To był fakt, któremu nawet nie było sensu zaprzeczać.
    Chociaż i tak o wiele bardziej zabolało go, gdy powiedziała, że jest złą żoną i zasłużyła na wszystko to co jej powiedział. Na dodatek znów wolała zająć się jego raną. Miał chęć powiedzieć, żeby to zostawiła, że samo się jakoś zagoi, ale nie protestował wiedząc jak zawsze bardzo przejmowała się takimi drobiazgami.
    – To ty jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. – powiedział patrząc na nią i na to jak w skupieniu zszywa mu ramię – Gdyby nie ty... pewnie dawno bym się załamał. Nadałaś mojemu życiu sens Sigyn. Nie wiem kim byłbym bez ciebie, ani czy w ogóle bym tu był... Nie jesteś i nigdy nie byłaś złą żoną. To ja w kółko cię zawodzę i doprowadzam na skraj wytrzymałości. Nie wiem co we mnie wstąpiło, że powiedziałem ci coś takiego...
    Pogładził ją delikatnie po przedramieniu nie chcąc znów przerywać jej pracy nad raną.
    – Kocham cię Sigyn... i przepraszam z całego serca.
    Po chwili wahania dodał.
    – Miałaś rację. To był głupi plan. Niezależnie kto by zwyciężył to byłaby jedna wielka rzeź. Takie zwycięstwo pewnie nie byłoby zbyt wiele warte... – nie był pewien jak ma z tego wybrnąć, nie wiedział nawet czego dokładnie oczekiwała od niego Sigyn. Wiedział jedynie, że ucieszyłaby się, gdyby w końcu zerwał z Odynem. I że była przerażona na myśl, co Odyn mógłby zrobić. Tylko... Tylko jeśli teraz chciałby się wycofać, Odyn na pewno by mu na to nie pozwolił. A to na pewno skończyłoby się o wiele gorzej, niż gdyby zdecydował się grać wedle jego reguł do samego końca.

    Piecyk z problemami

    OdpowiedzUsuń
  22. Poczekał aż skończy go opatrywać, a następnie obmywać z krwi. Przez myśl przemknęło mu, że powinien posprzątać zakrwawioną podłogę, ale... to mogło poczekać. Łagodny uśmiech na twarzy Sigyn był teraz najważniejszy. Może w końcu dojdą do porozumienia? Może w końcu ten koszmarny dzień się skończy i będzie chociaż trochę lepiej...
    Gdy w końcu do niego przyszła, objęła go, usiadła mu na kolanach. Gdy poczuł delikatny dotyk jej ust. Wszystko od razu wydało się prostsze. Nawet jeśli wciąż czuł się fatalnie i rozpamiętywał to co jej powiedział. I to co ona powiedziała... Teraz najważniejsza była i tak ona. Nie chciał jej już więcej ranić, nie chciał by była smutna, by płakała i by myślała te wszystkie straszne rzeczy. By znów chciała się w jakikolwiek sposób skrzywdzić przez to jak bardzo był dla niej zły. Objął ją delikatnie, ciesząc się jej bliskością. Uśmiechnął się czując jej ciepły oddech tuż przy swojej twarzy.
    – Pomyślałem o tym. – odpowiedział cicho – Dlatego trzymałem to wszystko w tajemnicy. Chciałem bycie byli daleko od tego wszystkiego. Ty i Vali mieliście nawet się o niczym nie dowiedzieć. A gdyby jednak... to nie pozwoliłbym wam się w to wtrącić. A Narfi... Myślę, że on wie. Oni wszyscy wiedzą. Duchy. Kiedy siedziałem z Shadowem w celi opowiadał mi swoje sny. Mówił, że w kółko nawiedzają go dwa sny. O wielkim drzewie i lesie z kości... oraz o tym jak znajduje się w dziwnym miejscu, jednocześnie na ziemi i pod ziemią. Jak spotyka tam człowieka-bizona z płonącymi oczami, który mówi zagadkami o przyszłości. O burzy, bogach i wojnie. Wiesz co znaczy ten sen. I kto za tym stoi. Myślę, że nasz Narfi również wie więcej niż możemy się spodziewać. I jeśli nie ja, to jego Duchy by go ochroniły. Nie pozwoliłyby mu się mieszać. – czuł się dziwnie to mówiąc. Jeszcze niedawno oskarżał Duchy o to, że pozwalały Narfiemu poświęcać się dla nich, a teraz... Nie miał pojęcia czemu, ale podświadomie wiedział, że oni coś planowali. Ostrzegali...
    Przymknął oczy słuchając słów Sigyn, tego co mówiła o nim, o zwycięstwie.
    Nie rozumiał jej. Chciał, ale nie potrafił zrozumieć. Zdrady, kłamstwa i podstępy były wszystkim co znał. W oszukanej grze najłatwiej jest wygrać. W jaki sposób ona chciała zrobić to inaczej? Jakiego poświęcenia oczekiwała? Miał poświęcić samego siebie? Odrzucić swoje metody, zmusić do działania wbrew sobie? Do uczciwej gry? Nie potrafił sobie nawet wyobrazić jak miałoby to wyglądać. Ba! Nie wiedział nawet czy to miała na myśli, tłumacząc mu ideę zwycięstwa, która brzmiała dla niego całkowicie obco i bez sensu... Zamiast tego skupił się na tym co było zdecydowanie prostsze.
    – Mógłbym ich zatrzymać. I czasem nawet myślę, że chciałbym to zrobić, bo podoba mi się to co zbudowałem. Tak jak czasem myślę, że Shadow... że on i Odyn nigdy nie powinni się spotkać. – nie umiał dokładnie określić co miał na myśli, po prostu czuł, że z jakiegoś powodu tym razem nie chce przykładać ręki do tego co ma się stać. – Widzisz kochanie... Mógłbym to zrobić, ale... Wiesz jak to by się skończyło, prawda? Wiesz, że Odyn nie pozwoli mi się tak po prostu wycofać. A jeśli zdradzę go zbyt wcześnie, zemści się. Jeśli na mnie... pewnie jakoś dam sobie radę. Jak zwykle... Ale jeśli postanowi znów odebrać mi ciebie? Albo naszych synów? Po tym co ostatnio zrobił... Jest do tego zdolny. Mówisz o poświęceniu, ale ja nie chcę poświęcać was... ciebie. – przytulił ją mocniej. Nie obchodził go los innych. Jeśli miał wybierać między wszystkimi bogami, a swoją rodziną, wolał swoją rodzinę.
    Westchnął tylko. Tego było zbyt wiele. Zbyt wiele wydarzeń, emocji i trudnych decyzji jak na jeden dzień. Oboje byli zmęczeni.
    – To wszystko jest trudne Sigyn... – przyznał w końcu – Muszę to wszystko przemyśleć. A ty musisz odpocząć. – pogładził ją delikatnie po policzku – Porozmawiamy o tym jutro, dobrze?

    Nieco skołowany Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  23. Uśmiechnął się słysząc jej warunki.
    – Kochanie, przecież jesteś moją żoną... – odparł łagodnie, chociaż jakaś część jego miała chęć spytać ją czy naprawdę tego chciała. Przez moment pomyślał, że gdyby nie poprosiła pewnie poszedłby dzisiaj nocować na kanapie. Wciąż czuł zbyt wiele wyrzutów sumienia za to co jej powiedział. Jak po tym wszystkim mogła w ogóle chcieć by ją całował i przytulał? Jak mogła chcieć zasnąć w jego ramionach? Jak mogła obejmować go tak czule i patrzeć na niego w ten sposób? Spojrzał jej w oczy, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tego chce. Że naprawdę go chce...
    Po całym tym koszmarnym dniu patrzyła na niego z taką czułością i uśmiechała się tak pięknie. Nie musiała prosić go drugi raz. Najpierw jedynie delikatnie musnął ustami jej usta, jakby wciąż nie wierząc, że to dzieje się naprawdę. Miał wrażenie, że to tylko piękny sen, który zaraz pryśnie. Ale nie mijał... A on całkował ją coraz zachłanniej. Tak bardzo tęsknił za słodkim smakiem jej ust, za jej bliskością i dotykiem. Objął ją mocniej, by mieć ją jak najbliżej siebie, by nie oddzielał ich żaden dystans. Z czułością przeciągał pocałunek, najchętniej w ogóle nie przerywałby tej chwili. Miał wrażenie, że ostatnich parę dni, które spędzili z dala od siebie było całą wiecznością. Kiedy w końcu na chwilę oderwał usta od jej ust, nie odsunął się od niej, choć poczucie winy wciąż podpowiadało mu że powinien to zrobić, że nie ma prawa do czułości, po tym co jej powiedział...
    – Ja też mam warunek... – wyszeptał jej do ucha, po czym delikatnie ucałował jej policzek i kącik ust – Opowiedz mi o tym dniu. – poprosił. Do tej pory Sigyn nigdy nie wspominała kiedy dokładnie zaczęła czuć coś więcej. Zawsze myślał, że wszystko zaczęło się wtedy w ogrodzie... pod wpływem emocji. Ale przecież sam czuł do niej coś więcej na długo przed tamtym dniem. Chciał to usłyszeć, dowiedzieć się od jak dawna nie był dla niej tylko przyjacielem.
    Przytulił ją do siebie i ostrożnie wstał trzymając ją na rękach. Uśmiechnął się, czując jak wciąż ciasno go obejmuje. I choć czuł się zupełnie dobrze, celowo starał się nie przemęczać zranionej ręki, byle tylko nie martwić Sigyn. Zresztą była tak drobniutka i lekka, że bez wysiłku zaniósł ją do sypialni. Delikatnie położył ją na łóżku. I chociaż wciąż czuł się nieswojo, nie potrafił oprzeć się pokusie i pocałował ją ponownie. Tym razem nieco bardziej niepewnie i przepraszająco, jakby z obawą, że tym razem zechce go od siebie odepchnąć.

    Piecyk bojący się odrzucenia

    OdpowiedzUsuń
  24. Potrzebował tego. Potrzebował Sigyn i jej akceptacji, jej uczuć i świadomości, że wciąż go kocha mimo wszystko. Na chwilę znów utonął w tym pocałunku. Zatracił się w jej dotyku... Tak bardzo uwielbiał jej drobne czułości. Kiedy w końcu przerwała pocałunek on również uśmiechnął się do niej. Z wdzięcznością, zupełnie jakby chciał powiedzieć jej „dziękuję, że wciąż mnie kochasz”. Ale nie powiedział nic, ponieważ ona odezwała się pierwsza.
    Zaśmiał się słysząc jej słowa.
    – Tylko nie każ mi na siebie zbyt długo czekać – za bardzo za nią tęsknił by znieść teraz nawet tak krótką rozłąkę, zwłaszcza po tym strasznym dniu. Niechętnie odsunął się od niej pozwalając jej wstać. Nawet po tylu wiekach małżeństwa, przy niej wciąż potrafił zapominać o wszystkich tych „drobiazgach”, które składały się na ich codzienność. Dopiero gdy zniknęła za drzwiami łazienki uświadomił sobie, że sam również powinien doprowadzić się do jakiegoś porządku. Wciąż ubrany był w dół od garnituru mr. Worlda, na dodatek gdzieniegdzie poplamionego krwią po niedawnym incydencie. Reszta nie wyglądała wcale lepiej. Choć Sigyn całkiem nieźle obmyła go z krwi, na jego ciele pozostało wciąż trochę zacieków z zaschniętej krwi. Zdecydowanie jemu również przydałby się prysznic, by zmyć z siebie to wszystko.
    Znów zerknął w stronę łazienki. I chociaż początkowo chciał po prostu zaczekać, nie mógł wytrzymać z dala od Sigyn. Przez chwilę stał w uchylonych drzwiach przyglądając się jej. Temu pośpiesznie rozczesywała potargane i nieco posklejane krwią włosy, jak z wyraźną ulgą ściągała z siebie brudny i poplamiony ich krwią sweter. Sam nie wiedział już które z wyraźnych czerwonych plam były jego krwią, a które jej.
    Uśmiechnął się kiedy go zauważyła.
    – Za bardzo za tobą tęskniłem – przyznał, jakby na usprawiedliwienie, jednak zamiast wycofać się do pokoju po prostu podszedł do niej. Jedną ręką objął ją w pasie, delikatnie przyciągając do siebie, drugą odgarnął jej potargane włosy na bok. Łagodnie i z czułością pocałował ją w policzek. Naprawdę tęsknił. Za nią, jej widokiem, jej głosem, jej dotykiem i bliskością. Po tym co się stało i po tym jak mimo wszystko go nie odtrącała, najchętniej nie rozstawałby się z nią nawet na sekundę, nawet na krótką chwilę nie chciał wypuszczać jej z ramion.
    – Chyba znów będę potrzebował twojej pomocy... – mruknął jej w końcu do ucha, po czym spojrzał na nią i uśmiechnął się z udawaną niewinnością i odrobiną bezczelności. Podobnie jak wtedy, gdy w przeszłości celowo przekonywał ją o tym, że potrzebuje jej pomocy. Oboje wówczas dobrze wiedzieli, że było to dość bezczelne kłamstwo, ale i tak jakimś cudem z wielkim zapałem udawali, że było inaczej.
    Wypuścił ją w końcu z objęć tylko dlatego, by bez pośpiechu zdjąć z niej resztę ubrań. Kilka razy celowo niby przypadkiem pozwalał sobie powoli i z czułością dotykać jej, łagodnie gładzić jej skórę, zupełnie jakby przesuwał dłońmi po delikatnym i drogocennym materiale. I chociaż do tej pory Sigyn już wiele razy okazywała mu czułość, nie chcąc by obwiniał się za swoje słowa, wciąż czuł dziwną niepewność, wciąż zachowywał się wobec niej z pewnym dystansem, zupełnie jakby nie był godzien nawet na nią patrzeć, a co dopiero dotykać.

    pragnący bliskości Piecyk

    OdpowiedzUsuń
  25. Uśmiechnął się czując jej dotyk na swoim ciele. Uwielbiał czuć na sobie jej drobne, delikatne dłonie, uwielbiał gdy go dotykała, obejmowała, trzymała za rękę lub z gdy gładziła go po włosach, uwielbiał jej bliskość i każdy jej gest. Uwielbiał, gdy po prostu była przy nim.
    Z uczuciem odwzajemnił jej pocałunek, rozkoszując się jej czułością jaką starała się mu okazać. Był jej wdzięczny, tak bardzo wdzięczny za to, że go kochała. Za to, że nie tylko była w stanie odwzajemnić jego uczucia, ale również sama go nimi obdarowywała. Czasem dawała mu tak wiele, że czuł się nieco zagubiony, nie rozumiejąc jak w ogóle ona może go tak bardzo kochać. Zbyt dobrze znal swój trudny charakter, zbyt dobrze wiedział jak ciężko jest go w ogóle tolerować i tym bardziej nie wiedział jakim cudem była w stanie okazywać mu tyle cierpliwości i zrozumienia. Jakim cudem potrafiła wybaczać mu błędy, które on uznawał za niewybaczalne.
    Spojrzał na nią. Oboje stali naprzeciw siebie całkiem nadzy. Uśmiechnął się do niej. Pomimo całego zmęczenia, brudu i krwi, wciąż była dla niego tak piękna. Najpiękniejsza na świecie. Uwielbiał każdy fragment jej ciała, które znał już na pamięć. Była tak drobna i delikatna. Pośród innych bogiń wydawała się mu się tak cudownie naturalna i piękna. Kochał jej słodką twarz, o łagodnych rysach, jej głębokie niebieskie oczy i usta, które uwielbiał całować, jej zgrabny nosek i wszystkie jej urocze minki. Kochał jej uśmiech i to jak czasem patrzyła na niego nieśmiało i z pewnym zawstydzeniem. Czasem celowo lubił ją prowokować, by zobaczyć te słodkie rumieńce na jej policzkach. Kochał burzę jej blond włosów i jej długą szyję, którą uwielbiał obsypywać pocałunkami. Kochał zgrabne ciało i szczupłą sylwetkę. Nawet jeśli czasem wydawała mu się tak krucha, że najchętniej nie wypuszczałby jej z ramion, byle tylko wiedzieć, że jest bezpieczna. Była tak cudownie smukła i zgrabna, kochał lekkość z jaką się poruszała i wdzięk, który towarzyszył jej w każdym geście. Kochał jej małe kształtne piersi, które idealnie mieściły się w dłoni, jej delikatną talię i kuszące biodra. Kochał jej długie nogi, zgrabną pupę i to jak Sigyn czasem słodko złościła się, gdy nie potrafił utrzymać rąk przy sobie. Była najpiękniejszą kobietą na świecie, najwspanialszą kochaną i najcudowniejszą matką...
    Z miłością wpatrywał się w jej piękne oczy, wiedząc jak bardzo lubiła, gdy to robił. Gdy stała przed nim całkiem naga, a on mimo wszystko patrzył wprost na nią, wprost w jej głębokie, niebieskie oczy. Jednak tym razem czuł dziwny ciężar w sercu, na wspomnienie tego jak jeszcze parę chwil temu widział w jej spojrzeniu strach. Jak przez krótką chwilę naprawdę się go bała... Dlatego starał się unikać jej wzroku, wciąż czując się zbyt winny zarówno tego co jej zrobił, jak i tego, że teraz po czymś tak okrutnym, ma czelność łaknąć jej bliskości.
    Widok jej cudownego uśmiechu sprawił mu olbrzymią radość. Tak bardzo chciał by jego najdroższa Sigyn częściej się uśmiechała. Wszedł wraz z nią pod prysznic. Woda oblewająca ich ciała była przyjemnie ciepła i kojąca. Dopiero teraz uświadomił sobie, że pomimo wszystko wciąż był dziwnie spięty, zupełnie jakby cały czas tłumił w sobie nieprzyjemne zdenerwowanie. A może to po prostu wszystkie negatywne emocje i okropne myśli, tworzyły iluzję tego uczucia? Postarał się odprężyć. Wsłuchać w otaczający ich szum, skupić się na obmywającej ich ciała wodzie i na bliskości Sigyn.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z czułością przeczesał palcami jej mokre włosy, po czym ostrożnie zajął się zmyciem z jej twarzy zakrzepłej krwi. Chociaż po niedawnej ranie niemal nie było już śladu i tak starał się robić to łagodnie. Być może uleczył jej zranienie, ale na pewno nie obejdzie się bez siniaków. Nie chciał zadawać jej dodatkowego bólu. Przez chwilę przez myśl przemknęło mu, że nie wybaczy sobie, jeśli zobaczy sińce na jej przedramieniu, po tym jak brutalnie ją dzisiaj potraktował. Znów złożył na jej ustach pocałunek. Krótki, przepraszający.
      – Kocham cię Sigyn. – powiedział ciepło i z czułością, po chwili nieco ciszej dodał jeszcze – Dziękuję ci, że jesteś...
      Uśmiechnął się do niej. Przez chwilę na jego ustach można było dostrzec stare blizny po szwach, które zwykle stawały się wyraźniejsze, gdy się uśmiechał. Chciał powiedzieć jej coś więcej, ale w tej chwili te słowa wydawały mu się najodpowiedniejsze. Wciąż z tym samym ciepłym uśmiechem, delikatnie gładził jej ciało, pomagając jej zmyć z siebie cały ten brud i krew, wszystko to co przypominało im o dzisiejszym okropnym dniu.

      Zakochany i stęskniony Piecyk

      Usuń
  26. Gdy nazwała go Piecykiem uśmiechnął się z rozbawieniem. Odkąd Sigyn, pod wpływem tej uroczej bajki, pierwszy raz nazwała go w ten sposób niezmiennie go to rozczulało. To była smutna bajka, w pewien sposób też boleśnie prawdziwa. Zbyt prawdziwa. Ale i tak lubił jej słuchać, podobnie jak lubił, gdy Sigyn nazywała go swoim Piecykiem.
    – Ja też – odezwał się, gdy w końcu oderwała swoje usta od jego ust – Jesteś i zawsze będziesz dla mnie tą jedyną... – miał chęć dodać, że w przeszłości też zawsze nią była. Jednak w przeszłości popełnił zbyt wiele błędów, by mogła uwierzyć w jego słowa. Wolał więc skupić się na teraźniejszości i przyszłości. Chciał wierzyć, że będzie lepiej. W duchu obiecywał sobie, że następnym razem nie popełni już tych samych błędów. Jeśli tylko w jego życiu wydarzy się cokolwiek. Nieważne czy istotnego czy błahego, Sigyn dowie się o tym pierwsza. Następnym razem wszystko będzie inaczej...
    Przymknął oczy, rozkoszując się jej pełnymi miłości pocałunkami, którymi go obsypywała. Jego najdroższa, najwspanialsza żona. Wiedziała, że się zadręczał i z całych sił starała się przekonać go, że wciąż go kocha. A on wiedział, że ona również ma wyrzuty sumienia. Za to, że nazwała go potworem i to, jak przypadkiem skaleczyła go nożem. Nie chciał by się zadręczała. W końcu nie było w tym jej winy. To co powiedziała było po prostu stwierdzeniem faktu, bolesnym, ale jednak... A incydent z nożem był tylko nieszczęśliwym wypadkiem. Na dodatek z jego winy. Nie doszłoby do tego, gdyby nie skrzywdził swojej żony tak bardzo, że chciała zrobić sobie krzywdę... I chociaż z rozkoszą chłonął każdy z pocałunków, którymi tak czule go obdarowywała, nie potrafił zagłuszyć wyrzutów wobec siebie, ani pozbyć się myśli, że nie zasługuje na tyle ciepła z jej strony.
    Mimo wszystko było mu dobrze. Mógł trzymać ją w ramionach, mógł okazywać jej tyle drobnych czułości pod pretekstem zwykłego wspólnego prysznicu, mógł powtarzać jej jak bardzo ją kocha i rozkoszować się jej cudownymi pocałunkami. Na moment rozluźnił się nieco, przestał na chwilę zadręczać się w kółko poczuciem winy i rozpamiętywaniem wszystkiego co wydarzyło się w ciągu dzisiejszego dnia. Dopiero kiedy delikatnie pchnęła go na chłodną ścianę, a jej pocałunki i dotyk stały się nieco odważniejsze, znów poczuł wyrzuty sumienia. Odruchowo położył dłoń na jej dłoni, którą wodziła po jego brzuchu.
    Sam nie wiedział czy w tej chwili chciał ją zatrzymać czy prosić by nie przerywała.
    Uwielbiał gdy Sigyn wykazywała inicjatywę, gdy swoimi czułościami dawała mu znać, że go pragnie. Ale teraz... Sam nie wiedział co powinien o tym myśleć. Czy naprawdę chciała czegoś więcej, czy po prostu nadal starała się okazać mu czułość i pokazać, że wciąż z nim jest. Mimo wszystko.
    Z jednej strony z całego serca pragnął odwzajemnić jej czułości. Pragnął Jej... Chciał zabrać ją do sypiali, kochać się z nią, długo i namiętnie, zapominając o całym świecie i troskach. Czuć jak stają się jednym ciałem, a ich serca biją obok siebie w jednym rytmie. Tylko on i ona. Razem.
    Jednak z drugiej strony czuł, że po tym wszystkim co dzisiaj się stało chciał jedynie odrobiny czułości i bliskości. Tego, by się do niej przytulić, pocałować i cieszyć się, że wciąż są razem. Trwają przy sobie i są na tyle silni, by poradzić sobie z kolejnymi problemami. Nie chciał niczego więcej, a jeśli chodziło o zagłuszanie wyrzutów sumienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy w końcu przestała obsypywać go pocałunkami czuł pewien niedosyt, ale również ulgę, czując że gdyby to wszystko potrwało choć chwilę dłużej pewnie zapomniałby o wątpliwościach i dał się ponieść chwili.
      Uśmiechnął się do niej. Delikatnie pogładził ją po policzku i nieznacznie uniósł jej głowę, tak by móc ją pocałować. Tym razem już śmiało i przeciągle, z uczuciem. Odwzajemniając miłość i czułość jaką przed chwilą okazywała mu w tych pocałunkach.
      Dopiero po chwili odsunął się od niej nieco. Niechętnie zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica. Ledwie zdążyli się wytrzeć, gdy znów porwał ją na ręce. Tym razem nie zwracał już uwagi na swoje ramię. Czuł się dobrze, a przy niej nawet lepiej niż dobrze, zresztą do łóżka i tak mieli zaledwie parę kroków.
      Niechętnie wypuścił ją z objęć kładąc ją na łóżku. Nawet jeśli trwało to tylko krótką chwilę. Zaraz też znów znalazł się przy niej. Wsparł się na zdrowym ramieniu, drugą ręką przyciągając ją do siebie. Tym razem to on obsypywał ją pocałunkami. Z miłością i zachłannością, pragnąc podziękować jej za wszystko, za to, że po prostu jest.

      kochający Piecyk

      Usuń